sobota, 4 lutego 2017

Od Ariany CD Barristana

Szlag by to. A więc ja mu ratuję dupę, mógł zostać uwolniony w najbliższym mieście, a on mi się tak odpłaca? Cóż, kolejny raz przejechałam się na ludziach. Więcej tego błędu nie popełnię.
Ren okazał się młodym, dość urodziwym chłopakiem, zapewne giermkiem. Wyglądał na mojego rówieśnika. Przygotowałam się na ostre szarpnięcie i pogłębienie dotychczasowych ran od krępujących mnie sznurów. Gdy jednak delikatnie je przeciął i pomógł mi się podnieść na nogi, byłam w totalnym szoku. Nie przywykłam przez ostatnie dni do tego, że ktoś się o mnie tak troszczy. Barristan...nie przypominałam sobie, żeby kiedykolwiek mnie tknął. Z drugiej strony powinnam się może cieszyć...
Moje rozmyślanie przerwał skierowany w moją stronę ciepły uśmiech jakiejś dziewczyny, może parę lat starszej ode mnie. To dobrzy ludzie, mam szansę.
- Lordzie... - zaczęłam, szukając w głowie nazw rodów mających siedzibę niedaleko Bliźniaków.
Nic jednak nie przychodziło mi do głowy, żaden ze znanych mi lordów nie odpowiadał wyglądem temu.
- Słucham? - owy Josmyn odwrócił się w moją stronę, ukazała mi się dość młoda twarz o pogodnym obliczu.
Ludzie krzątali się naokoło wozu, pakując do worków co cennego się da. Przez chwilę zastanawiałam się, jak to rozegrać. Spojrzałam pytająco na Barristana, oddając mu pałeczkę.
- Powiedz im, Barristanie
- Ta młoda dama zna twe imię? - Josmyn rzucił bękartowi zdziwione spojrzenie
- Musiała usłyszeć to, kiedy mnie torturowali. - machnął lekceważąco ręką.
A więc tak to rozgrywamy...nie jestem od teraz Arianą Stark, tylko przybłędą. Dobrze...ale gdzie się podział Barristan, który podziękował mi za opatrzenie ucha? Ten, w którym dostrzegłam dobrego człowieka?
Młody giermek, który przeciął wcześniej moje liny, pomógł mi wsiąść na moją kasztankę. Nie odmówiłam tylko dlatego, że każdy mięsień dawał o sobie mocno znać. Niewygody podróży bardzo się na mnie odbiły.
***
Jechaliśmy już drugą godzinę, z moich obserwacji wynikało, ze kierowaliśmy się dalej na południe. Musi to być więc jakiś lord z ciepłych rejonów. Nagle lord zarządził postój przy niewielkim strumyku. Moje serce momentalnie stanęło. Aktualnie znajdowała się w jego pobliżu Nymeria, mądre wilkorzysko trzymało się na dystans i ciągle nad nami czuwało, jak niewidzialny anioł. Zaraz...nad NAMI? Nie, nade mną. Barristan teraz straciłby, dzięki jej jednemu kłapnięciu, ramię. Na szczęście udało się jej skryć w lesie, ale nie widząc tej znajomej sierści miedzy drzewami, poczułam się trochę nieswojo.
Nasz orszak składał się z dość dużej liczby ludzi, zwinnie omijałam kolejnych odpoczywających, którzy rozłożyli sobie na śniegu skóry. Pozwolono mi się w miarę swobodnie poruszać, ale ciągle towarzyszył mi Ren. Nie odzywaliśmy się do siebie ani słowem, co było mi na rękę - mogłam się niechcący czymś zdradzić, nawet mój sposób poruszania sie i mówienia był dość niebezpieczny. Oficjalnie jestem byłą służką...lady Stark. Co za ironia. W tej gromadzie wyłowiłam znajomą czuprynę, ich właściciel pocierał sobie ręce, z których ciągle sączyła się krew. Mój mózg walczył z sercem przez jakieś cztery sekundy, które wydawały mi się wiecznością, ale koniec końców podeszłam do niego. Zdążyłam go trochę poznać i widziałam, że cierpi.
- Mogę cię nienawidzić, ale nigdy nie zostawię nikogo w potrzebie. Zanim dojedziemy do zamku, może wdać się zakażenie - powiedziałam
Barristan odwrócił się nagle, zmierzył mnie wzrokiem i po chwili gestem odprawił chłopaka. Ten mruknął pod nosem coś niezrozumiałego i odszedł, zostaliśmy sami. Bez słowa uklęknęłam na śniegu naprzeciwko niego i wyjęłam z torby jedną z wielu maści. Dostałam ją na swoje piętnaste urodziny od ciotki, która zamówiła te specyfiki aż zza Wąskiego Morza...moim marzeniem jest wsiąść w jakiś statek w Królewskiej Przystani...i już nie wrócić do Westeros. Przełknęłam godność, nałożyłam sobie na dłonie leczniczą substancję i zamknęłam w nich zranione palce mężczyzny, delikatnie pocierając.
Usłyszałam tylko ciche sykniecie, ale poza tym się nie odzywał. Spojrzałam mu w oczy.


[Barristan? Sori, brak weny ;w;]

piątek, 3 lutego 2017

Od Arkadiusa C.D. Lyanny

Nie musiałem długo namawiać króla, by wyruszyć na wrogów; zgodził się, iż nie możemy puścić płazem mordowania naszych ludzi i spiskowania przeciw Koronie. Moją prośbę, by jechać z resztą rycerzy, zbył tylko machnięciem ręki. Obaj jednak doszliśmy do wniosku, iż wskazanych przeze mnie głównych dowodzących spiskiem, zawiodę do stolicy, by na oczach mieszkańców ich stracić. Miałem nadzieję, iż publiczna egzekucja pokaże innym, co król robi ze zdrajcami, a ja dotrzymałbym złożonego moim oprawcom słowa. Dotrzymałbym mojego postanowienia zemsty. Reszta miała zginąć na własnej ziemi lub tam, gdzie polała się krew naszych.
Z samego rana mieliśmy wyruszać.
***
Król wysłał armię dwa razy liczniejszą niż Stoutowie i ich poplecznicy razem wzięci, co niezmierne mnie ucieszyło. Wyruszało z nami wielu wspaniałych rycerzy, ci najznamienitsi zostali jednak w Królewskiej przystani, by bronić króla. Władca z dnia na dzień robił się coraz słabszy, co napawało mnie strachem o losy jego córki i całego królestwa. Poddani byli jednak dla mnie sprawą drugorzędną...
Wyruszyliśmy wraz ze świtem, tak jak zaplanowaliśmy. Droga zajęła nam dość długo czasu, do południa, nie spodziewaliśmy się jednak takiej pustki w obozowisku, które tak niedawno rozbiła tu lady Lyanna, stacjonując tu podczas moich poszukiwań. Oprócz trupów naszych rycerzy, nie było tutaj nikogo.
Widząc ciało sir Edwina, przyklęknąłem przy nim, zamykając mu oczy pełne nienawiści. Pocieszała mnie jedynie myśl, że na jego twarzy nadal widziałem zaciętość, jaka malowała się na niej zawsze podczas walki. Zero strachu, bólu, mimo iż w jego piersi widziałem ranę po mieczu, na której obrzeżach zebrała się sczerniała krew. Wiedziałem, że to marne pocieszenie, ale chociaż zginął w walce, a to jest alternatywa, którą z chęcią wybrałby każdy rycerz.
- Świętują - powiedział jeden z młodych rycerzy, który do tej pory stał przy mnie. 
Teraz wpatrywał się w las, który oddzielał nas od grodu Stoutów i nad którym widzieliśmy dym, dochodzący zapewne z grodu. Może to moje zmysły mnie zwodziły, ale wydawało mi się, że słyszę cichą muzykę.
- Przerwijmy więc ich uczty - powiedziałem chłodno. - Skrzyknij rycerzy, nakaż bić w bębny. Atakujemy.
Młodzieniec pokiwał głową, z entuzjazmem, ruszając w stronę pozostałych. Westchnąłem, zastanawiając się, kiedy ja go zatraciłem. Wydaje mi się, że było to zbyt dawno, by pamiętać tak infantylne zachowanie u siebie, widziałem jednak, że na początku cechuje ono każdego rycerza. Dopóki nie straci on zbyt wielu kompanów na polu walki.
***
Zanim dotarliśmy do bramy, przeciwnicy już zorientowali się, iż otwarcie na nich zmierzamy. Nie udało im się jednak odeprzeć ataku, byli zbyt rozproszeni, zbyt mało liczni. Nie oczekiwali chyba, iż tak prędko ktoś dotrze do nich, mając zamiar się mścić. Zdołali rozgromić naszych, gdy nie byli oni przygotowani do walki. Sami jednak nie potrafili nawet się bronić.
Kiedy rozprawialiśmy się z Stoutami, słyszałem tylko szczęk mieczy i krzyk naszych przeciwników. Widząc jednak trzech, którzy mnie pojmali i później na zmianę torturowali, zakazałem odbierać im życia. Spętani, wylądowali przywiązani do koni, za którymi musieli całą drogę do zamku podążać. 
Nie byłem głupi i spodziewałem się odpowiedzi ze strony Velaryonów, byłem jednak pewien, że cokolwiek by nie zrobili i jakkolwiek nie próbowali zaszkodzić naszym, ja byłem gotów odebrać im wszystkim życie, byle tylko bronić przyszłej królowej. Wymordowałbym dla niej pół świata, a gdyby kolejne pół spiskowało przeciw niej - nie zawahałbym się unieść miecza i na resztę. W tej kwestii byłem wierny jak pies i całkowicie oddany Lyannie. 
Nie chcąc dłużej zwlekać i pozostawiać jej w niepewności, wśród mężczyzn z Nocnej Straży i z dala od domu, postanowiłem od razu udać się na Mur. Większa grupa rycerzy niechybnie zwracałaby uwagę, postanowiłem więc wziąć trzech lepszych. Ci najbardziej oddani, najwierniejsi królowi, z największym doświadczeniem, mieli odeskortować do stolicy naszych zakładników.
***
Widząc zarys Muru, odetchnąłem, wiedząc, iż jesteśmy już niemal na miejscu. Po kilku jeszcze metrach usłyszałem trąby strażników, którymi obwieszczali nasze przybycie. Tym razem nie musiałem się nawet przedstawiać, wpuszczono mnie przez bramę od razu, tak samo jak i moich towarzyszy.
Nim zdążyłem zapytać choćby o mego brata lub księżniczkę Lyannę, usłyszałem jej wołanie, gdy wybiegała z zamku, zmierzając w naszą stronę. Uśmiechnąłem się na ten widok, od razu czując niewyobrażalną ulgę. Mimo iż wiedziałem, że lady Lyanna była tutaj bezpieczna, zawsze czułem się lepiej, będąc przy jej boku. Może i inni Gwardziści mieli rację, mawiając za moimi plecami, iż jestem jak jej pies, ciągle chodzący przy nodze. Zbyt wiele jednak widziałem zamachów na życie króla, by nie lękać się także o jego córkę, która tak wiele dla mnie znaczyła.

Lyanna? 
Beznadziejne, ale ostatnio tracę wenę i ochotę na... Wszystko xd

Od Tommena C.D. Margaret

Kiedy młode służki zaprowadziły mnie do jadalni i wskazały mi jedno z miejsc przy stole. W obcym grodzie czułem się nieswojo, tym bardziej po tylu dniach wędrówki. Byłem wykończony i mimo iż już od dawna tęskniłem za czymś ciepłym, nie przywykłem do goszczenia mnie z taką radością.
Po niedługim czasie, lady Margaret zjawiła się w sali, zajmując miejsce naprzeciw mnie i uśmiechając się lekko. Zauważyłem, że ubrała równie piękną, jednak mniej ozdobioną suknię. Przez to wyglądała na jeszcze bardziej uroczą i młodszą.
- Mam nadzieję, że nie kazałam na siebie zbyt długo czekać - stwierdziła, widząc, że badawczo się jej przyglądam.
- Oczywiście, że nie, pani - zapewniłem.
Nie zdążyłem dodać już nic więcej, bo służki przyszły właśnie, by podać nam do stołu. Czując zapach pieczonego mięsa, mój żołądek ścisnął się, przypominając o tym, że odkąd wyruszyłem w drogę powrotną, nie jadłem zbyt wiele. Kiedy razem z lady Margaret zaczęliśmy jeść, także już nie rozmawialiśmy. W milczeniu jadłem, popijając wszystko znikomą ilością wina, na jaką sobie pozwoliłem.
- Jedz jeszcze, sir - poleciła lady, gdy odsunąłem się lekko od stołu, opierając się o oparcie krzesła. Przyłapałem ją na tym, że sama skończyła już jeść, od jakiegoś czasu przyglądając się tylko mi.
- Jestem już syty, ma pani. Dziękuję - powiedziałem szczerze. - Powinienem wracać do domu.
- Ja zaś uważam, że powinien sir najpierw odpocząć - zauważyła. - Od kiedy podróżujesz?
- Od czterech dni - przyznałem. - Wracam z południa.
- Cztery dni samotnej wędrówki muszą być wykańczające - westchnęła cicho, opierając głowę na splecionych pod szyją dłoniach.
- Wędrowałem dużo dłużej, moja pani - zapewniłem, z lekko kpiącym uśmiechem. - Kwestia samotności też została częściowo rozwiązana. Mam wiernego ogiera i wilkora.

Margaret? 
Brak weny...

czwartek, 2 lutego 2017

Od Barristana C.D. Ariany

Wóz śmierdział zgnilizną i obrzydliwym smrodem pochodzącym od nieokreślonej rzeczy. Usadzono mnie oraz Arianę naprzeciwko siebie, a dwa konie przymocowali do wozu, by nas ciągnęły. Parę metrów przed nami jechało dwóch bandytów, a jakiś odcinek za nami pozostali dwaj. 
- Słuchaj, Ariana, zabiliby mnie. - zacząłem, nie wiedząc do końca, co mógłbym powiedzieć. Dziewczyna nie odparła ani słowem, nawet nie raczyła na mnie spojrzeć, ewidentnie mnie ignorując.
- To jest to, czego pragniesz? - zapytałem, unosząc lekko głos - Mej śmierci? Chciałaś, żeby mnie tam, kurwa, zabili w męczarniach, odcinając po kolei każdy z palców, a następnie znęcając się jeszcze bardziej? Tak?! 
- Czy kiedykolwiek mówiłam coś takiego? - zapytała bez większych emocji, odwracając głowę w moją stronę - Czy mówiłam, że chcę twojej śmierci? Czy myślisz, że ja byłabym zdolna cię wydać, ot tak? Okazuje się nagle, że jestem silniejsza, niż rosły, starszy ode mnie facet!
- Słuchaj. - wbiłem w nią uparcie wzrok, zaciskając zęby - To ja uratowałem twoją dupę, kiedy przyszli po ciebie ci ludzie. To ja pozabijałem połowę leśnych zbójców, kiedy chcieli cię zgwałcić. To ja straciłem ucho i pieprzone dwa paznokcie z twojej winy. To ja zachowywałem się jak pieprzony rycerzyk na białym koniu, i wiesz co? Dam głowę uciąć, że, gdyby nie ty, właśnie siedziałbym sobie w karczmie, popijając wino i słuchając historii. Nie siedziałbym z tobą w tym cholernym wozie, a ty na pewno gniłabyś teraz tam, gdziekolwiek mieli cię zabrać tamci mężczyźni.
- Nikt ciebie nie prosił, żebyś się za mną uganiał. - zauważyła, uspokajając się trochę i marszcząc brwi. Jej uwaga rozwścieczyła mnie jeszcze bardziej.
- Być może jesteś mi winna moje życie - wycedziłem przez zęby - bo albo mnie zabiją, albo wtrącą do jakiegoś ciemnego, wilgotnego lochu. I wiesz, nie wahałbym się ani chwili, by cię, kurwa, za to zabić!
- A może to ja ciebie zabiję? - odparła bez wyrazu, spoglądając znów na mnie - Poza tym, to dość niehonorowe, jak na takiego rycerza na białym koniu, by zabijać słabszą i bezbronną kobietę.
- Honor jest dla mnie niczym. - syknąłem - Tak długo, jak ja mam za to cierpieć, najważniejsza jest dla mnie sprawiedliwość.
Nagle wóz zatrzymał się gwałtownie, co poskutkowało tym, że oboje omal się nie wywróciliśmy. Spojrzałem do przodu i ujrzałem spłoszone konie i naszych prześladowców wyjmujących miecze. Powstałem, by wyjrzeć, co spowodowało takież zachowanie, i ujrzałem krwawą walkę. Ludzie, którzy nas porwali, natychmiast zginęli od ostrych cięć mieczy tych, którzy ich napadli. Czyżby to byli kolejni przydrożni zbóje? Trafił swój na swego.
Porywacze, którzy do tej pory jechali za nami, popędzili swe konie i wyjechali walczyć. Ich bitewka trwała nieco dłużej, niż ich poprzedników, lecz i oni polegli niechybnie. Zgadywałem, że dostaniemy się z jednej niewoli do drugiej. Super, cóż za miła odmiana! Wkrótce paru ze zwycięzców, którzy napadli porywaczy podjechali do wozu, najwyraźniej zauważając w nich ludzi. Spostrzegłem, że liczebnie było ich o wiele więcej, niż mężczyzn, którzy nas wieźli, więc nic dziwnego, że wygrali. Gdy dotarli do nas, nie mogłem uwierzyć w to, co widzę.
- Barristan? - wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w lśniącej zbroi zeskoczył z konia, podchodząc do mnie - Kopę lat, stary! W cóżże tyś się znowuż wpakował? 
Rozciął moje więzy, a ja od razu wyskoczyłem z wozu. Objęliśmy się po przyjacielsku, poklepując się po plecach.
- Josmyn, bracie! - zaśmiałem się, a wcześniejszy gniew zupełnie ze mnie uleciał - Spasłeś się.
- Ja? - odwzajemnił mój gest - A ty co tu robisz, łotrzyku? Znów zgubiłeś trasę?
- Długa historia. - odparłem, ucinając temat. Rozmawianie o przygodach ze Starkówną było ostatnią rzeczą, której w tym momencie pragnąłem - A ty czemuż nie tkwisz w swym pałacyku, Josmynie?
- Potrzebowałem się trochę, hmm, rozerwać; jak za dawnych lat. - odrzekł - A ci tutaj są dość poszukiwani w okolicy. Ciekawe, ile dostałbym za ich zbójeckie łebki? - roześmiał się. Jego wzrok powędrował na Arianę, wciąż siedzącą na wozie - A to kto?
Odwróciłem się i, ujrzawszy dziewczynę, westchnąłem.
- Ehm... - zająknąłem się, nie wiedząc, co powiedzieć - ... weźmy ją ze sobą. Jako... więźniarkę. 
- Już myślałem, że wreszcie upolowałeś sobie jakąś dziewkę, brzydoto. - poklepał mnie po plecach z charakterystycznym sobie uśmiechem - To co? Bierzemy ją i jedziemy do mnie. Przyda ci się kąpiel, ciepła strawa, opatrzenie ran i nowe ubrania. Jej chyba też. - wskazał głową na Arianę - No, ale! Chodźmy już. Ren! - przywołał jednego ze swych ludzi - Bierz dziewczynę, zawracamy.

Ariana?
Pomysł w okolicznościach braku pomysłu ;_; Znienawidzisz mnie jeszcze bardziej, so sorry.

Od Lyanny C.D. Arkadiusa

Nie miałam tutaj nikogo, kogo bym znała w choć najmniejszym stopniu, więc czułam się okropnie nieswojo i obco. Wróciłam jednak do obozu razem z bratem sir Firewooda, próbując opanować drżenie z zimna. Zapomniałam poprosić gwardzistę, żeby wysłał mi Kruka, jak dojedzie - zostałam skazana na czekanie w niepewności przez przynajmniej następne parę dni, główkując się, czy czasem rycerz nie leży już gdzieś przy strumyku, martwy i gnijący. Conrad, brat, który przyjął mnie pod opiekę, wydawał się być niezwykle sympatycznym człowiekiem. Bracia Nocnej Straży, którzy mnie zauważyli, zachowywali się, jakby nie widzieli kobiety od lat - bo w sumie, jak mniemam, tak było. Pomimo tego, że bardzo mi imponowali, nie rozumiałam tego - wybrać życie bez kobiet, bez rodziny i miłości dla ciągłego zagrożenia i niepewności. Tak czy inaczej, ten fakt sprawiał, że adorowałam ich i podziwiałam jeszcze bardziej, gdyż byłam pewna, że ja bym tak nie potrafiła.
Postanowiłam jednak chodzić po tych terenach okryta kapturem, żeby zbytnio nie rzucać się w oczy - bo w końcu oprócz szlachetnych, wytrwałych Braci byli tu przecież również zbójcy i ludzie "spoza nawiasu". Nie chciałam również, aby ktokolwiek rozpoznał we mnie Lyannę Weaver - z całą pewnością nie pomogłoby mi to w obecnej sytuacji, a może nawet sprowadziło zbyt dużo niechcianej uwagi.
Teraz tylko czekać, aż wreszcie wszystko się wyjaśni. Na pewno nie pozwolę na to, by mężczyźni rozpętali sobie wojnę, a ja czekała sobie bezpiecznie tutaj. Miałam w nosie ich tłumaczenia, że jestem księżniczką, że jestem ważna i inne bzdury. Jestem przyszłą królową i chcę również sama walczyć o tron, chociażby to miało się równać z pozabijaniem wszystkich dookoła. Wiedziałam również, że nie mogłam rządzić Siedmioma Królestwami sama - musiałam znaleźć męża, a zegar tykał. Nie wiedziałam tak naprawdę, kiedy mój ojciec zakończy swój żywot, ale miałam przeczucie, że nastąpi to prędko. Co, jeśli nie znajdzie męskiego następcy do tej pory? Nie mam pojęcia. Tron przejmie ktoś inny, a ja będę na to wszystko patrzeć z przerażeniem. Nie widziałam korony na głowie kogokolwiek innego, niż mojej. Odkąd moi bracia zostali zamordowani, żyłam w niepewności. Panowanie Weaverów stanęło pod znakiem zapytania, gdyż nie było już męskiego potomka. Musiałam obmyślić taktyczny plan, ale jaki? Zdobyć męża, by na wypadek śmierci ojca wciąż być u jako-takiej władzy, a później powybijać i jego, i wszystkich wyżej postawionych, którzy mogliby powstrzymać kobietę przed usadzeniem się na tronie? To nie był najgorszy pomysł - choćbym była uznana za okrutną (a i o taki wizerunek się starałam, trzeba w końcu budzić respekt), miałabym władzę tylko dla siebie. Przecież mieszczanie nie przeciwstawiliby się otwarcie rządzącej samej królowej. Jeżeli pozbyłabym się mojego ewentualnego męża-króla, maestrów, doradców i innych takich, miałabym całe prawo i porządek dla siebie. Tylko kto byłby, w takim razie, mym małżonkiem? Trantowie mieli już swe partnerki, lord Edwin najwyraźniej zginął bezdzietnie, Reedowie mają same córki... No kto? Velaryonowie, naturalnie, odpadają, a lady Darry wydaje mi się być dziwną kobietą. Jest zbyt odważna i zbytnio przeciwstawia się naszym działaniom - kto wie, czego by nie zrobiła, by zagarnąć władzę dla swego domu? Mój plan zszedł na śmietnik. Miałam mało czasu, a i słabe możliwości wykonania mych zamierzeń. Zaufanych kandydatów na króla była garstka. Czy to koniec naszego rodu?

Arkadius?
Lel, tak dużo przemyśleń, ale nie ma cię tam, gdzie ja, więc no XD

Od Ariany CD Barristana

Siedziałam w jaskini, usiłując nabić na patyk upolowaną sztukę zająca. Po paru próbach, gdy kawał mięsa znów wpadł w ognisko, porzuciłam ten pomysł. Złośliwość rzeczy martwych. Nagle usłyszałam kroki. Dziwna radość nagle we mnie wstąpiła...nie, to po prostu fakt, że Barristanowi się uda upiec kolację. Zamiast jednak znajomej twarzy, ujrzałam najpierw rudego mężczyznę z toporem u boku. W pierwszej chwili ni wyczułam zagrożenia, to nie byli ludzie mojego ojca, ani tamci bandyci. Gdy jednak drugi człowiek wprowadził związanego liną Barristana, wszystko zrozumiałam. Nymeria jest na polowaniu, w tej chwili mi nie pomoże. Cholera, znaleźli mnie. A on mnie wydał...
Po raz kolejny komuś zaufałam, po raz kolejny okazałam litość i troskę. I po raz kolejny się zawiodłam.
Kiedy miałam piętnaście lat, zakochałam się w dwa lata starszym synu młynarza. Dzisiaj wiem, że była to głupia i szczenięca miłość, ale wtedy się dla mnie liczyła. Spotykaliśmy się co noc w Bożym Gaju i...po prostu cieszyliśmy swoim towarzystwem, nigdy nie doszło do czegoś więcej niż parę pocałunków. Mieliśmy uciec razem pod osłoną nocy, mieliśmy plany na przyszłość...skromny domek w lesie, gromadka dzieci...sprzedał mnie za sakiewkę srebrnych jeleni kapitanowi straży. Żeby to chociaż były złote smoki. Od tamtej pory nie wierzę w miłość. Cholera, nawet straciłam wiarę w ludzi, własny gatunek. Światem rządzą pieniądze. Jak nie wiesz, o co chodzi - to chodzi o pieniądze.
To boli do dzisiaj.
- No, no, młoda lady Stark! - zarechotał jeden z nich, podchodząc do mnie.
- Podziękuj swemu przyjacielowi za wydanie cię. - dodał drugi, popychając bękarta do przodu. Przez chwilę milczałam, obmyślając w głowie plan ucieczki. Barristan podniósł na mnie wzrok, po czym od razu schylił głowę. Widziałam, że żałuje...co mi jednak po tym teraz? Ja. mimo mojego wyrachowania, nigdy nikogo nie skrzywdziłabym dla własnych celów. Dopiero teraz spostrzegłam krew na jego rękach, na pewno go torturowali. Mój gniew nieco opadł, postanowiłam grać na czas.
- Nie jesteście ludźmi mojego ojca, co z tego będziecie mieć? - skrzyżowałam ręce na piersi
- Wystawił za ciebie garść złotych smoków - warknął rudy
O, tym razem złote smoki! Cóż za ewolucja, jak miło.
Mężczyzna podszedł jeszcze bliżej, dało się wyczuć jakże cudowny odór szczyn i piwa.
- Na pewno wiecie, jak traktować damę. - rzuciłam twardo i wskazałam głową na zdrajcę - A jego możecie zostawić tutaj, nie obchodzi mnie, co się z nim stanie. I mojego ojca na pewno też nie.
Barristan rzucił mi nieodgadnione spojrzenie, które odwzajemniłam. Mam nadzieję, że tak naprawdę wie, że właśnie ratuję mu mimo wszystko dupę.
- Będziemy cię traktować, jak chcemy. Zawrzyj gębę, albo skończysz jęcząc pode mną - wyszczerzył się obleśnie bandyta
- Mój ojciec...
- Twój ojciec gówno może. Przyniesiemy mu twoje truchło, jeśli nie będziesz współpracować. Biedna Lady Stark została zagryziona na naszych oczach przez jakąś bestię... - powiedział takim tonem, iż miałam wrażenie, że się zaraz popłacze.
Kątem oka spojrzałam na łuk, który leżał po mojej prawej, schowany w cieniu. Z tej odległości na pewno zdążę zastrzelić jednego, z drugim łatwo pójdzie...tyle, że przy tym drugim stoi Barristan, z nożem na gardle.
Zawahałam się. Na pewno automatycznie poderżnie Barristanowi gardło. Nie wykorzystałam szansy i potulnie wyszłam z rudym na zewnątrz. Drugi z bandytów popchnął Barristana na ziemię i dołączył do nas.
Mam nadzieję, że widzimy się po raz ostatni, Barristanie. Pomyślałam, kiedy wiązali mi nadgarstki sznurem i pakowali na tył wozu.


[Barristan?]

środa, 1 lutego 2017

Od Zeldith

Leniwie otworzyłam zasypane oczy. Jak zwykle obudził mnie panujący na zewnątrz gwar. Przeciągnęłam się i opuściłam swój namiot. Mężczyźni pracowali przy wszelkim rodzaju broni, a kobiety opiekowały się dziećmi, gotowały. Poszłam do namiotu matki. Ona jak praktycznie cały czas przygotowywała różnorodne ziołowe maści na wszelkiego rodzaju urazy. Przywitawszy się z nią usiadłam na skraju namiotu i uważnie obserwowałam wszystkie czynności które wykonywała. Obserwowałam ją dosyć długo dopóki nie dopadła mnie ochota na przejażdżkę po lesie. Właśnie do matki przyszedł jakiś pacjent, ale dopiero zdążył wejść do namiotu, chęć pójścia do Shadowfax wzięła górę nad chęcią obserwacji pracy rodzicielki. Pospiesznie wyszłam na dwór i wręcz biegiem pokonałam odcinek dzielący mnie od miejsca w którym przebywała klacz. Nie przygotowując jej zbytnio, dosiadłam konia. Stępem skierowałam się na ścieżkę prowadzącą do lasu. Wjechałam na jego teren. Ciszę zakłócał jedynie świergot ptaków i miarowe uderzanie kopyt Shadowfax o ścieżkę. Przyspieszyłam klacz i już po chwili znalazłam się nad strumieniem. Zasiadłam z niej i usiadłam na głazie mocząc stopy w lodowatej wodzie. Chodź może wydawać się to wielu osobom dziwne, zwierzałam się Shadowfax z moich problemów. Była ona chyba jedyną osobą, a raczej zwierzęciem, któremu ufałam w pełni. Kiedy skończyłam rozmyślać ponownie dosiadłam klaczy. Niespiesznie dojechałam do ścieżki. Nagle usłyszałam tętent kopyt. Odwróciłam ostrożnie głowę.

<Drogo?>

Od Margaret CD Tommena

- Lady Margaret Smoak, również zielarka- lekko dygnęłam.
- A więc pozwolisz, abym panią podwiózł- zaproponował.
- Dobrze. Gdybym miała iść pieszo, po drodze moja suknia pewnie by zamarzła i śmiesznie bym wyglądała, poruszając się w niej- uśmiechnęłam się.
Na twarzy rycerza również na chwilę zagościł uśmiech, lecz znacznie delikatniejszy od mojego.
Jakiś czas później byliśmy już pod niewielkim budynkiem. Od razu na powitanie wybiegły służące i mój młodszy brat, Julian.
- Margo, gdzie byłaś? I kto to jest?- od razu zasypał mnie falą pytań.
- Na małym spacerze, a to jest sir Tommen Firewood. Gdyby nie on, to prawdopodobnie dotarłabym do domu dopiero na kolację- spojrzałam na mężczyznę- Proszę, pozwól mi to jakoś wynagrodzić. Droga do twojego celu jeszcze pewnie daleka, więc napój swojego konia i pozwól mu nieco odpocząć, a ja zapraszam cię na obiad- dodałam.
- Ależ nie trzeba, naprawdę- powiedział chyba nieco skrępowany.
- Nalegam. Dzień jest chłodnawy, a tobie, sir, dobrze zrobi jakiś ciepły posiłek. Poza tym, źle czułabym się z tym, gdybym się nie odwdzięczyła- mój ton głosu stał się nieco bardziej proszący, niż przedtem.
- No dobrze, niech będzie, ale nie będę długo wam zawracać głowy- odparł, zsiadając z konia.
- To żaden problem. Rzadko miewamy gości- zaczęłam prowadzić go w stronę wejścia- Stajenni zaprowadzą twojego konia do stajni, a służące do jadalni. Ja w tym czasie pójdę się przebrać, niedługo przyjdę.
Potem się rozeszliśmy. Ja do swojej sypialni, a sir Tommen do jadalni. Cieszyła mnie jego obecność tutaj, bo goście, których zazwyczaj przyjmowaliśmy, przyjeżdżali albo w interesach, albo do ojca. Mnie zaś nie za bardzo interesowały te sprawy. Po przekroczeniu progu swojego pokoju, natychmiast podeszłam do szafy. Nie chciałam dać mu długo czekać, więc szybko się ze wszystkim uwinęłam.
Już po chwili siedzieliśmy przy stole, naprzeciwko siebie. Jednak żeby mężczyzna nie czuł się za bardzo tym wszystkim skrępowany, kazałam przygotować jakiś mniejszy posiłek.

<Tommen? Smacznego xd>

Od Tiriany C.D. Drogo

Schowałam broń, po czym powiedziałam Dothrakom, żeby zostawili mnie w spokoju i odeszli. Oni, jak zresztą się spodziewałam, nie posłuchali mnie.
- A czy my cię trzymamy? Cały czas ci powtarzałem, że możesz odjechać, ale ty wolałaś dyskutować. Mogłaś odjechać, jak nas słyszałaś, ale wolałaś czekać. - zwrócił się do mnie jeden z nich.
- A kto powiedział, że spodziewałam się akurat was? - spytałam, wcale nie oczekując odpowiedzi.
Miałam już dość tej rozmowy.
- Wy również nie musieliście się ze mną wdawać w sprzeczkę. - powiedziałam, z trudem ukrywając gniew, choć i tak nie wyszło mi to zbyt dobrze.
Nie zaszczycając ich nawet jednym spojrzeniem skierowałam się w stronę, w którą zmierzałam wcześniej. Musiałam obrać krótszą trasę, gdyż sprzeczka z Dothrakami zajęła mi trochę czasu, a musiałam być minimum godzinę przed świtem. Przez jakiś czas słyszałam jeszcze ich zdenerwowane głosy. Niecałą godzinę jeździłam po lesie. W końcu znalazłam się na obrzeżach lasu. Popędziłam konia do galopu. Błyskawicznie znalazłam się przy stajni. Oddałam konia i pobiegłam pod mury pałacu. Wspięłam się po murze i po chwili znalazłam się pod ścianą pałacu. Szybko dostałam się przez okno do mojego pokoju. Zmieniłam ubranie na to do spania. Praktycznie od razu zapadłam w płytki, niespokojny sen.

Drogo? 
Wena ze mnie wyparowała :C
Szablon wykonała prudence. z Panda Graphics.