środa, 29 marca 2017

Od Ariany CD Barristana

Weszłam do pokoju, owinięta jedynie ręcznikiem, ale cudownie czysta. Służki zostawiły na łóżku bawełnianą suknię. Moja komnata była skromnym pomieszczeniem dla służby, ale wcale mi to nie przeszkadzało. W sumie cudownie było być traktowanym jako ktoś z pospólstwa, nieważny. Mam tylko nadzieję, że nie każą mi tu odpracować tego wszystkiego...i tak ledwo mogłam wytłumaczyć delikatność moich rąk. Oficjalnie jestem służką Lady Ariany Stark, która zaginęła.
Okej, zostało mi jeszcze trochę czasu do kolacji, słońce jest wciąż wysoko. Wyszłam na korytarz, z okna widziałam piękne ogrody. Jest już wiosna i wszystko budzi się do życia, uwielbiam ten zapach świeżości i śpiew ptaków...zawsze jednak moją ulubioną porą roku była zima. Jazda na sankach, łyżwach, budowanie zamków, polowania...coś ścisnęło mnie za serce. Tęsknię za Winterfell. Nieoczekiwanie niemal na kogoś wpadłam, z początku czekając, aż mnie przeprosi...dopiero po chwili sobie przypomniałam, że jestem przecież służką. Lecz przede mną stał...Barristan. Moja twarz przybrała obojętny wyraz, a ja ruszyłam dalej.
- Słuchaj. - zatrzymał mnie - Wydaje mi się, że powinniśmy sobie wytłumaczyć parę spraw... Chodź.
- Żebyś mógł mnie bezkarnie zabić w jakimś zaułku? Nie ma mowy - wyrwałam mu się
- Nie wygłupiaj się...najpierw bym cię zgwałcił, nie przepuściłbym za nic takiej okazji...
Przysięgam, że gdybym jednak trafiła dłonią w jego policzek, odgłos plaśnięcia byłoby słychać w całym zamku.
- I ty śmiesz nazywać siebie rycerzem? - warknęłam
- Księżniczki się nie unoszą, uspokój się
- Nie jestem żadną księżniczką...- nie zdążyłam dokończyć, ponieważ nagle na korytarz wszedł służący, który obwieścił nam, że oczekują nas na kolacji.
***
Gęś była wyborna. Popijałam to wszystko winem, którego mi nie żałowano. Jako gość gospodarza zajmowałam miejsce przy głównym stole, na szczęście dość daleko od lorda i Barristana...wydają się być bardzo blisko. Ciekawe, jaka historia się za tym kryje? W sumie była to bardziej uczta na jego cześć, niż kolacja. Muzyka grała, robiło się coraz weselej. Wszyscy tańczyli lub siedzieli pijani. Mi tylko odrobinę kręciło się w głowie...no dobra, byłam dość wstawiona. Nigdy wcześniej się nie upiłam, zawsze ojciec pozwalał mi tylko na jeden kieliszek.
- Zechcesz podać mi dłoń? - usłyszałam za sobą.
Barristan. Dłużej się nie zastanawiając,  podałam dłoń mężczyźnie. Chwilę po wyjściu na parkiet zakręciło mi się straszliwie w głowie, ale silne ramiona mojego rycerza trzymały mnie w pionie.
Przylgnęłam do niego mocniej, niż przewiduje etykieta. Sunęliśmy się po parkiecie w rytm jakiejś melodii...a raczej on przesuwał mną. Położyłam głowę, która nagle zrobiła się niewyobrażalnie ciężka, przy jego szyi i zachichotałam. Przekręcił głowę i spojrzał na mnie dziwacznie.
- Dobrze się czujesz? Wyglądasz na rozpaloną...
- Czuję się świetnie...jak...niigdy - wymamrotałam z trudem, strasznie plątał mi się język...
- Jesteś pijana - stwierdził
- No nie gadaj - wybuchnęłam śmiechem, jego słowa wydały mi się strasznie śmieszne.
- Droga panno, ty już kończysz na dzisiaj zabawę. Nie chcemy skandalu.
Nie zważając na moje protesty, wyprowadził mnie z pomieszczenia. W głowie mi się dwoiło i troiło, wszystkie troski nagle zniknęły. Były tylko mury zamku i prowadzący mnie Barristan. Fajny stan.

[Barristan? XD Wybacz, że tak się guzdrałam]

wtorek, 28 marca 2017

Od Arkadiusa C.D. Lyanny

Westchnąłem ciężko, kiwając głową.
- Masz rację, lady. Nie możemy pozwolić zniszczyć miasta, ale także nie możemy zostawić poddanych na pastwę naszych wrogów - zauważyłem. - W Fire Rock przebywa mój ojciec z macochą, siostra i brat  Robert z żoną i dwójką dzieci. Doran ma osiem lat, Leila pięć. Są w niebezpieczeństwie, gdyż Velaryonowie nastają na nich i okoliczne grody. Moi dwaj młodsi bracia wyruszyli przeciw nim z armią, Robert dołączył do nich. Tam ciągle trwa walka i ja także boję się o swoich bliskich. Mając taką perspektywę... Niech się królowa nie dziwi, że bardzo chciałbym wyruszyć im na pomoc. Mam jednak swoje zobowiązania tutaj; obiecałem bronić życia królewskiej rodziny. Lady, jesteś dla mnie tak samo ważna, jak ci, którzy walczą na Zachodzie - zapewniłem.
Lyanna zawahała się przez chwilę, najwyraźniej dopiero teraz zdając sobie sprawę, że moim zmartwieniem jest przebywająca na zachodzie rodzina. Odkąd tylko dowiedziałem się o ataku Velaryonów, tylko o tym myślałem. O ojcu, Seline, Robercie, Tommenie, Arthurze i dzieciach. Gdybym był bardziej wierzący, modliłbym się za nich do bogów, ja jednak widziałem już śmierć tyle razy, że gotów byłem uwierzyć, iż jest ona jedynym bogiem.
- Przykro mi - szepnęła Lyanna. - Wiem, że to nie powinno się dziać. Mam już tego wszystkiego dosyć, tych bitew i cierpienia...
Uniosłem lekko dłoń do twarzy Lyanny, gładząc ją opuszkami palców po policzku. Królowa uniosła na mnie smutne spojrzenie swych zielonych oczu.
- Kiedyś słyszałem, że jeśli chce się powstrzymać zło, czasem także trzeba posuwać się do okropnych rzeczy - stwierdziłem.

***

- Sir Arkadiusie! - Podrick kroczył dumnie w moją stronę, - Czy będę mógł wziąć udział w bitwie?
Uniosłem brwi znad pergaminu, na którym kończyłem kreślić właśnie na szybko kilka słów do przebywającego na Murze Conrada.
- Podricku, ile masz lat? - zapytałem zmęczonym tonem.
- Jedenaście - odparł z dumą chłopiec.
- Czy kiedykolwiek zabiłeś? - zapytałem, chociaż doskonale znałem odpowiedź.
- Nie... - zaczął cicho, najwyraźniej zawstydzony, ale jednocześnie i przerażony perspektywą odebrania komuś życia. - Widziałem jednak rannych i umierających. Od chorób, ale i od ran po mieczach.
Przywołałem go do siebie, a gdy stanął tuż obok mnie, odchyliłem materiał bluzy, pokazując mu ranę na barku. Widziałem, jak chłopiec stara się udawać niewzruszonego.
- To jedna z najświeższych ran. Miecz przeszedł na wylot. Cudem ominął ważne ścięgna  - wytłumaczyłem. - Niedawno zagoiła się ostatecznie, ból jednak pozostał. Miecz przeszedł na wylot. Ból jednak nie był i nie jest najgorszy. Byłem świadkiem, jak mordują moich ludzi, z którymi wyruszyłem. Kiedy królowa i jej ludzie przybyli z oddziałem, by mnie uwolnić, wrogowie wybili każdego z obozu, który rozbiła. Uratowaliśmy się tylko my - dodałem cicho. - Jest coś takiego, co tnie głębiej niż miecze, chłopcze.
- Strach - odpowiedział bez wahania Podrick, znając najwyraźniej powiedzenie rycerzy zwanych wodnymi tancerzami.
- Bezsilność. Utrata kompanów. Poczucie beznadziejności. Poczucie winy. Wstyd po porażce i gorycz po zwycięstwie opłaconym krwią braci - zacząłem wymieniać. - Powiedz mi, co zrobiłbyś ty, nastoletni chłopiec, stając na polu bitwy z mieczem w dłoniach? Nie dałbyś rady obronić nawet samego siebie. Rycerze stają w obronie królestwa - wytłumaczyłem.
Chłopiec zastanawiał się nad moimi słowami przez chwilę.
- Chcę być rycerzem - powiedział cicho. - Umrzeć z mieczem w dłoniach i być wychwalanym w pieśniach...
- Pieśni nie starczy, by opiewać sławę wszystkich rycerzy - zauważyłem ze śmiechem. - A śmierć w bitwie mimo wszystko jest tylko śmiercią. Nie powinieneś o tym myśleć, gdy masz przed sobą całe życie - upomniałem go. - Ćwicz, bądź dobrym giermkiem... A nie ominie się zaszczyt zostania rycerzem - obiecałem.
- Kiedy to się stanie? - dociekał chłopiec.
- Gdy uznam, że jesteś gotowy. Będziesz musiał stanąć do walki ze mną i mnie pokonać, lub walczyć jak równy z równym - postanowiłem.

***

Idąc jak co dzień na zebranie rady, spotkałem po drodze królową Lyannę, pokłoniłem się jej więc nisko, zrównując z damą krok.
- Wszystko w porządku, królowo? - zapytałem, widząc jej strapioną minę. - Chodzi o lady Yarwick? - dodałem zaniepokojony. Wiedziałem, że jej stan jest poważny, miałem jednak nadzieję, że dama z tego wyjdzie.

(Lyanna?)

niedziela, 26 marca 2017

Od Lyanny C.D. Arkadiusa

- Sęk w tym, że... - zaczęłam, próbując jakoś ubrać moją myśl w słowa - ... na zachodzie nie mają aż tylu ludzi, jak mniemam. Nawet jeśli stacjonuje tam mnóstwo wojsk, wciąż nie są to wszystkie, a nawet nie większość. Velaryonowie mają chociażby mnóstwo sojuszników, Stoutów, Fossoway'ów, Jastów, Watersów, Vance'ów... a i to nie wszyscy. Zmarnujemy cenne zapasy naszej dobrej broni, a i tak nie wybijemy nawet połowy sił wroga, ba!, może nawet nie ćwierć. W i ę k s z o ś ć  wojsk Velaryonów będziemy mieli pod murami. Pytanie tylko, czy zaatakują z zachodu, gdzie jest ich pełno, czy wykorzystają te swoje kontakty zza morza i zaskoczą nas jakowąś pokaźną flotą. Co wtedy? Będzie mniej ludzi, nie będzie ognia, a wroga będzie na pęczki i, prędzej czy później, rozwalą bramy miasta.
- Myślę jednak, lady - wtrącił namiestnik - że warto wziąć pod uwagę myśli sir Arkadiusa. Należałoby wspomóc grody, które zostały zaatakowane, a które są jednocześnie dosyć znaczące siłą i gospodarką, by zyskać w nich sojuszników. Z dzikim ogniem póki co bym się wstrzymał, aż do momentu ostatecznego.
Sir Arkadius pokiwał głową w zamyśleniu, przyznając namiestnikowi rację.
- Póki co lepiej nie używać tej broni. - ciągnął dalej - Gdyż może wyrządzić zbyt wiele szkód. Na początku warto zobaczyć, jak potoczą się walki naszych rycerzy, a potem stosować takowe ostateczności.
- Dobrze. - zgodziłam się, wzdychając - Możemy to rozwiązać w ten sposób. Wysyłamy ludzi na zachód, by odbić grody i uzyskać tamtejszych sojuszników. Nie używamy ognia. Królewską Przystań zaatakują najprawdopodobniej, jak przypuszcza sir Arkadius, dopiero później. Bierzemy ileś kobiet i dzieci do stolicy. Musi być jednak warunek - zastrzegłam - ci, których weźmiemy pod opiekę, muszą chwycić się jakiejś pracy. W razie oblężenia będzie zapotrzebowanie w szczególności na żywność i poniekąd na broń i zbroje. Nikt nie może siedzieć bezczynnie.
- Jasna rzecz. - zgodził się mój mąż, słuchając mnie uważnie.
- Dodatkowo porozstawiałabym jeszcze kilku strażników na murach. - zaproponowałam - O wrogich szpiegów lub skrytobójców nietrudno, a pod osłoną nocy ciężko takowych zauważyć.
- To również da się zrobić.
- Jeżeli wyślemy ludzi na zachód, wolałabym uzupełnić braki. - ciągnęłam, trochę ponuro - Pobór. Wiem, iż sama stwierdziłam, że poborowi żołnierze nie gwarantują lojalności, ale zawsze warto mieć ich pod ręką. Dezercja ma być surowo, podkreślam, surowo karana.
Gdy narada wreszcie się zakończyła, odetchnęłam z ulgą. Brakowało mi trochę ojca, gdyż on na pewno wiedziałby, co robić. Ciekawe, kogo by poparł? Nie zadręczałam się jednak tą myślą zbyt długo - nie było go już, nie żył, nie słyszał, więc nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia.

***

Lord Dowódca miał rację - lady Yarwyck wraz z dzieckiem dotarli do Królewskiej Przystani. Mimo, że początkowo sceptycznie nastawiałam się co do tego pomysłu i nie byłam pewna co do niego, przyjęłam gości osobiście. Dama była wyraźnie wykończona i chora - widać, że przez całą podróż zajmowała się głównie dzieckiem, a fakt, że uciekali w pośpiechu sprawił, że nie mieli przy sobie wiele pieniędzy czy strawy podczas drogi. Od razu rozkazałam przekazać lady pod opiekę dobrego lekarza, a młodym postanowiłam sama się zająć. Pomimo, że opiekowanie się brudnymi, głodnymi dziećmi raczej nie należą do zadań królowej, chciałam zaopiekować się chłopakiem.
- Jak masz na imię, mój drogi? - zapytałam, gdy jadł ciepły posiłek. Usiadłam obok niego i uśmiechnęłam się życzliwie.
- Edwin. - odparł chłopiec, patrząc na mnie swymi uroczymi, brązowymi oczyma. Ach... zupełnie jak  zmarły lord Goodbrother. Mimo, że wcześniej nie zajmowałam się za bardzo ludźmi w potrzebie, młody Yarwyck chwycił mnie za serce. Był zbyt cudnym, zbyt niewinnym chłopcem, by coś mogło mu się stać.
- Śliczne imię. - przyznałam, uśmiechając się ciepło - A ile masz lat, Edwinie?
- Dziewięć. - odparł, lecz zaraz zmienił temat - Czy moja mama będzie zdrowa?
Zamilkłam na chwilę. Z tego, co wiedziałam, lady Yarwyck była w dość poważnym stanie zdrowotnym.
- Myślę, że tak. - odrzekłam pokrzepiająco - Jest pod opieką wspaniałych lekarzy, którzy jej pomogą.
Chłopiec uśmiechnął się, jakby trochę się uspokoił, i wreszcie skończył jeść.
- Chciałbyś odpocząć? - zapytałam - Na pewno jesteś bardzo zmęczony... w końcu twój dom jest daleko.
Edwin pokiwał głową, trąc znużone oczy. Nakazałam przechodzącej akurat w pobliżu Delli odprowadzić go do jednego z pomieszczeń, gdzie mógłby usnąć. Sama wyszłam na korytarz, chcąc wrócić do mojej komnaty. Zauważając przechodzącego sir Arkadiusa, nieświadomie zwolniłam.
- Coś się stało? - zapytał.
- Nic, tylko... - wzięłam głęboki oddech, spoglądając mu w oczy - miał sir rację. Nie możemy ryzykować zniszczenia Królewskiej Przystani.
Rycerz próbował ukryć zdziwienie mą nagłą zmianą zdania, więc pospieszyłam z wytłumaczeniem.
- Lady Yarwyck, o której wspominaliśmy na naradzie, dotarła wraz z synem. - rzekłam - Nie wiadomo, czy kobieta przeżyje, gdyż najprawdopodobniej zachorowała w czasie drogi. Jej chłopak jest taki... niewinny. - westchnęłam, spuszczając wzrok - Nie możemy ryzykować życia jego i podobnych mu istotek. Nie możemy narażać Przystani na zniszczenie.

Arkadius?
Takie sobie, ale, jak już mówiłam, mam niemyślący dzień xd

sobota, 25 marca 2017

Od Arkadiusa C.D. Lyanny

Ukryłem twarz w dłoniach, kręcąc z niedowierzaniem głową.
- Pani, to szaleństwo - wytknąłem. - Mamy siedzieć bezczynnie, podczas gdy wrogowie rozkradają królestwo?
- Nie bezczynnie. Będziemy produkować dziki ogień - stwierdziła pewnie Lyanna, która najwidoczniej ani na moment nie zwątpiła w słuszność swego pomysłu.
- Dziki ogień jest niebezpieczeństwem nie tylko dla wrogów, królowo - starał się przekonać lord dowódca Gwardii. - Dziki - podkreślił to słowo - oznacza, że nie okiełznasz go, moja lady. Może spalić obie strony konfliktu, nie tylko jedną. Poza tym, ile wyprodukuje go jeden staruszek?
- Umiejętnie używany pozwoli nam pozbyć się wszelkich kłopotów - zapewniła królowa. - A o zapasy dzikiego ognia nie musicie się martwić, panowie.
Słuchałem tej wymiany zdań, coraz bardziej będąc na 'nie', jeśli chodziło o pomysł królowej. Ze zgrozą zauważyłem, że jej małżonek przekonuje się coraz bardziej do tego szalonego pomysłu.
- Wasza Miłość, kiedy chcesz ich spalić? - zadałem pytanie spokojnym głosem.
- Gdy tylko zaatakują Królewską Przystań - powiedziała z uporem. - Nie pozwolę Velaryonom dostać naszego królestwa.
- Królowo, nasi wrogowie nie mają jak na razie powodów do ataku na miasto - stwierdziłem.
- Pragną korony i władzy, całego królestwa... - zaczął Namiestnik. - Przyjdą do Przystani, by pozbyć się prawowitych władców. Prędzej czy później.
- Owszem, obawiam się jednak, że zdarzy się o później, niż byśmy chcieli. Królowie władają. Królu, czy wystarczy ci utrzymanie Królewskiej Przystani, żeby zatrzymać tytuł i życie? - zadałem pytanie.
- Pamiętaj z kim rozmawiasz - syknął król. - I uważaj na słowa.
- Potrzebujemy wysłuchać wszystkich rad, Wasza Miłość, a w szczególności tych dobrych - poparł mnie dowódca Gwardii Królewskiej, kładąc dłoń na mym ramieniu.
- Velaryonowie trzymają w garści Zachód. Najpewniej nie uderzą teraz na Królewską Przystań, nie leży to w ich interesie. Odebrali królestwu cały Zachód, a królestwo nie uczyniło nic. Lordowie i rycerze zginęli lub są więzieni. Co powstrzymuje ich przed dalszymi atakami na nasz lud? Mogą uderzyć na południe od Przystani, mają także do opanowania całą Północ. Lud widzi, co się dzieje. Władca nie powinien zamykać się za bezpiecznymi murami, gdy na zewnątrz giną jego ludzie! Ilu z lordów zajętych na Zachodzie zamków zgodzi się stanąć za Velaryonami, jeśli ci obiecają zapewnić bezpieczeństwo ich kobietom, dzieciom? Ilu lordów z pozostałej części królestwa zegnie z chęcią kolana przed Velaryonem, jeśli zapobiegnie to rozlewowi ich krwi? - przemawiałem spokojnie, lecz z uporem w głosie.
- Nikt z tych, którzy mają honor - powiedział chłodno król.
- Myślałem, że królowa Lyanna dość dobitnie wyraziła się o tym, co myśli o honorowych lub wdzięcznych lordach. Nie pokłada w nich wiary. Ja jednak uważam to za wartości bardziej względne, niż mogłoby się wydawać. Velaryonowie postrzegani są przez nas jako najeźdźcy i zdrajcy. Przez atakowany lud jako jedna ze stron w sporze o koronę. Jeśli okażą litość, lud poprze ich chętniej niż króla, który nie zrobił nic. Skrywając się w bezpiecznej twierdzy będziemy mieli przeciw sobie nie tylko ludzi Velaryonów, ale także całe królestwo, które zdradziliśmy - przekonywałem. - Pomaszeruje na nas Velaryon, prowadząc za sobą waszych poddanych, domagających się zemsty!
- Zdrajca jest tylko jeden! To Velaryoni i ich psy. Nie będę dłużej słuchał tych oskarżeń, ser Arkadiusie... - zaczął król.
- Rada jest od tego, by wysłuchać wszystkich - wstawiła się za mną Lyanna. - Sir Arkadius wyraża tylko swoją opinię.
Skinąłem królowej krótko głową, w ramach podziękowania, widziałem jednak, iż mimo wszystko całkowicie się ze mną nie zgadza.
- Moglibyśmy wpuścić do Królewskiej Przystani część ważnych dam z dziećmi, by w ten sposób pokazać troskę i zagrzać serca ich lordów do walki - podsunął lord dowódca.
- I w razie oblężenia mielibyśmy do wykarmienia więcej gęb, niż będziemy w stanie - warknął królewski Namiestnik. - To obłęd w czasie, gdy może nam brakować wszelkich dóbr.
- Wasza Miłość! - powiedziałem głośno, patrząc na królową. -  Dlaczego ludzie mają zachować ci wierność? Tylko dlatego, że jesteś Weaverem, a ród ten dotychczas rządził? Czy może dlatego, że na głowie sir Reeda jest korona? Idę o zakład, że niedługo druga pojawi się na głowie Velaryona, gdy po zdobyciu większości królestwa, ogłosi się królem. Władzę sprawuje ten, kogo ludzie uważają za władcę, za wygranego. Jak możemy wygrać, nie przystępując do walki? Te ataki to otwarte wypowiedzenie wojny, a wojny nie wygrywa się zza murów! Musimy walczyć! Pokazać ludziom, że króla trapi ich los, że władca troszczy się o swój lud! W innym wypadku to nie Velaryonów nazwą oprawcami, lecz swego nowego, bezczynnego króla. Velaryoni okażą się tyko kimś, kto będzie w stanie ich wyzwolić. W czasach wojny łatwo o zdradę, nie możemy więc dawać ludziom do niej powodów. Na wojnie przelewa się krew! Musimy więc modlić się i planować tak, by była to nie krew nasza, lecz wroga.
- Jeśli wyjdziemy poza Królewską Przystań, osłabi to miasto. Jeśli ono upadnie, co poczniemy? Sir Arkadiusie, przekonujesz nas, że król bez poddanych nic nie znaczy. Cóż jednak znaczy król bez królestwa? - zapytała niezadowolona Lyanna.
- Proszę tylko o wysłuchanie - powiedziałem cicho, patrząc kolejno po twarzach króla, królowej, namiestnika, dowódców i milczących dotąd, ważnych lordów. - Poddani motywują się wieloma rzeczami. Jedni martwią się o rodzinę, musimy więc zapewnić ich damom bezpieczeństwo. W tak trudnych czasach kilka osób więcej w mieście nie powinno sprawić problemu, jeśli wprowadzi się rygor i stan wyjątkowy. Dla innych ważny jest honor, przemówmy więc do niego, nawołując ich do stania u naszego boku, jak i my staniemy u boku ich! Kolejna grupa ma bardzo przyziemne motywacje - wyznałem, pocierając palec wskazujący o kciuk. - Najemnicy. Nie możemy pozwalać więc bogacić się Velaryonom, tylko raczej powinniśmy upewnić się, że mamy więcej złota niż oni, by móc więcej zapłacić. Oczywiście, naszą walutą - walutą, której Velaryonowie nie posiadają - mogą być ziemie i tytuły, jakie zgodzimy się nadać - wyjaśniłem pokrótce.
- Jeśli nakażemy oszczędzanie żywności i zaciśniemy pasa, nawet kilkadziesiąt ważnych lady i ich dzieci nie powinno zrobić dużego problemu. Jeśli do oblężenia nie dojdzie - powiedział Namiestnik, podkreślając ostatnie zdanie. - Jeśli pozbędziemy się mieczy, to także nie wyjdzie nam na dobre.
Uśmiechnąłem się lekko, kiwając głową. Doskonale zdawałem sobie z tego sprawę, przemyślałem jednak dogłębnie wszystko i byłem pewien, że wiem, co na to poradzić.
- Zamkowe lochy pękają w szwach od zabójców, złodziei i oszustów. Nocna Straż będzie musiała wybaczyć nam, ale wierzę, że obejdą się bez nich. Można będzie uzbroić tych ludzi w zbroje, miecze, dać im konie i wysłać na Zachód, Południe i Północ, w małych grupkach, wśród prawdziwych rycerzy. Sto mieczy to naprawdę niewiele, jeśli nad tym dłużej pomyśleć. Jeśli doszłoby do wdarcia się Velaryonów do Przystani, setka rycerzy nie miałaby tu znaczenia. Przestępcy sprawią, że liczebność wojsk wyda się większa. Każdy, kto zechce walczyć, będzie mógł iść z nimi. Gdy wrogowie się o tym dowiedzą, na pewno także zorientują się w liczebności naszych wojsk. Stwierdzą, że w Przystani zostało mniej rycerzy, niż w rzeczywistości. Wybawi ich to z ich twierdzy - zauważyłem.
- I zachęci do ataku na miasto! - stwierdził ze zgrozą dowódca Gwardii.
- Wymaszerują w stronę miasta, wiedząc, że straciło rycerzy - wstałem, biorąc z kąta sali mapę i rozkładając ją na stole. - Ich zastępy są liczne i Trident lub Czarny Nurt zatrzymają ich na dłużej. Nasze małe armie będą szybsze - zapewniłem, jeżdżąc dłonią po mapie. - Armia idąca na Zachód nawoła do walki podbity lud. Armia krocząca na Południe może dołączyć do zachodnich wojsk bądź wrócić do miasta. Armia krocząca na Północ, do której radziłbym przydzielić samych zaufanych rycerzy, należy posłać na twierdzę Velaryonów, gdy tylko wymaszerują. Jeśli obawia się król jednak, iż ryzyko, jakie spotyka Przystań jest zbyt duże, można napisać do Dorne, by wysłali drogą morską wsparcie. W końcu Dorne może zostać ich kolejnym celem. W razie odmowy, wojska maszerujące na Południe powinny ich przestraszyć, iż my także mamy zamiar ich zaatakować, dlatego tak ważne jest, by wysłać tam jedną z armii.
- Jak kilkudziesięciu rycerzy zdobędzie twierdzę Velarryonów? - zapytał nieprzekonany Namiestnik. - Warto wysyłać najsilniejszą z grup, samych rycerzy, na Północ?
- Jak powiedziała wcześniej królowa, władca bez królestwa jest niczym. Tracąc swój zamek, Velaryonowie stracą linię odwrotu i popleczników, którzy widzą tylko i wyłącznie ich siłę. Poza tym... My nie musimy niczego zdobywać - uśmiechnąłem się do królowej Lyanny. - Dziki ogień jest niebezpieczny, lecz skuteczny. Skoro królowa chce go wykorzystać, najbezpieczniej byłoby zrobić to na cudzej ziemi, gdy nie będzie miał szans zniszczyć także naszego miasta.
Lyanna, tak jak i wszyscy inni, spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
- Wasza Miłość, sama nalegałaś na spalenie wrogów - przypomniałem. - Jeśli cię to uspokoi, na Zachodzie, gdzie znajduje się większość wojsk Velaryonów, także możemy użyć ognia. Nie ma tam już nic, co nie byłoby spalone - westchnąłem ciężko. - Pozostali pewnie będą próbowali przejść na naszą stronę, poddać się... Lub poradzi sobie z nimi armia. Ale proszę, proszę, nie pozwólcie na śmierć poddanych ani nie skazujcie miasta na zwęglenie - dodałem cicho, patrząc Lyannie w oczy.

(Lyanna?)

Od Lyanny C.D. Arkadiusa

Gdy weszłam do sali narad, wszyscy byli już w środku. Wszyscy obecni pokłonili mi się nisko, a ja skinęłam niemalże niewidocznie głową. Podeszłam powolnym krokiem do stołu, zajmując miejsce obok mojego męża. Widziałam, jak sir Arkadius posyła mi delikatny uśmiech, jednak nie odwzajemniłam go.
Byłam wściekła.
Miałam ochotę kazać wybić wszystkich Velaryonów w pień, nie bacząc na nasze straty. Moja nienawiść do nich była ogromna, a to, co robili na zachodzie, tylko wzmagało ogień zemsty płonący w mym sercu. Zachowałam więc kamienną twarz i zaciskałam zęby, nie chcąc wybuchnąć.
- Od dziś do naszego grona dołączy także królowa. - oznajmił sir Reed, a ja zwróciłam na niego swój wzrok. W końcu usiadł, tak samo jak i cała reszta.
- Doszły mnie słuchy, iż Fossoway'owskie szczury przejęły gród Yarwycków? - zapytałam ze względnym spokojem, a Lord Dowódca skinął głową.
- Owszem, lady. Natarli na ich zamek wczorajszego wieczoru i wkrótce potem przejęli. - poinformował beznamiętnym tonem, spoglądając na mnie.
- Yarwyckowie są dobrymi podatnikami i doskonałymi handlarzami. - ciągnęłam - Jeżeli Fossoway'owie pozostaną tam, uciskając resztki ich ludzi, ucierpi na tym zarówno nasz skarbiec, jak i dostawa produktów, które wytwarzają.
- Racja, moja lady. - odrzekł sir Reed - Wiadomo nam, że lord Yarwyck jest w niewoli. Wielu ich ludzi zginęło podczas obrony grodu, a lady wraz z dzieckiem zdołała uciec. 
- Gdzie jest aktualnie? - dopytałam.
- Nie wiadomo. - Lord Dowódca wypuścił powietrze z płuc, wzdychając ciężko - Najprawdopodobniej jednak zmierzają w stronę Przystani.
- Nie zaznają tu szczęścia. - odparłam sucho - Tylko idiota ucieka przed wojną w stronę wojny.
- Sir Firewood złożył wczoraj prośbę o udanie się na zachód wraz z przynajmniej setką ludzi. - kontynuował sir Reed po krótkim milczeniu - Ma w zamiarze zwalczyć naszego wroga, popierając uciskane rody i zdobywając ich poparcie.
- A Velaryonowie? - zapytałam bezbarwnym głosem - Ich siły są naprawdę duże. Zbierali je przez wiele lat. Jak myślicie, dlaczego atakują teraz? Mój ojciec nie żyje, mamy nowego króla, a oni uznają to za słabość. Lud służy temu, kogo zna i komu ufa. Sir Reed tegoż zaufania jeszcze nie zdobył. Jeżeli odbierzemy Królewskiej Przystani rycerzy, nie możemy w pełni liczyć na wsparcie biedoty czy mieszczan. Potrzebujemy jak najwięcej mieczy. Doświadczonych mieczy.
- Wasza Miłość. - sir Arkadius zabrał głos - Lud doceni naszego króla, o ile on go wspomoże. Będą widzieli w nim oparcie i obrońcę. Jeżeli rozproszymy siły Velaryonów, z pewnością nie będą w stanie zaatakować Przystani.
- To nie może być takie proste. - odparłam natychmiast - Powątpiewam, jakoby nasi wrogowie mieli tylu ludzi, by byli już rozbici po paru atakach na ich zdobycze. Myślę, że ukrywają coś, o czym my nie wiemy. Co, jeżeli zawarli sojusz z kimś zza Wąskiego Morza? Co, jeżeli sprowadzają stamtąd wojowników? Gdy byłam młodsza, słyszałam rozmowy o tym, że mieli swe znajomości za morzem. Wysłuchiwałam historii o wiernych, nieprzezwyciężonych wojownikach z Astaporu, specjalnie trenowanych i niewrażliwych na ból. Co, jeżeli Velaryonowie mają ich w garści? Wątpię, by atakowali ot tak, z zachcianki. Muszą mieć tajną broń i pewność, że zdobędą to, czego chcą. W mojej opinii nie wolno nikogo zabierać z Przystani. Żołnierze na strażnicach, w innych grodach... to oni są od bronienia reszty. Jeżeli Velaryonowie wedrą się do stolicy, nie ma ratunku. Odbiorą tron i nadzieją głowy nas wszystkich na pikach. Królewska przystań jest naszą jedyną ostoją. 
- Ależ Wasza Miłość. - zaprotestował Lord Dowódca - Jeżeli pomożemy innym dworom, to właśnie one nas poprą i wspomogą swymi siłami. Będą za nas walczyć, gdyż zdobędziemy ich zaufanie.
- Och... - jęknęłam, marszcząc brwi - Naprawdę w to wierzycie? Nie wolno ufać nikomu, kto nie jest nami. Nie byli nigdy w Przystani, nie widzieli nigdy króla. Są prostymi ludźmi. Ich życie jest w miarę bezpieczne, o ile nie będą się wychylać. Dlaczego mieliby poświęcać życia swoje i swoich bliskich za kogoś, o kim nie mają żadnego pojęcia? Wdzięczność wdzięcznością, ale nie możemy pozwolić sobie na niepewny "biznes". Nie mamy pewności, czy się odwdzięczą, czy zostaną w swoich dworach. Mogą równie dobrze nie poprzeć nikogo... i co wtedy?
- Wtedy można zażądać poboru do wojska, tak, jak pobierają do Nocnej Straży. - odezwał się sir Reed. Zostałam jedyną osobą w radzie, która miała inne zdanie.
- Bycie wojownikiem nie gwarantuje wierności. - odrzekłam zmęczonym głosem - Proponuję inne rozwiązanie... 
- Jakież? - zapytał mój mąż, nachylając się w moją stronę, z ciekawością wymalowaną na twarzy.
- W Przystani jest jeden, jedyny starzec, który zajmuje się wyrobami... nienaturalnymi, że tak powiem. - oznajmiłam - Słyszałam o nim jako dziecko, kiedy ojciec mówił o tym z mą matką. I wiecie co, moi dobrzy lordowie? - pierwszy raz podczas tego zebrania uśmiechnęłam się, jednakże z nutką chytrości - Myślę, że uda mu się wykonać coś, co znacznie osłabi siły Velaryonów.
- Przejdź do rzeczy, moja lady. - rzekł zniecierpliwiony król.
- ... dziki ogień. - zakończyłam, próbując ukryć rozpierającą mnie ekscytację i żądzę krwi - Spalmy naszych wrogów żywcem.

Arkadius?
Pomyślałam, że będzie ciekawiej, jeżeli ma postać nie poprze twego pomysłu xd
[co, btw, było trudne, bo ja jako ja zgadzam się z Kade'm, lel]

Od Arkadiusa C.D. Lyanny

- Zawsze będę ci służyć, lady - obiecałem, unosząc jej dłoń, którą splotła z moją, do ust i złożyłem na niej delikatny pocałunek. - Ja także zawdzięczam ci życie, a oprócz tego ślubowałem wierność twemu ojcu i tobie.
Lyanna uśmiechnęła się nieśmiało, a ja rozejrzałem się dookoła, sprawdzając, czy nikt nie przygląda nam się zbyt uważnie. Wiedziałem jednak, że w zamku nawet ściany mają oczy i uszy. Nie chciałem ryzykować.
- Co lady powie na spacer po błoniach? - zaproponowałem. - Obiecuję zapewnić lady bezpieczeństwo.
- Myślę, że to doskonały pomysł - stwierdziła z uśmiechem księżniczka. - Potrzeba mi chwili odpoczynku.
Nadstawiłem dla Lyanny ramię, które ujęła i przez korytarz ruszyliśmy do tylnego wyjścia z zamku, prowadzącego na błonia. Dzień był spokojny i słoneczny, niemal całkowicie bezwietrzny, taki, jakie lubiłem najbardziej. Zrodzony podczas zimy, doceniałem letnią porę i ciepły klimat południa. Z uśmiechem także zauważyłem, że w rdzawych włosach Lyanny odbijają się słoneczne promienie, przywodząc mi ciągle na myśl słowa dawnej pieśni. Nie miałem ochoty psuć humoru lady, podejmowałem więc tylko radosne, codzienne tematy. Mijający nas ludzie pozdrawiali mnie skinieniem głowy i kłaniali się swojej królowej.
- Co z twymi oprawcami, Arkadiusie? - zapytała po pewnym czasie Lyanna.
- Zostali straceni, pani - odpowiedziałem. - Próbowaliśmy wypytać ich o plany Velaryonów, pozostawali jednak wierni swym chorążym. Nie cieszy mnie fakt, że Velaryonowie mają ludzi tak wiernych, że giną za ich tajemnice - westchnąłem.
- My także mamy wiernych ludzi - stwierdziła Lyanna.
Pokiwałem głową, miałem jednak złe przeczucia. Po śmierci króla, nasi wrogowie mogli uznać, że królestwo, którym włada młody król, jest osłabione. W dodatku król, który nie był od urodzenia przeznaczony do rządzenia. Mógł nie podołać. Sprytni Velaryonowie na pewno węszyli w tym sytuację do ataku.

***

''Drogi Arkadiusie!
Ataki na nasz gród nie ustają. Wiele okolicznych wiosek zostało obrabowanych, spłonęły... Cholerne armie Velaryonów cały czas atakują co ważniejsze strategicznie zamki. Tommen i Arthur, wraz z zebraną armią odpierają wroga. Mam zamiar udać się z nimi, zostawiając Fire Rock pod opieką Seline, ojca i Dorana. Zwłaszcza ojca i Dorana, zważywszy na słaby stan zdrowia naszej siostry. Wszystko, co dzieje się dookoła, to jakieś szaleństwo; początki wojny...
- Robert''

Pokręciłem głową, zgniatając pergamin w dłoniach. Wieści z domu nie były wcale lepsze niż te, które słyszało się w Królewskiej Przystani. Robert był jednym z moich najstarszych braci, jednym z bliźniaków - drugi, Conrad, przywdział czerń. Był więc oficjalnym dziedzicem Fire Rock, które było atakowane, tak jak większość zamków popleczników Weaverów, przez Velaryonów. Cisnąłem listem w ogień w kominku. Niemal cały Zachód i Północny- Zachód padły atakami wrogów. Grody broniły się, wątpiłem jednak, by potrwało to długo. Prostaczkowie bali się najeźdźców, uderzających systematycznie i z wielką siłą. Potrzebowali odzewu z królestwa, pomocy. Inaczej nie widzieli nawet, dla kogo mają walczyć.
- Chcę jechać na Zachód i rozprawić się z wrogiem - powiedziałem na zebraniu Rady, zwracając się bezpośrednio do nowego króla i do swego dowódcy Gwardii.
- Białe płaszcze mają służyć w Przystani, mają być osobistą strażą króla i królowej - rzekł sir Reed. - Tu jest twoje miejsce.
- Ataki na Zachód mogą być odwróceniem uwagi. Nie możemy wysłać rycerzy na pomoc lordom i ich prostaczkom, zostawiając królestwo na pastwę Velaryonów. Wtedy na pewno uderzą - stwierdził dowódca Gwardii.
- Musimy jednak pomóc poddanym. Dlaczego mają walczyć z wrogami Korony, skoro królestwo nie reaguje na ich krzywdę? - zapytałem. - Proszę, Wasza Miłość, o chociaż stu rycerzy. Stanęlibyśmy u boku naszych lordów, pomagając im w walce z oprawcami.
- Wasza Miłość, jeśli naszym wojskom udałoby się chociaż rozproszyć armię Velaryonów, wtedy ich ataki na Królewską Przystań nie miałyby szans na ziszczenie się. Poza tym, pomoglibyśmy poddanym - Dowódca poparł mnie. - Ludzie doceniliby nowego króla, a wrogowie zobaczyliby, z kim mają do czynienia.
- To, ilu ludzi pojedzie, jeszcze ustalimy - zwrócił się król do lorda dowódcy.
- Musi ich prowadzić ktoś zaufany. Widok białego płaszcza na pewno pokrzepi naszych poddanych - zauważył Gwardzista. - Sir Arkadius wykazał się już w wielu bitwach. Reszta Gwardzistów i rycerzy zdoła także ochronić nasze miasto i władcę.

***

Nazajutrz, idąc na kolejne spotkanie rady, miałem nadzieję, że kwestia mojego ruszenia na pomoc Zachodowi zostanie rozstrzygnięta i jeszcze dziś będę mógł wyruszyć z wojskami. Widząc w sali także królową, ukłoniłem się jej nisko, posyłając lekki uśmiech.
- Od dziś do naszego grona dołączy także Królowa - powiedział król, zajmując swe miejsce u szczytu stołu, z Lyanną i Namiestnikiem po obu bokach.

(Lyanna?)

piątek, 24 marca 2017

Od Lyanny C.D. Arkadiusa

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć czy pociągnąć za język, rycerz znów mnie pocałował. Nie sprzeciwiłam się temu, a jedynie oddałam pocałunek, chwytając Arkadiusa delikatnie dłońmi za ramiona.
- Ciebie również się nie boję. - uśmiechnęłam się lekko, spoglądając mu wprost w oczy. Zanim zdołał jakkolwiek się wytłumaczyć czy dodać coś od siebie, złożyłam jeszcze raz pocałunek na jego ustach, tym bardziej bardziej namiętny - Ja tylko...
Moją wypowiedź przerwał bardzo głośny trzask łamanej gałęzi, a chwilę potem dźwięk kroków. Natychmiast oderwałam się od Arkadiusa, ukrywając się za jednym z ozdobnych krzewów, podobnie zrobił też Mortimer. 
- Podrick? - usłyszałam zdumiony głos rycerza - Cóż ty tu robisz?
- Ja...? - chłopak był równie skonsternowany, co jego pan - Ja tylko... ja przysnąłem w stajni.
Rozchyliłam delikatnie gałązki, by widzieć, co się dzieje. Arkadius rozczochrał włosy dzieciaka, kręcąc głową i uśmiechając się.
- Ach, ty. - rzekł - Zmykaj do siebie, młody.
- A, właśnie... - przypomniał sobie giermek - Chyba wołał cię stajenny, sir. Zdaje się, że chodzi o konia czy tam ekwipunek. 
Chłopak spojrzał na rycerza wyczekująco, jakby zastanawiając się, dlaczego jeszcze zwleka z udaniem się do stajni, także Arkadius, rzucając przelotne spojrzenie w moją stronę, poszedł za swym giermkiem. Po paru minutach, upewniwszy się, że nikogo nie ma w okolicy, opuściłam mą kryjówkę i wraz z wilkorem udałam się do zamku.

***

Nie myślałam, że spotkam kogokolwiek o tej porze na korytarzach, a jednak to się stało. Miałam nadzieję, że drobny spacer, mój i Mo, ujdzie nam na sucho i nikt nas nie zauważy, lecz, wracając do komnaty, natrafiłam na sir Robba Tranta, namiestnika, idącego powolnym krokiem.
- Lady? - zmarszczył brwi na mój widok, zatrzymując się - Dlaczego tutaj?
- Hm... - zacięłam się na chwilę, próbując wymyślić wymówkę - Byłam spragniona, musiałam pójść do kuchni, bo akurat Delli nie było w pobliżu, by przynieść mi wodę.
Wiedziałam, że stary sir Trant był wystarczająco inteligentny i znał mnie zbyt dobrze, żeby nabierać się na takie tanie wymówki, jednak tym razem ją zignorował, zamiast mnie upomnieć.
- Coś się stało? - zapytałam z ciekawością, prostując się - Czy sir mnie szukał?
- Owszem. - skinął głową ponuro, po czym odwrócił się w stronę, skąd przyszedł - Niech lady za mną pójdzie.
- Co jest? - ciągnęłam, nieco bardziej niespokojnie, ruszając za nim - Coś złego się wydarzyło?
Nie odpowiedział, lecz zaprowadził mnie do komnaty mego ojca. Podejrzewałam, co to znaczyło. Po otwarciu masywnych, zdobionych drzwi niemalże wbiegłam do środka, zastając ojca leżącego w bezruchu na łożu. Wzięłam głęboki oddech i przykucnęłam przy nim, chwytając jego dłoń.
- Przykro mi. - nieznany mi lekarz położył mi dłoń na ramieniu - Naprawdę mi przykro z powodu tejże straty.
Nie odpowiedziałam mu, a jedynie ścisnęłam dłoń ojca. A więc ta chwila nadeszła. Nie spodziewałam się, że zareaguję na nią w ten sposób. Myślałam, że wybuchnę płaczem, będę zła, smutna, cokolwiek. Tymczasem odczułam pewien rodzaj... ulgi? 
Chyba tak.
Nie musiałam już widzieć ojca, który z trudem oddychał i ledwo stał na nogach. Nie musiałam patrzeć, jak cierpi, kiedy próbuje wyrzec choć słowo. I nie musiałam żyć w stresie, oczekując na chwilę jego śmierci, w której wszystkie moje emocje wybuchną. Tymczasem, jak na przekór, nie zrobiły tego. 
- Dawno... odszedł? - zapytałam lekarza, spoglądając na niego. 
- Zaledwie parę minut temu. - odparł medyk, wciąż swym pełnym żalu głosem, po czym zacisnął wargi - Powiedział... powiedział, że będzie czuwał nad tobą, księżniczko.
- Ach... - wymsknęło mi się, po czym znów zwróciłam wzrok na surową twarz mego rodzica - Przynajmniej jest już z moją matką, jak sądzę.
- Zapewne. - pokiwał głową milczący dotąd sir Trant. Tylko on i ja w tym pokoju zdawaliśmy się zachowywać względny spokój.
Wstałam i, patrząc jeszcze chwilę na nieruchomego króla, odwróciłam się i wyszłam z komnaty.

***

- Czujesz się już lepiej, moja lady? - zapytał z troską w głosie Jory, głaszcząc mnie po policzku. Powoli się do niego przybliżyłam i położyłam głowę na jego ramieniu.
- Jest w porządku. - odparłam, kiwając lekko głową - Czuję się dobrze.
- To dobrze, gdyż nie mógłbym znieść troski na twarzy mej lady. - sir Reed odsunął się odrobinę, by spojrzeć mi w oczy. Ujrzawszy mój lekki uśmiech, ucałował mnie w czoło - Myślałem, że ceremonia pogrzebowa... zepsuje mej lady humor.
- W żadnym wypadku. - odrzekłam pewnie - Cieszę się, że, gdziekolwiek mój ojciec jest, jest z mą matką. A teraz... czy mogłabym pobyć sama? Pospaceruję sobie tu i ówdzie.
- Jasne, moja lady. - mój mąż ucałował mnie raz jeszcze - Czy potrzebujesz strażnika?
- Nie, nie. - zaprzeczyłam szybko - Poradzę sobie sama.
Początkowo miałam w planach  udać się do ogrodów, jednak ostatecznie skończyło się na powolnej przechadzce po korytarzach zamku. Nikt, kto mnie mijał, nie mówił mi nic, nie chcąc zapewne mi przeszkadzać. Miło było choć przez ten czas nacieszyć się spokojem, nie będąc ciągle pozdrawiana i pytana o samopoczucie.
Właściwie jedyną osobą, która nie pozostała milcząca, był nikt inny jak sir Arkadius, który nie widział mnie od czasu naszego nocnego spotkania i nie miał okazji porozmawiać ze mną od pory śmierci mego ojca. 
- Księżniczko... - szepnął, spostrzegając mnie, i natychmiast zwolnił kroku - Tak bardzo mi przykro.
Uśmiechnęłam się lekko i przez krótki czas, po czym wyszukałam opuszkami mych palców wierzchu jego dłoni.
- Spokojnie. Ja... nie martwię się. - rzekłam ze spokojem w głosie - Pogodziłam się już z tą myślą.
Chwyciłam jego dłoń mocniej, spoglądając mu prosto w oczy.
- Cieszę się, że chociaż ty możesz przy mnie być. - przyznałam - Sam twój widok jest dla mnie pociechą.

Arkadius? :v

czwartek, 23 marca 2017

Od Arkadiusa C.D. Lyanny

Mimo iż cała ślubna ceremonia była dla mnie niezbyt szczęśliwym wydarzeniem, wiedziałem, że prędzej czy później król odda komuś rękę księżniczki, a ja nigdy nie miałem szans stać się tą osobą. W każdym razie, postanowiłem się nie smucić, widząc, że moja lady jest dziś szczęśliwa.
Podczas wesela zamieniałem przyjazne uwagi ze znajomymi mi rycerzami, lordami i damami oraz uprzejmie spławiałem wszystkie panny, które próbowały wykorzystać na mnie swe wdzięki. Niektórym jednak ulegałem, zapraszając je ku ich radości do tańca. Toastom wznoszonym za księżniczkę, jej męża i króla nie było końca, ja jednak miałem też swoje obowiązki i wolałem niektóre opuszczać. Zamierzałem do końca zachować trzeźwość umysłu.
- Kade? A niech mnie! W tym płaszczu ci do twarzy! - usłyszałem głos za plecami, po czym gruba, silna dłoń opadła na moje ramię. Obróciłem się, a widząc za sobą jednego z lordów chorążych ojca, nie mogłem powstrzymać uśmiechu.
- Tom - przywitałem się z mężczyzną uściskiem. - Przytyłeś jeszcze bardziej, czy tylko mi się wydaje?
Obaj parsknęliśmy gromkim śmiechem.
- Czego oczekujesz od starego człowieka? - zaśmiał się serdecznie. - Mam już wielkie bitwy za sobą, mam także piękną żonę i dzieci. A jeśli o tym mowa... Elia jest tutaj ze mną - przywołał do siebie gestem młodą, niską brunetkę o wielkich, migdałowych oczach.
- Mała Eli? - zapytałem z niedowierzaniem.
- Dorosłam, sir - powiedziała z uśmiechem, skłaniając się lekko.
Przypomniałem sobie, jak wiele razy witała do nas Tom razem z rodziną. Hawkinowie byli nie tylko chorążymi Firewoodów, ale także ich serdecznymi przyjaciółmi. Mała Elia - chociaż teraz już nie taka mała - była o trzy lata młodsza od mojej siostry, Seline. Często dziewczynki kręciły mi się pod nogami, gdy ćwiczyłem z braćmi lub dokuczały nam i starszym braciom Elii.
- Znam się od dziecka, Eli. Dla ciebie nie jestem sir, tylko Kade - zauważyłem ze śmiechem. - Co sprowadza was do Przystani?
- Gregor. Niedługo przybędzie do miasta, ma wstąpić do miejskiej straży - powiedział z dumą Gruby Tom. - Pomyślałem, że Elia także winna zostać w Królewskiej Przystani. Być może znajdziemy jej u odpowiedniego męża z dobrego rodu.
- Och, nie wątpię w to - uśmiechnąłem się, patrząc na szesnastoletnią dziewczynę. - Taka piękna dama na pewno skradnie serce wielu rycerzom i lordom, o ile nie książętom.
- Jesteś bardzo łaskawy - powiedziała dziewczyna i spłonęła rumieńcem. Postanowiłem, że umilę i sobie, i jej wieczór, zapraszając dziewczynę do tańca i wprowadzając ją w dworskie kręgi.
- Tomie, zamierzam porwać twoją córkę, by przedstawić ją kilku rycerzom i lordom. Podejrzewam, że nie masz nic przeciwko? W końcu towarzystwo ojca musi być bardzo nużące dla tak młodej i pięknej damy - dodałem żartobliwie.
Tom tylko się roześmiał, odwdzięczając się kilkoma uszczypliwymi komentarzami, zaraz jednak zniknął między ludźmi, a ja resztę wieczoru poświęciłem Elii i swoim obowiązkom.

***

Kilka dni po weselu, Królewska Przystań wracała do obowiązków i porządku. Nie dane mi było widzieć księżniczki od dnia jej ślubu, wiedziałem jednak, że zarówno mąż, jak i ojciec, zajmują całą jej uwagę. Stan króla znów się pogorszył, co pewnie musiało być wielkim ciosem dla jego jedynej córki.
Dziś do Przystani zawitał Gregor Hawkin, więc wieczorem, kiedy miałem czas, postanowiłem udać się do niego z wizytą. Rozmowa ze starym przyjacielem poprawiła mi humor, tak samo jak kilka pucharów wina, które wychyliliśmy razem. Do swojej komnaty wracałem więc nocą, kiedy księżyc wysoko wisiał już na niebie. Pod płaszczem ukryłem zerwaną w ogrodzie niebieską różę, którą zamierzałem wysłać przy pomocy jakiejś służki lub dziecka lady Lyannie, by chociaż w ten sposób poprawić jej odrobinę humor.
Po kilku krokach, zorientowałem się, że nie jestem w ogrodzie sam. Słyszałem czyjeś ciche, lekkie kroki i stąpanie ciężkich łap na zroszonej trawie. Moje przyzwyczajone już do ciemności oczy zauważyły wyłaniającego się z krzaków wilkora, w którym rozpoznałem Mortimera. Nieopodal zauważyłem szczupłą postać odzianą w futro. Księżniczka. Postanowiłem podejść do niej cicho, korzystając z chwili jej nieuwagi. Niezaprzeczalne było, że moje skradanie się zostałoby nagrodzone raną od miecza, gdyby u boku księżniczki był jakiś strażnik, mogłem jednak się założyć, iż była tu tylko z wiernym wilkorem. Zwierzę jednak nie zasygnalizowało jak dotąd mojej obecności, co znaczyło, że nie wyczuwa we mnie zagrożenia.
Kiedy stanąłem za Lyanną, księżniczka zaczęła się obracać, widocznie mnie słysząc, ja jednak przytrzymałem ją jedną dłonią, przykładając jej do ust palec i wolną ręką wyjmując spod płaszcza zimową różę, którą jej podałem, muskając w tym samym czasie jej szyję ustami. Powoli odjąłem palec od ust swojej lady.
- Arkadius - powiedziała, gdy tylko zobaczyła różę i obróciła się przodem do mnie.
- Księżniczko - szepnąłem ochrypłym głosem. Uniosłem dłoń do jej twarzy, by założyć jej za ucho zbłąkany kosmyk włosów. - Nie powinnaś wychodzić sama z zamku, w nocy. To niebezpieczne.
- Nie boję się - zapewniła mnie z uśmiechem. - Mam ze sobą Mo.
Spojrzałem na wilkora, który stał tuż za mną, gotów zaatakować mnie za choćby jeden niewłaściwy ruch. Przeniosłem wzrok na Lyannę, zamierzając powiedzieć jej, że to lekkomyślne i ryzykowne. Zamierzałem także dodać, że strażnicy za niedopilnowanie księżniczki dostaną ode mnie niezłą burę; gotów byłem im nawet pogrozić lub pokazać, co ich czeka, jeśli Lyannie chociaż włos spadnie z głowy.
Wszystkie słowa jednak uwięzły mi w gardle, gdy zobaczyłem jej łagodny wzrok. Nie mogąc się powstrzymać, objąłem ją w pasie ręką i pocałowałem. Tym razem było jednak inaczej, niż podczas ostatniego pocałunku. Nie byłem nieśmiały ani niepewny swoich czynów. Nasz pocałunek stał się gorączkowy i namiętny. Nie miałem pojęcia, czy to odwaga dodana przez wypite z Gregorem wino, czy tęsknota za księżniczką, której nie widziałem od kilku dni, jednak zachowywałem się dużo śmielej niż zazwyczaj. Kiedy oderwaliśmy się od siebie, oboje łapaliśmy oddech.
- Może i ty się nie boisz, pani, ja zaś lękam się, widząc, że jesteś tutaj w nocy, pozbawiona straży - wyszeptałem, muskając jej czoło ustami. - Mogłaś tu wpaść na wroga.
- Ale wpadłam tylko na ciebie - zauważyła, wzruszając ramionami.
- Mnie także powinnaś się strzec, księżniczko - westchnąłem, gładząc jej policzek. - Strzec tego, co mam ochotę z tobą zrobić... - dodałem ciszej. Zanim Lyanna zdążyła coś powiedzieć, znów zamknąłem jej słodkie usta w pocałunku.

(Lyanna?)
Mam nadzieję, że Kade nie przesadził xD

Od Lyanny C.D. Arkadiusa

Rosey, która wyszła z komnaty po igłę i nić, wróciła po kilku minutach, dzierżąc w rękach jeszcze coś oprócz rzeczy, po które poszła. Fryzurę miałam już zrobioną, więc nie musiałam już trzymać głowy w bezruchu, toteż odwróciłam się momentalnie, obrzucając ją zagadkowym spojrzeniem.
- Cóż to przyniosłaś? - zapytałam, wskazując na zimową różę, do której było coś przypiętego.
- Zahaczył mnie jakiś giermek, młody chłopak, i poprosił, abym to przekazała - wytłumaczyła służka łagodnym głosem. - Mówił, że to prezent ślubny dla księżniczki od jego pana.
- Ach... - westchnęłam w zamyśleniu, biorąc do ręki kwiat. Był prześliczny, a woreczek, który był do niego przyczepiony, skrywał w sobie cudną bransoletkę z białego złota. To musiał być podarek od sir Arkadiusa, jak się domyślałam. Bo jaki inny mężczyzna podarowałby mi coś tak ładnego przed ceremonią, w dodatku poprzez giermka? Nie miałam wątpliwości co do nadawcy tej przesyłki.
- Jest... niesamowita - przyznałam szczerze. - Nie uważacie, że będzie pasowała do mej sukni? Założę ją zamiast tej, którą mam na sobie.
- Tak, jest bardzo ładna - dodała Della. - Będzie komponowała się idealnie.
- Rosey, moja droga - zwróciłam się do służki, która przyniosła prezent. - Jeżeli spotkasz ponownie tego chłopca, powiedz mu, proszę, by przekazał swemu panu, że jestem zachwycona podarkiem.
Służka skinęła głową, uśmiechając się uroczo, i założyła kosmyk swych brązowych włosów za ucho. Była doprawdy piękną dziewczyną, aż dziwiłam się, iż jeszcze nie miała męża. Moim zdaniem była to tylko kwestia czasu, aż dopuści do swego serca jakiegoś mężczyznę.

***

Mój ojciec, mimo swego stanu zdrowia i faktu, że ledwo trzymał się na nogach, poprowadził mnie do ślubu. Czułam na sobie całe mnóstwa spojrzeń. Lord Robb Trant, królewski namiestnik, wraz ze swymi trzema synami, przyglądał się mnie uważnie. Lord Goodbrother zaś uśmiechał się melancholijnie, patrząc w zamyśleniu na jedno z wielkich okien septu Baelora, przez które wdzierały się promienie południowego słońca. 
Gdy doszliśmy wreszcie do sir Jory'ego Reeda, ten wziął mnie pod ramię i poprowadził aż do septona. Słyszałam, jak dzwony septu biją głośno, dając się we znaki najpewniej wszystkim okolicznym mieszkańcom, którzy nie byli w stanie uczestniczyć w ceremonii. Odwróciłam się, by sir Jory mógł nałożyć na me ramiona szatę Reedów, by po tym wreszcie obrócić się w stronę septona, który wiązał nasze dłonie.
- Niech będzie wiadome, że Lyanna z rodu Weaverów - zaczął septon - i Jory z rodu Reedów są jednym sercem, jednym ciałem i jedną duszą. Przeklęty niech będzie ten, kto spróbuje ich rozdzielić.
- Tym pocałunkiem ślubuję ci miłość. - rzekł głośno sir Reed, odwracając się w stronę zebranych, po czym złączył nasze usta w długim pocałunku. Słyszałam, jak wszyscy zaczęli klaskać. Po chwili objęłam wnętrze septu wzrokiem, patrząc po znajomych mi twarzach. Gdy me spojrzenie stanęło na pogrążonym w pewnym rodzaju zadumy Arkadiusie, coś ukłuło mnie w sercu. Natychmiast uciekłam wzrokiem od tego widoku, po czym, zwróciwszy się z powrotem w stronę mego męża, uśmiechnęłam się delikatnie.
Wesele było zaprawdę piękne - wszędzie porozstawiane były stoły o czerwonych obrusach, przy których siedzieli wystrojeni ludzie. Gdzieniegdzie dało się zobaczyć fantazyjne ogrodowe rośliny, różnorakie krzewy i piękne kwiaty. Siedząc obok sir Reeda, nie brakowało mi niczego. Wokoło ciągle kręciła się służba, dolewając wina, a na placyku przed nami grano piękne pieśni. Sir Jory był dla wszystkich nader miły i wielu zabawiał ciekawą dyskusją. Co jakiś czas podchodzili do mnie różni goście, życzący nam szczęścia i komplementujący mnie w różne sposoby. Mimo, iż ślub był iście polityczny, doskonale bawiłam się na weselu. Zaczęłam się przekonywać, że może to małżeństwo nie jest takie złe. Nie myślałam w ogóle o sir Arkadiusie (a być może mój umysł wypierał wszelkie wspomnienia z nim związane), lecz zupełnie się to zmieniło, kiedy wreszcie dostrzegłam go gdzieś pomiędzy ludźmi.

Arkadius?
Wcale nie inspirowałam się Purpurowym Weselem, wcale... xD
No i ikr, że zakończone w trochę badziewnym momencie, ale mam nadzieję, że znajdziesz sobie jakieś zajęcie na tym weselu XD

środa, 22 marca 2017

Od Leah C.D. Jaimego

Przerwałam opatrywanie nogi sir Jaimego, podnosząc wzrok na jego giermka.
- Miałam ten zaszczyt - przyznałam cicho.
- I co o niej myślisz? - zapytał wyczekująco Artys. - Słyszałaś już o okolicznościach wygranej sir Sanda.
Westchnęłam, wracając do usztywniania nogi swojego lorda. Najchętniej powiedziałabym, że nie moją kwestią jest rozstrzyganie i ocena turniejów, wiedziałam jednak, że taka odpowiedź nie usatysfakcjonowałaby ani lorda, ani jego giermka.
- Sądzę, że walka wydawała się być wyrównana. Pierwsze starcie lordów nie wskazywało na twą przegraną, panie... Jednak jeśli spojrzeć ze znanej nam już perspektywy, twój koń wydawał się zbyt narowisty. Jednakże posunięcie się do podstępu oznacza strach przed przeciwnikiem - zauważyłam.
Sir Jaime przyjrzał mi się uważnie, rozważając moje słowa i po chwili pokiwał głową.
- Masz rację, Leah - przyznał. - Następnym razem nie dopuszczę do oszustwa.
- Widziałaś także upadek sir Jaimego? - zadał kolejne pytanie Aryts, a ja zauważyłam, że jego lord zacisnął zęby, słysząc to pytanie.
- Widziałam całą walkę, chociaż z niezbyt bliskiej odległości. Jednak upadek sir Tranta napełnił mnie trwogą. Wyglądało to groźnie. Teraz jednak widzę, że ser jest twardym człowiekiem, któremu rany odniesione w boju są niestraszne.
Umilkłam, wracając do bandażowania nogi ser Jaimego, starając się robić to jak najdelikatniej. Nie chciałam zadać mu bólu, jednak ten nie okazywał go wcale. Kiedy skończyłam, wstałam.
- Życzy sobie sir makowego mleka lub wina z goździkami? Powiadają, że grzane wino jest najlepszym lekarstwem na wszystko, oczywiście w odpowiednich ilościach.
- W takim razie poproszę o odpowiednią ilość wina - przytaknął sir. - Możesz odejść.
Ukłoniłam się lekko, wychodząc i ruszyłam do kuchni, gdzie od razu wlałam do małego kotła dzban wina, czekając, aż się podgrzeje.
- Jak ma się młody sir Trant? - zapytała siwa staruszka, która była jedną z najlepszych kucharek w zamku Trantów. - Byłaś u niego, prawda?
- Ma złamaną nogę - powiedziałam cicho, mieszając wywar i dodając do niego goździki i plastry pomarańczy.
- Och, za swojego życia poznałam wielu rycerzy i mogę ci powiedzieć, moje dziecko, że złamana duma boli bardziej, niż złamana kończyna - przyznała staruszka, klepiąc mnie po ramieniu.
- Przeraziłam się, widząc jego upadek - powiedziałam cicho, przelewając grzane już wino do dzbana.
- Jak każdy z nas - stwierdziła staruszka. - Ser Jaime jest dobrym człowiekiem i będzie godnym zastępcą naszego lorda. Nic dziwnego, że wszyscy go miłują.
Nie odpowiedziałam na to nic, posyłając staruszce tylko słaby uśmiech i  dzbanem wina ruszyłam znów do komnaty swego pana. Zapukałam niepewnie, i gdy usłyszałam wezwanie, weszłam do komnaty. Zauważyłam, że Artys wyszedł, za to ser Jaime siedział na łożu, pogrążony w myślach. Podeszłam do niego, sięgając po stojący na szafce puchar i napełniłam go winem, odstawiając dzban na szafkę obok łóżka sir Jaimego. Jednak kiedy podawałam mu kielich, zagapiłam się i pochlapałam go winem.
- Przepraszam, sir, bardzo przepraszam.. - zaczęłam, sięgając po ścierkę, przez co przestałam zwracać uwagę na kielich trzymany w drugiej dłoni. Przez swą nieuwagę, wylałam resztę wina z kielicha prosto na swego pana. - Wybacz mi ser, nie chciałam... - zaczęłam przerażona, drżącymi dłońmi odstawiając puchar i zaczynając wycierać mokre szaty sir Jaimego. - Wybacz mi, panie...

(Jaime?)

Od Arkadiusa C.D. Lyanny

Czując dotyk słodkich ust księżniczki Lyanny na swoich, nie mogłem powstrzymać się przed pogłębieniem pocałunku. Ująłem delikatnie twarz lady w dłonie. Lyanna wydawała mi się tak bardzo krucha i delikatna, widziałem jednak wiele razy siłę i determinację w jej pięknych oczach. Jednak teraz, tak blisko mnie, znów była dla mnie delikatną damą, którą chciałem za wszelką cenę chronić.
Zakończywszy długi, czuły pocałunek, oboje dyszeliśmy cicho. Lyanna oparła swoje czoło o moje, a ja przymknąłem lekko oczy, widząc, że nie powinniśmy tego robić. Jednak ta słodka chwila znaczyła dla mnie więcej, niż wszystkie moje zwycięstwa w bitwach, na turniejach... Więcej niźli moja pozycja. Ta ulotna chwila z Lyanną była warta więcej niż najodważniejszy dotyk i pieszczoty innych pięknych dziewcząt.
- Moja księżniczko - szepnąłem, patrząc jej w pełne trosk oczy. - Proszę, nie smuć się.
- To nie przystoi - powiedziała cicho, nie odsunęła się jednak ode mnie nawet na milimetr. - Jutro...
- Jutro wyjdzie lady za ser Reeda i będzie lady szczęśliwa, u jego boku - zauważyłem, starając się zamaskować smutek słyszalny w moim głosie. Ująłem dłoń Lyanny i uniosłem j do ust, delikatnie całując każdą z jej kostek. - To dobry człowiek i szlachetny mąż. Pokochasz go, pani.
Lyanna nie skomentowała moich słów, zamiast tego tylko skinęła głową. Przez chwilę wahałem się, jednak nie trwało to długo i zaraz natarłem swoimi ustami na usta księżniczki, całując ją z równą pasją, jak wcześniej, Lyanna jednak nie pozostawała mi dłużna. Kiedy po raz kolejny odsunęliśmy się od siebie, uśmiechnąłem się delikatnie. Kochałem dziewczę piękne jak lato, co miało słońce we włosach, zanuciłem w myślach. Słysząc w ogrodzie czyjeś kroki, które stawały się coraz głośniejsze, odsunąłem się niechętnie od księżniczki.
- Pewnie już nas szukają, pani - powiedziałem cicho. - Ja powinienem razem z innymi Gwardzistami zajmować się zapewnieniem lady i przyszłemu królowi bezpieczeństwa na jutrzejszej ceremonii. Za to ty, moja pani, będziesz jak zawsze najważniejsza i najpiękniejsza - zauważyłem uprzejmie. - Piękna jak zimowa róża... - dodałem cicho.
- Powinniśmy wracać do zamku - zgodziła się ze mną Lyanna. Zawahałem się, czy wypada, jednak nie mogąc się powstrzymać, zaoferowałem jej ramię. Nie doszliśmy jednak do zamku, gdy moim oczom ukazał się młody chłopiec, który od niedawna był moim giermkiem, Podrick. Biegł przez dziedziniec, jednak gdy mnie zauważył, zwolnił i zaczął powoli i dumnie iść. Uśmiechnąłem się rozbawiony, widząc, że młodzieniec zamiast zachowywać się jak chłopiec, próbuje już postępować jak mężczyzna oraz być dumny jak rycerz.
- Ser Arkadiusie, posłano mnie po ciebie - powiedział, nie udało mu się jednak ukryć zadyszki po biegu. Najwidoczniej musiał już od jakiegoś czasu mnie szukać. - Białe płaszcze...
Skinąłem lekko głową chłopcu, który umilkł, a ja zwróciłem wzrok na towarzyszącą mi księżniczkę. Lady zabrała rękę, którą ujmowała mnie pod ramię, a ja skłoniłem się jej lekko i ucałowałem jej dłoń.
- Przepraszam cię, moja lady - powiedziałem uprzejmie. - Wzywają mnie obowiązki.
- Oczywiście - odparła dama. - Możesz odejść.
Skłoniłem się jeszcze raz i odwróciłem do Podrick'a, za którym ruszyłem do zamku.

***
W dzień ślubu księżniczki Jorym Reedem zarówno Białe płaszcze, jak i straż miejska, a także wszyscy najemnicy mieli wiele do zrobienia, nie mogłem więc nawet przelotnie spojrzeć na Lyannę, choć tak bardzo tego pragnąłem. Zapewne ona także miała wiele przygotowań przed sobą i niechybnie siedziała w swojej komnacie, otoczona przez służki. Całe królestwo radowało się na dzisiejszą uroczystość i z każdego kąta w Królewskiej Przystani dało się słyszeć wiwaty pod adresem księżniczki Lyanny i jej przyszłego męża. Rycerze zajmowali się obstawianiem bram i zabezpieczaniem dzisiejszej uroczystości, mieliśmy więc pełne ręce roboty.
Kiedy jednak na chwilę zaszedłem do swojej komnaty, wyjąłem z kufra jedwabną sakiewkę, w której trzymałem kupioną z myślą o tym dniu delikatną bransoletkę z białego złota, zdobioną szmaragdami, które przywodziły mi na myśl kolor oczu mojej księżniczki. Jeśli wierzyć kupcowi, biżuteria ta pochodziła aż z Asshai. Przymocowałem sznureczki jedwabnego woreczka do łodygi niebieskiej, zimowej róży i przywołałem do siebie Podrick'a.
- Księżniczka Lyanna ma dziś swój wielki dzień - powiedziałem do niego, ukrywając w głosie smutek. - Chciałbym, by dostała ode mnie prezent ślubny, nie mam jednak czasu podarować go jej osobiście, tak samo jak pewnie księżniczka nie ma na to czasu. Chciałbym cię prosić, byś posłużył mi za posłańca - powiedziałem do chłopca, obracając w dłoniach kwiat.
- Chętnie, sir, ale czy wpuszczą mnie do komnaty lady Lyanny? - zapytał ze zwątpieniem.
- Poproś o przekazanie prezentu którąś z bliskich służek księżniczki Lyanny - poradziłem, podając chłopcu różę z przytwierdzoną do niej sakiewką. - Liczę na ciebie, Podrick'u, ponieważ muszę już wracać do obowiązków.
Po minie giermka poznałem, że doskonale wywiąże się z zadania, tak jak ze wszystkich, które mu powierzałem. Był inteligentnym i ambitnym chłopcem.
- Powinienem przekazać dodatkowo jakąś wiadomość albo dodać, iż to od ciebie, ser? - upewnił się chłopiec.
- To absolutnie zbędne - uśmiechnąłem się do niego. - Księżniczka dostanie dziś wiele prezentów, mój nie jest wcale szczególny.
- Jeśli mogę zapytać... Dlaczego nie podarujesz księżniczce prezentu po ślubie, jak każdy, ser? - zapytał chłopiec, nie rozumiejąc.
- Księżniczka będzie zajęta mężem i ważnymi gośćmi - wytknąłem. - Dosyć już pytań. Zmykaj.
Kiedy Podrick odszedł, ja także udałem się do dowódcy Gwardii Królewskiej, który razem z innymi Gwardzistami dopracowywał szczegóły obronne uroczystości.

(Lyanna?)

Od Jaimego

- Mam nadzieję, że spełniłeś swe obowiązki i koń jest już gotowy? - zapytałem Artysa, giermka, który szedł za mną szybkim krokiem - To jeden z moich najważniejszych turniejów kiedykolwiek. Będzie go obserwował sam król i księżniczka.
- Tak, Joramun jest już w pełni gotowy. - odparł Artys z zapałem, próbując dorównać memu żwawemu krokowi - Wyszczotkowałem go, uczesałem grzywę, oczyściłem kopyta i osiodłałem. Będzie się z pewnością niezwykle prezentował, sir.
- To dobrze. - odrzekłem, wchodząc do stajni. Ogier był już gotowy i nastawił uszu, kiedy mnie zauważył. Wyprowadziłem go na zewnątrz i skierowałem w stronę placu, gdzie odbywał się turniej. Wszystkie miejsca na widowni były już pozajmowane, również to honorowe, przeznaczone dla królewskiej rodziny. 
- Widzi sir tego rosłego rycerza w zbroi rodu Sand, o tam? - zapytał Artys - To z nim sir będzie się potykał.
- To sir Robin Sand, o ile się nie mylę? - zwróciłem się do giermka - Dużo o nim słyszałem. Ponoć jako dwunastolatek zabił dorosłego mężczyznę, który go zaatakował.
- O, tak, sir, również słyszałem te plotki. - mój młody sługa pokiwał głową - Swego czasu całkiem interesowałem się tą sprawą. Zapytałem ostatnio lady Cyrennę Crakehall, Starszą nad Szeptaczami, o prawdziwość tejże historii, jednak nie miałem wystarczająco pieniędzy przy sobie, by móc wyciągnąć od niej więcej informacji.
- Wysoko się ceni. - odparłem w zamyśleniu - Chyba, że za tą plotką kryje się jakaś głębsza i ciekawsza historia.
Przerwaliśmy konwersację, gdy zostałem wywołany, by stawić się przed królem. Ścisnąłem łydkami boki Joramuna, który od razu posłusznie ruszył do przodu. Zatrzymałem się przed obliczem władcy i ukłoniłem nisko, a księżniczce posłałem czarujący uśmiech. Sir Robin Sand nie starał się jednak o dobre wrażenie, chcąc najwyraźniej pozostać tym groźnym, dlatego jedyne, co zrobił, to ukłonił się niemalże niewidocznie i skierował się w stronę swego miejsca początkowego. Wkrótce uczyniłem to samo, zauważając, że Joramun jest bardziej niespokojny, niż zwykle, i nad wyraz chętnie rwie się do biegu. 
Chwilę po zajęciu miejsc niski mężczyzną zadął w trąbę, a nasze konie ruszyły przeciwko sobie. Za pierwszym minięciem nie udało się żadnemu z nas strącić przeciwnika, gdyż obie kopie obiły się o brzegi tarcz z naszymi herbami. Przyszła kolej na drugie, w moim przeczuciu decydujące, podejście, więc wziąłem głęboki oddech i popędziłem Joramuna, skupiając się najmocniej, jak mogłem. Jednak tuż przed naszym starciem mój koń zwolnił nieco, buntując się, co przesądziło o mojej porażce. Kopia sir Sanda uderzyła w moją zbroję, zrzucając mnie z mego ogiera. Musiałem upaść dosyć niefortunnie, gdyż poczułem ogromny ból w mej lewej nodze. Mimo, że miałem ochotę wrzasnąć z bólu, nie zrobiłem tego, a jedynie podniosłem się z trudem, klnąc w duchu. Byłem tak wściekły, że mógłbym wyciągnąć miecz i pozbawić sir Robina głowy tu i teraz, jednak powstrzymałem się przed tym. Dopiero teraz zwycięzca, po przyjechaniu przed majestat króla, ukłonił się nisko, co wprawiło mnie w jeszcze większą wściekłość. Artys musiał pomóc mi zejść z placu i odprowadzić konia, gdyż ciężko było mi się poruszać o własnych siłach.

***

- Sir... - giermek wszedł do pomieszczenia, w którym leżałem na łożu - ... odkryłem coś nieprawdopodobnego. 
Podniosłem głowę. Moja złość trochę opadła po czasie, jednak wciąż miałem okropne samopoczucie. Artys podszedł do mnie i pokazał mały, szary kamyk.
- Był pod siodłem. - oznajmił, obracając go w palcach - Wypadł, gdy rozsiodływałem Joramuna.
- Co? - nie dowierzałem. Albo zrobił to giermek Sanda, albo któryś z ludzi, którzy obstawiali za pieniądze jego wygraną. Wściekłość z powrotem zagościła w mym sercu. Już miałem coś dodać, kiedy drzwi otworzyły się, a do środka nieśmiało weszła Leah, jedna z służek.
- Dostałam polecenie, aby opatrzyć złamaną nogę. - zawiadomiła cichym, łagodnym głosem. 
- Dobrze. - westchnąłem. Wtem do pokoju weszła Olene, moja narzeczona, i, zanim Leah zaczęła opatrywać złamanie, usiadła na brzegu łoża i ścisnęła mą dłoń.
- Ach, Jaime... - jęknęła swym delikatnym głosikiem - Myślałam, że ten olbrzym cię zabije. Jakże się przeraziłam, gdy spadłeś z tego konia. Nie ruszałeś się przez chwilę, myślałam, że coś ci się stało.
Leah na chwilę przystanęła, jakby przysłuchując się słowom Olene, jednak po paru sekundach kontynuowała leczenie.
- Nic mi nie jest. - zapewniłem - To tylko złamanie. Pewnie bym wygrał, gdyby nie ten kamień! - dodałem zirytowanym tonem, pokrótce wyjaśniając przyczynę dziwnego zachowania mojego konia - Miałem duże szanse...
Olene ucałowała mnie w policzek.
- Nie smuć się, jeszcze na pewno będziesz miał wiele okazji do pokazania swych umiejętności.
Westchnąłem.
- Racja. - odparłem, nieco uspokojony.
- To ja... wrócę już do ojca. - rzekła dziewczyna, całując mnie jeszcze raz na pożegnanie, po czym opuściła pokój.
- A ty widziałaś tę walkę? - Artys, dotąd milczący, zadał pytanie Leah. 

Leah? >.>

wtorek, 21 marca 2017

Od Lyanny C.D. Arkadiusa

Odprowadziłam rycerza wzrokiem aż do drzwi, za którymi zniknął, po czym westchnęłam głęboko. Rozejrzałam się po pokoju, a moją uwagę przykuł skrawek sukni, który wystawał zza drzwi ogromnej szafy. Należała do moich ulubionych - była granatowa, pokryta różnymi wzorami - i przypominała mi o matce. Często nosiła podobne, a ostatnio widziałam taką na niej w dzień jej śmierci. To wspomnienie nie wzbudzało we mnie żalu ani najmniejszego smutku - odczuwałam raczej błogi spokój, świadomość, że moja matka gdzieś tam jest i się mną opiekuje. Zapewne pocieszyłaby mnie teraz, wytłumaczyła, że muszę wyjść za sir Reeda (co jak najbardziej wiedziałam) i zażartowała przy okazji. Była kochaną kobietą.

***

- Moja lady. - usłyszałam melodyjny głos przed sobą, więc podniosłam wzrok. Młody sir Jory Reed, jak zwykle wspaniały, przystojny i olśniewający, ucałował wierzch mojej dłoni, po czym przysiadł się koło mnie. Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się z delikatnością, ściskając w dłoniach skrawek mej perłowej sukni. 
- Coś cię trapi, moja lady? - zapytał z troską, ujmując mą dłoń i patrząc swymi przenikliwie błękitnymi oczami w moje - Zawsze wysłucham i zrobię wszystko w mojej mocy, by pani pomóc.
- Nic mnie nie smuci. - odparłam najbardziej przekonująco, jak tylko mogłam, uśmiechając się przy tym trochę blado - Raduję się na myśl o zaślubinach.
Młodzieniec o złotych włosach ścisnął lekko mą dłoń, którą do tej pory trzymał.
- Ja również, lady. - odrzekł łagodnie - Ach... i jeszcze jedna rzecz. - dodał, przypomniawszy sobie coś. Mym oczom ukazał się przepiękny naszyjnik, jeden z najcudniejszych, jakie me oczy do tej pory widziały. Zdobiony, lekko pozłacany i pełen szlachetnych kamieni, błyszczał w promieniach słonecznych. 
- Niech lady przyjmie ten podarunek. - rzekł, a ja wstałam i odwróciłam się. Sir Reed zapiął mi wisiorek na szyi, po czym dał znak, bym znów się odwróciła - Przepięknie lady wygląda.
Uśmiechnęłam się znowu, tym razem może bardziej szczerze, po czym ucałowałam go w policzek.
- Dziękuję... jest śliczny. - przyznałam, nie kłamiąc.
- Podejrzewałem, że się lady spodoba. - oznajmił - Robi się już chmurno. Może wróćmy do zamku? Tutaj, w ogrodach, jest pięknie, lecz niewątpliwie chłodno.
- Racja, dobry pomysł. - odparłam. Sir Jory wziął mnie pod ramię i poprowadził wprost do środka zamku przez zdobne drzwi.

***

- Jutro ceremonia. - zauważyła Della, moja służka, radosnym głosem, robiąc mi fryzurę - Już w południe ślub i zabawy bez końca!
- Och, tak, nie mogę się doczekać. - uśmiechnęłam się na siłę - Czy ty będziesz mnie szykować, Dello?
- Tak, lady. - potwierdziła dziewczyna z uciechą - Ja oraz dwie inne służki, trochę mniej pani znane. Fryzura będzie dość wymyślna, acz piękna, a i nie wiem, czy widziała lady suknię! Jest cudowna, będzie lady w niej wyglądać czarująco.
- To dobrze. - oznajmiłam - W końcu to wielki dzień.
- A jakże! - odparła głosem przesączonym optymizmem i odrobinę prostą naiwnością. Skończyła układać me włosy, więc wstałam i podziękowałam. Po paru zdaniach wymienionych z Dellą wyszłam z komnaty i podążyłam korytarzem, chcąc dotrzeć do ogrodu, miejsca, w którym wcześniej spotkałam mego przyszłego męża. Usiadłam na murku, w tym samym miejscu, co wcześniej, i wpatrzyłam się w barwne kwiaty. Dotknęłam opuszkami palców naszyjnik, który dostałam od sir Reeda. Był szczególny.
Wtem usłyszałam kroki. Uniosłam głowę, by zobaczyć, kto przechodzi, by ujrzeć nikogo innego jak sir Arkadiusa. Przechodził blisko, dlatego nie miałam problemów ze zwróceniem jego uwagi. Poprosiłam go, by usiadł obok. Przez chwilę prowadziliśmy niezobowiązującą rozmowę o minionym dniu i państwowych sprawach.
- W dniu jutrzejszym odbędzie się ceremonia ślubna. - westchnęłam mimochodem, patrząc w niebo - To zadziało się szybko. Nie podejrzewałabym, że przypadnie mi akurat sir Reed.
- Zapewne będzie dobrym królem. - orzekł rycerz, może bardziej dla zasady.
- Tak, najpewniej. - odparłam, kiwając głową. Przeniosłam wzrok na twarz gwardzisty i uśmiechnęłam się blado - Mam najszczerszą nadzieję, iż będzie sir uczestniczył w ceremonii?
- Naturalnie. - odparł smutniej - Nie mógłbym opuścić tak ważnego wydarzenia.
Przerwałam jego zapewnienia, kładąc mu dłoń na ramieniu. Chwilkę wcześniej rozejrzałam się dookoła, lecz usiedliśmy w o tyle zacienionym i dyskretnym miejscu, że nikt nas nie obserwował. Zbliżyłam się do niego powoli i złączyłam nasze usta w pocałunku. Przez chwilę nie miałam pojęcia, co robię i dlaczego, ale nie chciałam o tym myśleć. Liczyła się dla mnie chwila.

Arkadius? 8)
To opko jest złe, tak bardzo złe.

poniedziałek, 20 marca 2017

Od Arkadiusa C.D. Lyanny

- Nie masz za co być wdzięczna, moja pani - zapewniłem ją. - Moim największym zaszczytem jest bronienie ciebie i stanie u twego boku zawsze, gdy będziesz mnie potrzebowała, księżniczko.
Lady Lyanna skinęła lekko głową, a na jej czole pojawiła się zmarszczka, gdy dziewczyna zaczęła nad czymś rozmyślać, nie komentując moich słów. Wiedziałem, że potrzebuje odpoczynku, więc pokłoniłem się lekko.
- Lady, jeśli pozwolisz, powinienem już iść...
- Oczywiście - powiedziała, uśmiechając się lekko, lecz jakby z wymuszeniem. - Dobrej nocy, Arkadiusie.
- Dobrej nocy, księżniczko - powiedziałem cicho, powoli idąc w stronę wyjścia z komnaty Lyanny. Widoczne było, że coś trapi księżniczkę, nie miałem jednak prawa pytać o jej troski. Byłem tylko rycerzem i nawet jako Gwardzista, nie byłem partią dla Lyanny, wiedziałem o tym doskonale.
Już trzymałem dłoń na klamce, gdy usłyszałem cichy głos Lyanny:
- Za kilka dni wychodzę za mąż - powiedziała niepewnie, jakby do samej siebie, jednak kiedy się odwróciłem, zauważyłam, że jest wpatrzona we mnie.
Mimo iż wiedziałem, że kiedyś to nastąpi, nie spodziewałem się, że ta wiadomość aż tak na mnie podziała. Poczułem, jakbym bezpowrotnie tracił coś ważnego dla mnie, coś, co nawet nigdy nie miało szansy stać się moje. Byłem beznadziejny, jeśli o o chodzi, nie potrafiłem jednak udawać nawet przed samym sobą, że księżniczka nic dla mnie nie znaczy. Te kilka słów, które padły teraz z jej ust zesłały na mnie niewyobrażalny smutek, postarałem się jednak przywołać na usta najbardziej uprzejmy ze swych uśmiechów.
- To wspaniała nowina - kłamstwo bezwiednie wydostało się z moich ust. - Mogę wiedzieć, kto jest tym szczęśliwcem, pani?
- Lord Jory Reed - odpowiedziała cicho Lyanna.
Przypomniałem sobie młodzieńca, którego widywałem na turniejach w Królewskiej Przystani. Był dobrym wojownikiem, lecz ja nie miałem zaszczytu zmierzyć się z nim. Byłem jednak pewien, że mimo wszystko, byłbym w stanie wysadzić go z siodła. Być może przemawiała przeze mnie gorycz, nie mogłem jednak wyobrazić sobie młodego lorda Reeda wraz z mą księżniczką. Niedługo nie będę musiał sobie nic wyobrażać, pomyślałem chłodno. Zobaczę ich jako małżeństwo już za kilka dni.
- Niewątpliwie to dobry wojownik i wyśmienita partia. Na pewno będziesz przy nim bardzo szczęśliwa, pani.
- Muszę go poślubić - powiedziała cicho Lyanna. - Ojca trapi choroba, która z każdym dniem przybiera na sile, a królestwo potrzebuje władcy i... - potok słów zaczął powoli cichnąć, a ja zobaczyłem na twarzy Lyanny niepewność i zmęczenie ciężarem, jaki na sobie nosiła. Podczas okrutnych wojen o władzę, podstępów mających na celu obalenie jej rodziny i powolnej śmierci ojca, Lyanna musiała jeszcze martwić się o królestwo i o ślub, który jej narzucono. Było mi niezwykle żal tej silnej, młodej kobiety. Gdybym mógł, zdjąłbym z jej barków wszelkie zmartwienia, wiedziałem jednak, iż świat tak nie działa, a ja nie mogę nic na to poradzić. - Nie chcę zostać z tym wszystkim sama.
Westchnąłem, podchodząc do niej i ujmując delikatnie jej dłoń. Lyanna zdziwiona podniosła na mnie wzrok, a ja uśmiechnąłem się do niej pocieszająco.
- Marna to pewnie pociecha, ale obiecuję, że nigdy nie zostawię cię samej, pani. Zawsze będę blisko, gotów cię ochronić, posłużyć radą lub wsparciem - przyrzekłem, patrząc w jej piękną, udręczoną twarz, podczas gdy Lyanna spuściła wzrok na nasze splecione dłonie. Bezwolnie uniosłem je do jej policzka, gładząc go opuszkami palców i wpatrując się w jej usta. Kiedy księżniczka nie odtrąciła mnie, a tylko przymknęła oczy, czując na twarzy mój dotyk, założyłem jej za ucho zbłąkany kosmyk włosów, zbliżając się do niej jeszcze bardziej. Dopiero gdy Lyanna podniosła wzrok, dostrzegłem, że dzieli nas tylko kilka centymetrów, a to i tak zdecydowanie za mało. Przestąpiłem kilka kroków do tyłu.
- Przepraszam, lady - powiedziałem chrapliwym głosem, czując suchość w gardle. Musiałem wyjść, zanim zrobię coś nieodpowiedniego, a wcześniejsza sytuacje zdecydowanie potwierdzała słuszność moich obaw.
Skłoniłem się lekko i obróciłem na pięcie, idąc szybkim krokiem w stronę drzwi i nie oglądając się na Lyannę. Kiedy wyszedłem na zamkowy korytarz, odetchnąłem głośno, przeczesując dłońmi swoje przydługie, brązowe loki.
- Idiota - syknąłem sam do siebie przez zaciśnięte zęby, zmierzając do swojej komnaty.

(Lyanna?)

Nie potrafimy żyć tak, jakbyśmy chcieli. Jesteśmy więźniami... rzeczy, które się na nas składają.

Godność| Leah
Wiek| 17 lat
Ród| Trant
Stanowisko| Służka
Osobowość| Leah to spokojna, lecz czujna dziewczyna. Jest szarą myszką, której nikt nie zauważa, gdy ze spuszczoną głową przemyka przez komnaty i korytarze. Nieśmiałość to cecha, którą niewątpliwie nabyła przez swoje ciężkie dzieciństwo spędzone w sierocińcu. Mimo iż nie miała lekko w życiu, z jej ust nigdy nie dosłyszy się słów skargi. Miewa momenty, kiedy wszystko ją przerasta, jednak nikomu tego nie pokazuje. Swą słabą stronę skrywa przed wzrokiem wszechświata. Jest inteligentna i spostrzegawcza, martwi się o wiele rzeczy. Wiecznie zamyślone spojrzenie Leah kryje w sobie tony smutku, ale i wewnętrznej siły. Jej powaga przywodzi na myśl dojrzałą damę, nie nastoletnią służącą. Jednak dla bliskich dziewczyna odsłania inną twarz, przyjazną, zabawną, niezwykle troskliwą. Jest spokojna i łagodna, pełna ciepła, wyrozumiałości, nie potrafi nikomu odmówić pomocy, nawet jeśli miałaby ponieść tego poważne konsekwencje. Przez swoją litościwość często została wykorzystana, nie nauczyło ją to jednak obojętności, nadal jest wrażliwą osóbką. Leah będzie zachowywać spokój i pokerową twarz przy ludziach nawet w najgorszych sytuacjach, zniesie ból i upokorzenia, jednak w samotności rozsypie się. Nauczyła się, że musi być silna, by przetrwać. Jest doskonałą obserwatorką i zauważa wiele nieistotnych dla postronnej osoby szczegółów. Jest z natury lekko nieufna wobec obcych, tym bardziej wobec zamożnych i wysoko sytuowanych osób. Nauczyła się, że majątek i tytuły często oznaczają osoby cechujące się dużą, zgubną dla nich ambicją. Mimo iż jest służącą, co oznacza, że nie zawsze traktowaną ją dobrze, a raczej prawie nigdy, nadal posiada szacunek do samej siebie. Ciężko zawiera przyjaźnie. Nienawidzi kłamstwa. Jeśli kocha to na zawsze, a jeśli nienawidzi, uczucie to wypełnia ją całą, trawiąc ją od środka. Leah ma pewną genialną umiejętność, a mianowicie w sytuacjach kryzysowych potrafi odepchnąć od siebie wszystkie negatywne uczucia. Jednak jest to dla niej bardzo destrukcyjne, bo gdy jej upiorom udaje się wrócić, omal jej to nie załamuje. We wszystkim co robi stara się być najlepsza, jest sumienna i dokładna, oczekuje od siebie bardzo wiele. Nie jest jedną z osób pragnących bogactwa czy tytułów, chciałaby jednak nauczyć się sztuki pisania i czytania, chciałaby zwiedzać kraje i poznawać nowych ludzi...
Historia| Leah wychowywała się w sierocińcu, do którego trafiła w wieku trzech lat. Jej mama była córką jakiegoś chłopa, ojca nigdy nie było, Leah nie wie nawet, od kogo pochodzi. Jest bękartem chłopa, rycerza, czy może nawet lorda? Nie dane było jej się dowiedzieć. Gdy matka dziewczyny umarła, dręczona chorobą, Leah trafiła do domu sierot, tracąc jedyną troszczącą się o nią osobę. Bez troskliwej ręki matki, zaznała głodu i chłodu, stała się słaba i chorowita. By przeżyć, musiała jednak nauczyć się walczyć o swoje. Nauczyła się kraść, a nawet bić. Patyk służył jej za miecz w pojedynku z innymi sierotami, a dzięki szybkości nigdy nie złapano jej, gdy ukradła ze straganu bochen chleba czy kilka jabłek. W wieku 12 lat zaczęła służyć u Trantów, gdzie jako szara myszka nie wchodziła nikomu w drogę, wykonując tylko polecenia...
Serce| Serce Leah jest zajęte, jednak jej wybranek z pewnością nie spojrzałby nawet na służkę...
Zwierzę| Wilk - Kala
Ciekawostki| 
* Nie potrafi pływać.
* Często spędza bezsenne noce na spacerach.
* Jej wilczyca nie odstępuje jej na krok, jest do niej niezwykle przywiązana i wierna.
* Jest niezwykle wierna w każdym aspekcie życia; przyjaźni, w każdego rodzaju więziach, a szczególnie w miłości...
* Ma wiele blizn po nożach i strzałach - są to następstwa trenowania jej przez starsze sieroty oraz ich prób odwagi, często polegających na zadawaniu jej bólu albo straszeniu.
Inne zdjęcia| x x x
Kontakt| Angelaaa11
Autor| Nie lubię banałów, tak samo jak i wymuszonego pisania. Nie znoszę pisać pierwsza. Nie znudzę się blogiem po kilku dniach i będę odpisywać regularnie i dość szybko. Zaangażuję się w blog, jeśli ktoś też będzie zamierzał poświęcić mojej postaci trochę uwagi. Czat - Angel20

Porażka to choroba, na którą lekarstwem jest zwycięstwo.

Godność| Jaime Trant
Wiek| 19 lat
Ród| Trant
Stanowisko| Rycerz
Osobowość| Młody, aż nadto ambitny chłopak o zbytniej pewności siebie i wewnętrznym przekonaniu o swej ogromnej wartości. Zaciekły, waleczny rycerz, dla których kolejne bitwy nie są zmorą, lecz kolejną możliwością na wykazanie się. Do celu dąży po trupach, ślepo patrząc w przyszłość - a co się z tym wiąże, często nie dostrzegając teraźniejszości. Czasem, pchany ambicją i dążeniem do sławy, nie zauważa niebezpieczeństwa lub zwyczajnie je ignoruje, przez co nieraz został poważnie ranny i niemalże stracił życie. Jest uprzejmy wobec dam, gdyż tak został wychowany i nigdy nie podniósłby ręki na kobietę, choćby nawet najmniej znaczącą. Do szczególnie empatycznych osób nie należy - pomaga głównie dlatego, gdyż tak trzeba, a nie z woli własnego serca czy wewnętrznej potrzeby. Bardzo dobrze walczy, gdyż jego ojciec stawiał na to nacisk już od najmłodszych lat.
Historia| Urodzony jako pierworodny syn lorda i lady Trant, jest prawowitym dziedzicem ich majątków. Ma dwóch młodszych braci - szesnastoletniego i trzynastoletniego - oraz czternastoletnią siostrę. Ojciec był wobec niego dosyć surowy, a Jaime bardzo go respektował - był dla niego wzorem do naśladowania. Gdy potrafił już naprawdę wiele i dobrze walczył, został wysyłany na turnieje - co prawda nie wszystkie wygrywał, jednak jeżeli już zwyciężał, to z wielkim rozmachem, a damy wzdychały na jego osiągi. W wieku siedemnastu lat został zaręczony z o pięć lat młodszą lady Harclay, młodą dziewczyną z bogatego rodu, by umocnić pozycję obu rodzin i zawrzeć sojusz.
Serce| Zaręczony z młodą, czternastoletnią lady Olene Harclay, której jednak - jak to bywa - nie darzy uczuciem.
Zwierzę| Koń o imieniu Joramun, nazwany po legendarnym królu zza Muru.
Ciekawostki|
  • Posiada swój miecz, nazwany Lodem, który dostał od ojca, gdy zaczynał naukę.
  • Uwielbia legendy - szczególnie o wojownikach - i chętnie słucha każdej z nich.
  • Lubi uczestniczyć w ucztach, ale jeszcze bardziej ceni polowania.
  • Wyznaje wiarę w Siedmiu.
  • Jest bardzo dumny i chlubi się swymi zwycięstwami w turniejach bądź osiągnięciami w bitwach.
  • Oprócz walki mieczem, używa nieraz kuszy.
  • Ma dwóch braci - 16-letniego Bronna i 13-letniego Edmunda - oraz 14-letnią siostrę, piękną Malorę.
  • Nigdy się nie zakochał - najprawdopodobniej dlatego, że za bardzo zapatrzony jest w życie rycerskie i nie myślał nad oddawaniem swego serca jakiejś damie.
Inne zdjęcia| x x x
Kontakt| micasa
Autor| Popiszę jakkolwiek, z kimkolwiek, o czymkolwiek x

Od Barristana C.D. Ariany

Moje dłonie piekły niemiłosiernie pod wpływem nieznanej mi maści, jednak starałem się tego nie okazywać. Zacisnąłem zęby, próbując nie myśleć o palącym bólu. Poczułem na sobie wzrok Ariany, jednak nie byłem pewien, czy spojrzenie jej w twarz byłoby najlepszym pomysłem. Ostatecznie zdecydowałem się jednak na skonfrontowanie się z tym wszystkim, co nas spotkało, i wzięcie tego na klatę. Uniosłem wzrok, a nasze spojrzenia się spotkały.
- Ariana... - wychrypiałem, przełykając ślinę - Wiem, że mnie nienawidzisz. Że cię wydałem. Że potraktowałem jak kogoś nic nieznaczącego. Ale wiesz, dlaczego. Widzisz, co mi zrobili.
Moje nieudolne próby tłumaczenia spotkały się z zupełnym milczeniem ze strony dziewczyny, co sprawiło, że poczułem się jak jeszcze większy śmieć.
- Spójrz... Josmyn ma dwór niedaleko. - oznajmiłem ciszej, próbując ją do siebie przekonać - Wreszcie odpoczniemy, będziemy bezpieczni, dostaniemy jedzenie i nowe ubrania. 
Maść znowu dała się we znaki, a ja syknąłem.
- Wybacz mi. - westchnąłem - Nigdy nikomu tego nie mówiłem, ale... żałuję.

***

Dwór nie należał do największych, ale był bogato wystrojony, a ludzie go zamieszkujący należeli do niezwykle uprzejmych i przyjaźnie nastawionych. Lady Dacey, młoda i piękna kobieta o charakterystycznych zielonych oczach, będąca żoną Josmyna, wciąż należała do równie pięknych - i być może najpiękniejszych - kobiet, jakie widziałem. Przywitała nas ciepło, z uroczym uśmiechem na twarzy. Jej szaty były jeszcze bogatsze i bardziej zdobne niż wówczas, kiedy ostatnio ją widziałem. Josmyn musiał nieźle się dorobić - dobrze, że go spotkałem.
- Chodź, chodź, Barristanie. - dotknęła mego ramienia swą delikatną dłonią - Zaprowadzę cię do komnaty, która będzie na twoją wyłączność podczas twego pobytu w naszych progach. Ren! - tu zwróciła się do młodego chłopaka, giermka, który towarzyszył nam jeszcze podczas wyprawy - Zaprowadź tę piękną, młodą damę do drugiego pokoju gościnnego. Jak ci na imię? - zapytała dziewczynę.
- Ariana. - odparła ma towarzyszka z delikatnym uśmiechem. Ciężko nie szanować i respektować lady Dacey; była zbyt łagodna, zbyt wdzięczna i zbyt dobra, by nie darzyć jej sympatią.
- Dobrze, Ariano, podąż za Renem. Zaprowadzi cię do pokoju, gdzie będziesz mogła przebrać się w czyste ubrania, które ci zaraz naszykuję. - ciągnęła dama - Wieczorem dostaniecie ciepły posiłek, który przygotuje kucharz. Mam nadzieję, że miło spędzicie tu czas i w pełni wypoczniecie.
- Mamy u pani dług wdzięczności, moja lady. - skinąłem lekko głową, uśmiechając się szarmancko. Lady Dacey odwzajemniła tylko mój uśmiech i poprowadziła do komnaty.

***

Gdy się przebrałem, wyszedłem z pokoju, by wyjść na chwilę na dwór i posiedzieć na zewnątrz. Idąc korytarzem, natknąłem się na Arianę.
Teraz albo nigdy.
- Słuchaj. - zatrzymałem ją - Wydaje mi się, że powinniśmy sobie wytłumaczyć parę spraw... Chodź.

Ariana? c:

niedziela, 19 marca 2017

Od Lyanny C.D. Arkadiusa

- Wróciłeś. - nie mogłam powstrzymać uśmiechu, gdy wreszcie dotarłam do Arkadiusa. Widać było, że był aż nadto utrudzony i zmęczony walką oraz podróżą, lecz nie chciał tego okazać.
- Przecież to przyrzekłem, lady. - odparł, patrząc na mnie swymi delikatnie umęczonymi oczyma. 
- Doprawdy nie mogę się doczekać, aż wszyscy wrócimy do Królewskiej Przystani. - przyznałam, odwracając na chwilę wzrok i spoglądając na grupkę braci z Nocnej Straży. Po chwili znów zwróciłam oczy na mego rozmówcę - Tu jest za zimno. Surowo. To nie dla mnie. - uśmiechnęłam się delikatnie - Urodzona na południu, na południu chcę zostać. Podziwiam tych, którzy dołączyli do Nocnej Straży z własnej woli.
- Odważni mężowie. - przyznał rycerz, również patrząc przez chwilę na mężczyzn - Lecz już niedługo wyruszymy w drogę powrotną do Przystani, moja lady.

***

Grupa rycerzy - wraz ze mną na białym koniu, jadąca w środku "szyku" - przejechała przez bramy Przystani. Mimo, że nie byłam poza nią aż tak długo, stęskniłam się za nią. Nie lubiłam za bardzo przebywać poza jej obrębem, gdyż czułam się zagrożona - tutaj miałam przynajmniej wspaniałych rycerzy, którzy by mnie obronili.
Stan zdrowia ojca pogorszył się jeszcze bardziej, co wprawiło mnie w smutek. Wiedziałam, że w dzisiejszych czasach i realiach nie powinno się do nikogo przywiązywać ani obdarzać uczuciem, jednak ten człowiek poprowadził mnie przez całe moje życie i wychował na osobę, jaką jestem teraz. Zastępował mi matkę, która odeszła. Było mi żal, że najpewniej stracę i jego.
- Lyanno. - wydusił, gdy mnie zobaczył. Podeszłam do niego szybkim krokiem i objęłam mocno.
- Tatku... - wyszeptałam, uśmiechając się lekko - Niedobrze wyglądasz.
- Wiem. - usiadł z powrotem i zakaszlał ciężko - Nie wiem, czy dożyję jutra. Ciężko mi w ogóle zaczerpnąć oddechu.
- Nie mów tak. - zmarszczyłam brwi, wzdychając - Wszystko będzie dobrze.
- Lyanno - skarcił mnie wzrokiem - dobrze wiesz, że nic nie jest takie, jak to sobie wymarzysz. - przystopował na chwilę, by wyrównać oddech, po czym kontynuował - Wobec tego poślubisz młodego lorda Reeda, syna jednego ze sprzymierzeńców korony. Widziałaś już go parę razy, to zaprawdę wyśmienity wojownik, wygrywał liczne turnieje.
- Dobrze, ojcze. - schyliłam się lekko. Wiedziałam, że muszę mu być posłuszna i wiedziałam, że ten moment nadejdzie; moment, w którym ojciec znajdzie mi męża, którego poślubię - ... kiedy to się odbędzie?
- Za kilka dni. - odparł, po czym zamilkł - Mogłabyś mnie zostawić? Gorzej się poczułem. Jeżeli chcesz jeszcze czegoś się dowiedzieć, porozmawiaj z ser Robbem Trantem. 
- Dobrze, ojcze. - dygnąwszy lekko, wyszłam z komnaty. Nie chciałam rozmawiać z namiestnikiem w tym akurat momencie. To prawda, młody lord Jory Reed był przystojnym młodzieńcem i wspaniałym wojownikiem, ale na myśl mi nie przyszło bycie jego żoną. Tak czy siak, nie mogłam się przeciwstawiać woli ojca, skoro taka była.

***

Posłałam dwórki po ser Arkadiusa, gdyż chciałam z nim porozmawiać. Czułam się dosyć samotna, będąc księżniczką - większość osób z mojego towarzystwa tropiło wyłącznie interesy. Gdy zobaczyłam rycerza, uśmiechnęłam się nieznacznie. Gdy się pokłonił, wskazałam gestem ręki, by wstał.
- Chciałabym jeszcze raz podziękować ci z całego serca za to wszystko, co zrobiłeś. - rzekłam, patrząc na niego - Za bronienie mnie, za walkę w imieniu korony... za wszystko. Słyszałam również, że pochwyciliście twych prześladowców... cokolwiek kto powie, oddaję je w twoje ręce, ukaż ich wedle swej woli. W końcu to ciebie skrzywdzili, nie mnie, nie króla, nie kata, więc to ty będziesz wiedział, jak się zemścić. W każdym razie... - tu westchnęłam cicho - ... wiedz, że jestem wdzięczna. Aż do czasu mej śmierci wiedz, że będę cię doceniać i nigdy cię nie wystawię, ser. 

Arkadius? Takie coś wyszło xd
Szablon wykonała prudence. z Panda Graphics.