poniedziałek, 5 grudnia 2016

Jest jeden bóg - śmierć. A co mówimy śmierci? Not today.

Godność| Lady Ariana Stark
Wiek| 17
Ród| Stark
Stanowisko| Lekarka
Osobowość| Ariana to odważna, waleczna i lojalna kobieta, zawsze stara się dotrzymywać danych obietnic i być szczera. Jest przede wszystkim jednak porywcza i impulsywna, prawie zawsze działa nieprzemyślanie, a do tego nie potrafi ugryźć się w język. Nie lubi przegrywać, ale przyjmuje porażkę z dumą. Prawie nigdy nie akceptuje pomocy, jest niezależna. Kiedyś była zbyt ufna, przez co zawiodła się na ludziach i ciężko zdobyć jej zaufanie. Gdy ktoś się jednak do niej zbliży, nabiera wielkiej słabości do tej osoby i opiekuńczości. Jest wrażliwa i trudno patrzeć jej na krzywdę innych, pomaga słabszym. to delikatna, czuła i uczuciowa osoba, która potrafi jednak walczyć o swoje. Nawet jak ktoś ją zrani, to zazwyczaj wybacza (nieważne, ile razy Ci powie, że nie xd). Na co dzień spotyka się ze śmiercią, nie boi się krwi ani ran. Ariana jest przede wszystkim bystra, czymś musi nadrabiać bycie kobietą. Jej spryt i niezależność niejednego zadziwiają. Twardo stąpa po ziemi, to realistka, która na wszystko musi mieć dowód, podważa istnienie bogów i drwi z legend o rycerzach i smokach. Czasem bywa bezczelna, ale, jak wcześniej było wspominane, pod wpływem impulsu lub nagłego gniewu. Na co dzień bywa raczej miła, ale nie znaczy wcale, że bezproblemowa. Nie boi się wyrażać własnego zdania, stawia się nawet ojcu, który ma wobec niej różne plany. Potrafi być bezlitosna i wyrachowana, ale nigdy nikogo nie skrzywdzi dla własnych celów. Szybko kojarzy i nie daje się podejść, chociaż czasem gra głupiutką córkę lorda. Dostojna, dumna, ale przy tym i zabawna, łatwo zjednuje sobie sympatię. Chociaż ludzie gromadzą się wokół niej, ona sama twierdzi, że jest samotniczką i wystarcza jej własne towarzystwo. Miłośniczka książek. Zbuntowana, nieuległa, uparta jak osioł i czasem irytująca, aczkolwiek jej ciotka docenia jej mocny charakter. Ufa tylko swojej ciotce i Nymerii, którą traktuje jak najlepszą przyjaciółkę.
Historia| Jest córką Merla i Jaene Starków. Wychowywana w rodzinnym zamku, kiedy osiągnęła dojrzały wiek, ojciec chciał ją wydać za wielu mężczyzn, każdego jednak odrzucała, a nawet groziła, że zostanie milczącą siostrą. Na nic zdały się prośby i błagania - Ariana wyruszyła do ciotki, z którą ma bardzo dobry kontakt, aby w jej zamku spełniać się w życiowym powołaniu - jako lekarka.
Serce| Jest święcie przekonana, że miłości nie ma i każdemu mówi, że nigdy się nie zakocha.
Zwierzę| Nymeria, mieszanka wilkora z wilkiem. Nie odstępuje swojej pani nawet na krok.
Ciekawostki| Uwielbia uczty, zabawy, a przede wszystkim tańce. Dobrze jeździ konno. Jest bardzo dobrym lekarzem, zna się na tym jak mało kto. Dobrze włada łukiem, broń biała to nie jej bajka, chociaż sztyletem potrafi się obronić. Typ nocnego marka, lubi się wymykać. Interesują ją podróże, marzy o wyprawie za wąskie morze.
Kontakt| ~Hejter, kicuskicalka@gmail.com

Autor| Chętnie popiszę z kimkolwiek. Raczej nie za często odpisuję...chyba, że się wkręcę. Nie zaczynam pierwsza ^^

Na zdjęciu Nina Dobrev.

niedziela, 4 grudnia 2016

Od Christiana cd Lyanny

Włożyłem miecze do pochwy zarzuconej na plecach, wsadziłem nóż do butów oraz wsadziłem w pas, wziąłem też łuk, który przerzuciłem przez ramię i wyszedłem z komnaty, po drodze założyłem kaptur i wyszedłem na zimno, skierowałem się do stajni, wziąłem karą klacz, szła obok mnie posłusznie. Ruszyliśmy w głąb lasu, Demon już dawno był na zewnątrz, polował. Znalazł nas po kilku minutach, miał cały czerwony pysk od krwi zabitego zwierzęcia, oblizywał się zadowolony ze swojego wyjścia. Pogłaskałem go i z uśmiechem nagrodziłem, usłyszałem jak ktoś łamię gałązkę. Demon wytężył słuch, a ja razem z nim, zdjąłem łuk w ramienia i wziąłem jedną ze strzał, broń trzymałem w pogotowiu. Zrobiłem kilka kroków do przodu i zauważyłem postać siedzącą za drzewem, widziałem tylko włosy, rude włosy, oraz nogę, podniosłem łuk i przyłożyłem strzałę, naciągnąłem cięciwę, a strzała wyleciała, wylądowała prosto obok twarzy dziewczyny.
- Nie powinnaś była się kryć, to wzbudza podejrzenia – powiedziałem i zarzuciłem łuk na ramię, podszedłem do dziewczyny, która siedziała skulona.
- Wracaj do domu, tu nie jest bezpiecznie, jest pełno osób, które chciałoby zabić. Dajmy na przykład takiego mnie, lubi zabijać, ale jeśli nie dostanie za to pieniędzy, po co mu to? – powiedziałem i sam zastanowiłem się nad swoim pytaniem.
- Jestem…
- Nie obchodzi mnie kim jesteś, ważne, żebyś wróciła do domu, bo inaczej zginiesz – przerwałem jej i podniosłem ją, była ode mnie dużo niższa, spojrzałem w jej oczy, rozpoznałem ją.
- Gdzie twój wilkor, księżniczko? – zapytałem z lekkim uśmiechem. – podobno masz jednego. 
- Mam, wreszcie mnie poznałeś – prychnęła urażona. Wywróciłem oczami.
- Księżniczko, to las, jest ciemno, słońce już dawno zaszło, miałbym Cię poznać? – zapytałem i odsunąłem się od niej z lekkim uśmiechem. Usłyszałem kroki, ktoś się zbliża, rozejrzałem się i ujrzałem mężczyznę z łukiem wymierzonym w dziewczynę, zbliżał się powoli, skinął mi. Znałem go, miał kolejne zlecenie, uśmiechnąłem się do niego, księżniczka nawet nie zwróciła na to uwagi. 
- Jesteś…
- Przystojny? Odważny? Kochany? Cudowny?
- Nie, wręcz przeciwnie – powiedziała, a ja udałem oburzenie.
- Myślałem, że trzeba się odwdzięczać za uratowanie życia. Mogłaś kłamać – rzekłem, a ona zmarszczyła czoło zdziwiona.
- Przed kim uratować? – zapytała, a ja wyjąłem miecz i odbiłem strzałę, wyciągnąłem nóż z buta i rzuciłem nim w Ariana z lekkim uśmiechem. Nie lubiłem go.
- Przed nim – powiedziałem i schowałem miecz oraz poszedłem po nóż, wyciągnąłem go z ciała zabitego. Wytarłem o jego ubranie krew i schowałem na swoje miejsce.
- Nie ma za co, a teraz wróć do zamku, niech tam Ci wypucują butki – powiedziałem i uśmiechnąłem się, wsiadłem na klacz, która posłusznie czekała na moją komendę. Dałem jej łydki i ruszyliśmy w stronę miasta.
- Zabierz mnie ze sobą! – krzyknęła dziewczyna, trochę przestraszona, nie dziwiłem się jej, niedawno usiłowali ją zabić, możliwe, że ktoś jeszcze czyha tutaj na jej życie. Zatrzymałem konia i wyciągnąłem dłoń, podbiegła i chwyciła się jej, podciągnąłem ją, a ta wsiadła na konia. Chwyciła się mnie, a ja zaśmiałem się.
- Nienawidzę Cię – powiedziała.
- Oj, jeszcze zmienisz zdanie – rzekłem – jak wszystkie – dodałem w myśli.

Lyanna?

piątek, 2 grudnia 2016

Od Lyanny cd Dalrana

- Jakikolwiek wpływ? - zacisnęła zęby w przypływie wściekłości i wstrzymała oddech - jakikolwiek wpływ? Jesteś młodym Velaryonem, jak mniemam, więc  p o w i n i e n e ś  mieć jakikolwiek wpływ! - uniosła lekko głos, lecz starała się nie być zbyt agresywną. Z całą pewnością nie pomogłoby to jej zbytnio, a tylko utrudniło ucieczkę z zamku wroga. Przymrużyła lekko oczy.
- Uwierz mi - zaczął po krótkim wahaniu, rozważnie dobierając słowa - Nie mam. Zaraz gwardzista przyniesie ci coś do jedzenia i trochę wody...
- Twoi ludzie mnie porwali. Porwali w świętym miejscu, do cholery! - wycedziła, chociaż wiedziała, że to żaden argument.
- Wojna - skwitował krótko, a ja nie mogłam się z nim nie zgodzić - To zwie się wojną.
Nagle do lochów wkroczył mężczyzna w sile wieku, dzierżący w dłoniach chleb i dzban wody. Zawahał się chwilkę, widząc syna swego pana obok więźniarki, ale złożył to, co przyniósł, przed kobietą. Nie odezwał się przy tym żadnym słowem; żadnym westchnięciem, ani nawet najcichszym odgłosem. Po momencie, nieco skrępowany, wyszedł sztywnym krokiem na światło dzienne.
- Nic wam to nie da - oznajmiła w miarę konsumowania posiłku; była głodna, jak nigdy dotąd, więc łapczywie brała coraz to kolejne kęsy chleba - Nie łudźcie się.
- Co nic nam nie da? - z początku rozmówca najwyraźniej nie zrozumiał jej skrótów myślowych.
- Porwanie mnie - zmierzyła go wzrokiem - Mój ojciec ma rozum. Nie odda tronu wrogowi, choćbym miała gnić w tej pieczarze po wsze czasy, pożerana przez szczury.
- Więc teraz zwą to rozumem? - odparł dobitnie. Zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc w pierwszej chwili, co mężczyzna miał na myśli.
- Owszem - odrzekła po chwili - władza ma pierwszeństwo, jak sądzę. Tak mnie uczono. Pomyśl: przejmiecie koronę, a wszystkich Weaverów wyrżniecie w pień. Wypędzicie, pomordujecie. W życiu trzeba mieć priorytety; dla mnie jest nim tron.
- Cenisz go ponad rodzinę? - zadał jej pytanie, nie wykazując żadnych większych emocji.
- Otóż to. W obecnej sytuacji politycznej korona oznacza moje życie, a moje życie jest mi najmilsze.
- Skoro twój ojciec pozwoliłby ci tu zginąć, by tylko nie oddawać nikomu władzy, to i tak: cóż z tego będzie miał? Jak słyszałem, śmierć nadchodzi już do niego wielkimi krokami. Braci ci zabito... Cokolwiek nie zrobisz, będzie źle.
- Dobrze wiesz, kto zabił Raynalda, mojego drugiego brata - spauzowała na chwilkę, dając sobie czas na przemyślenie swych słów - Wy. Twój ród. Ktoś od was. Ale miejcie na uwadze, że choćbyście wybili połowę naszego domu, my zawsze spłacamy swoje długi.
- To nie było zależne ode mnie - odparł z kamienną twarzą. Poczuła lekki niepokój, nie mogąc wyczytać żadnej emocji z jego mimiki.
- Uwierz mi, gdybyś chciał, miałbyś znaczący głos w rodzinie, Dalranie Velaryonie - tymi właśnie słowami zakończyła rozmowę.

***

Blask słoneczny, a raczej jego żałosna imitacja, oślepił jej oczy. Świat wydawał się być zupełnie inny, gdy wyszła wreszcie go ujrzeć. Zapowiadało się na to już od wielu dni, lecz śnieg zaskoczył ją dopiero teraz, gdy miała okazję wyjść na zewnątrz. Nie był to niestety słodki smak wolności, lecz rozkaz od samego lorda Velaryona, by przetransportować ją do jednej z Bliźniaczych Wież, znajdujących się ze dwa dni drogi na wschód. Czuła się o wiele lepiej, gdy dostała ciepłe futro i mogła zdjąć wreszcie swoją brudną, podartą już, atłasową suknię. Lecz teraz jej ręce znów były związane, a ona sama umierała od środka, nie mogąc przyjąć do siebie myśli o swej porażce.
Młody Velaryon, ten sam, z którym jeszcze dzień wcześniej prowadziła dyskusję, miał być właśnie tym, co miał ją tam przetransportować. Lyanna pomyślała, że to może dlatego, że sprawami zamkowymi zajmą się w międzyczasie jego ojciec oraz starszy brat, a ten młodszy - zdaje się, niepotrzebny - wysłany został w podróż na zimne równiny Lodowych Ziem.
Koń był spory, a siodło też niemałe, więc dama siedziała, unieruchomiona, za plecami młodzieńca. Gdy wyjeżdżali z fortecy, przymknęła oczy, modląc się, aby był to jakiś sen. Nie był. Naprawdę została porwana, naprawdę właśnie jechała do Bliźniaczych Wież ze swym wrogiem, i nie mogła nic zrobić. Gdyby tylko Mortimer tu był! Zagryzłby tego konia, będąc sam niewiele mniejszy od dzikiego kota. Lyanna miał cichą nadzieję, że skoczyłby do gardła i młodemu Velaryonowi, przywracając jej tym samym kuszącą wolność.
- Jak długo jeszcze będziemy jechać? - zapytała po paru godzinach wędrówki, przerywając okropne milczenie.
- Jesteśmy niedaleko.
- Dzień? Pół dnia? 
- Jesteśmy niedaleko - powtórzył.
- A może się zgubiłeś i nie wiesz, gdzie jesteśmy? - uniosła brwi, uśmiechając się lekko.
- Wiem, gdzie jesteśmy - odparł ozięble, nie zwracając ku niej swej twarzy.
Pokiwała głową w zadumie.
- W porządku, w porządku! - wycofała się ostrożnie - Nie czujesz się źle z tym, że jesteś tak wykorzystywany? No spójrz: twój tatko i braciszek wygrzewają się wśród tych czterech ścian, a ty co? Będziesz jechał dwa dni w tym mrozie, z dziewczyną, której nie znasz? - przechyliła lekko głowę - Pasuje ci to, naprawdę? Bo jesteś najmłodszy? Nie pozwól na to. Mógłbyś mieć głos, mógłbyś zarządzać całym swoim rodem - ciągnęła zachęcającym głosem - Mam na to sposób. Wiem, co możesz zrobić, żeby być najważniejszy w rodzinie. 
- Jeszcze wczoraj odnosiłaś się do mnie z wrogością - zauważył podejrzliwie.
- Zapomnij. Jesteś inny, niż starsi z Velaryonów. Wiesz, da się ciebie lubić. Jak dojedziemy do Wież, mogę to wszystko ci wytłumaczyć... Jeśli chcesz - uśmiechnęła się, starając się, żeby nie zdradzać mych planów. To musiało się powieść.

Dalran? Niebezpieczna kobietka ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Od Seline cd Dalrana

Rozejrzałam się jeszcze raz po podwórzu, ale nie zauważyłam więcej kruka, więc przypisałam pierwsze ważenie swojej wyobraźni. Zwróciłam wzrok na mężczyznę, kręcąc głową.
- Nie potrzebuję pomocy... - zaczęłam z westchnieniem, a widząc, że Dalran spogląda na stajnię, skinęłam w tę stronę głową. - Sądzę, że jest tam wystarczająco ciepło - zapewniłam. - Czy właśnie tam zmierzasz, sir? - zapytałam, wyczytując wszystko z jego spojrzenia.
- Lady - uśmiechnął się, podając mi ramię, które ujęłam i podążyliśmy w tamtym kierunku, chcąc schronić się przed zimnem. 
Kiedy tylko otworzyłam drzwi do stajni, od razu owionął nas charakterystyczny zapach koni i ciepło, które wydawało się wybawieniem po pobycie na zewnątrz. Dalran zamknął za nami drzwi, a ja w całkowitej ciemności zdałam się na swoją pamięć i podeszłam do pochodni znajdującej się na ścianie. Zapaliłam ją, oświetlając pomieszczenie.
- Jeśli martwi się lord o konie, mogę zapewnić, że nasi stajenni są sumienni i troszczą się o zwierzęta - zapewniłam wskazując na boksy. - Żadnego z koni nie powierzylibyśmy niezaufanej osobie.
- Nie wątpię w to - uśmiechnął się Dalran. - Po prostu moja siostra bardzo martwi się o swoją klacz i, bez urazy, wolała, bym upewnił się, że nic jej nie grozi, gdyż jest ciężarna.
Skinęłam głową, nie uznając jego słów za obrazę, a raczej doceniłam je, odnajdując w nich troskę; i o zwierzę, i o siostrę.
Podeszliśmy więc do boksów, by lord mógł na własne oczy przekonać się o stanie zarówno klaczy, jak i innych swoich koni, a ja podeszłam do boksu jednego z ogierów należących do ojca. Był żywiołowy i czarny jak kruki, których ostatnio tak wytrwale wypatrywałam. Widać było po nim, że jest już dojrzały, ale jeszcze młody i pełen sił. Wyciągnęłam rękę w jego stronę, dotykając miękkiego pyska konia, który na razie nieufnie obserwował każdą próbę pieszczot.
- Należy do ciebie? - zapytał Velaryon, a ja drgnęłam, nie wiedząc, że stanął tuż za mną.
- Do ojca - odpowiedziałam tylko, opuszczając dłoń, która od razu została trącona przez mokry nos mojej wilczycy, która zazdrosna, także domagała się mojej uwagi. - Znalazł go niedawno, błąkającego się niedaleko. Był cały poraniony - powiedziałam cicho, wskazując na szramy znaczące gdzie nie gdzie umięśnione ciało pięknego ogiera. - Myślę, że może to być koń jednego z rycerzy. Że może to był koń jednego z rycerzy. Nikomu nie pozwala się dosiąść. Zwierzęta się przywiązują, a ten ogier na pewno był wierny właścicielowi, którego by nie zostawił. Widać też w jego oczach strach, który może powodować tylko wojna. W oczach ludzi też wiele razy widziałam ten strach, chociaż równie dobrze może to być zdumieniem nad ludzką okrutnością...
Kiedy odwróciłam się i zobaczyłam, że Dalran przygląda mi się uważnie, spuściłam wzrok, zawstydzona własnym wywodem.
- Przepraszam, nie przyszliśmy tu po to, bym zanudzała cię... 
- To było ciekawe - zapewnił mnie mężczyzna. - I bardzo dojrzałe... Martwisz się o brata, prawda? - zapytał.
Już miałam zapytać, skąd wie, ale zrozumiałam, że mojego zdenerwowania na każdą wzmiankę o Arkadiusie nie da się nie zauważyć, skinęłam więc głową, podchodząc do boksu klaczy lady Velaryon. 
- Czy jesteś już spokojny o zwierzę? - zapytałam z nieśmiałym uśmiechem, spoglądając na kuca.

(Dalran?)

I might only have one match, but I can make an explosion.

Godność| Will Carter, przez niektórych nazywany pieszczotliwie Willy.
Wiek| 28 lat
Ród| Służy rodowi Trant.
Stanowisko| Rycerz
Osobowość| Ach, stary, dobry Willy. Od dziecka chciał być władcą wszechświata i super-ważnym człowiekiem. Jako mały chłopiec uczył się na własną rękę walki mieczem, jako nastolatek zaś - prawdziwym, wykutym ze świetnej jakości stali. Naprawdę sporo można by mu zarzucić, ale na pewno nie dałoby się go oskarżyć o słomiany zapał - jeśli już sobie coś ubzdura, nic nie jest w stanie go odciągnąć od pomysłu. Większość osób bawi ta cecha u tak rosłego mężczyzny, jednak znajdzie się i część, która podziwia jego wytrwałość. Z pozoru Will wydaje się być dość naiwnym człowiekiem, wierzącym ślepo w swoje powodzenie i dobroć świata. W istocie jednak tak nie jest - może i to fakt, iż większość rzeczy robi z zapałem, lecz do optymistów z całą pewnością nie należy. Nie można również zaliczyć go do realistów - jego dusza jest całkowicie pesymistyczna. Niejeden pomyślałby, że biedny Willy skrywa pod swoją uśmiechniętą maską zaawansowaną depresję, ale niestety sprawy nie są takie znów proste. Carter, jako typowy dumny mężczyzna, zbytnio ceni swoje życie, by  s a m e m u  sobie je odebrać. Jego największym marzeniem jest zginąć w honorowej walce albo zasłużyć się jako bohater wojenny, zyskując chwałę i sławę. Początkowo poznany, może wydać się całkowicie nieszkodliwy - tak też po części jest, gdyż w jego przypadku nie trzeba się obawiać spisku czy podstępnego morderstwa, ze względu na to, że Will jest człowiekiem nad wyraz honorowym i uważa, że okryłby się tylko hańbą, gdyby czegoś takiego dokonał. Jako poddany jest bardzo lojalny i zostaje wraz ze swoim domem, do końca broniąc jego dobrego imienia. Nie chce zbytnio przywiązywać się do ludzi, gdyż ma wrażenie, że dziwnym trafem wszyscy wokół niego padają jak muchy, co sprawia tylko i wyłącznie ból - chociaż przez lata udało mu się już jakoś nauczyć radzić sobie z tym faktem. Podsumowując - mimo, iż jest dość niedoceniany i traktowany pobłażliwie, wciąż stawia przed sobą nowe wymagania i stara się być ideałem rycerza.
Historia| Will, trzecie dziecię z siedmiu Carterów, jako mały chłopiec zawsze przypominał innych, typowych małych chłopców. Uwielbiał bójki, uczył się z braćmi walczyć mieczem i fascynowała go Nocna Straż. Jako chłopak wieku nastoletniego, rozważał nawet przywdzianie czerni, jednak wszystko to legło w gruzach, gdy niefortunnie zdarzyło mu się - jak i wielu innym chłopcom w tym wieku - się zakochać. Eileen była śliczną, rudowłosą dziewczyną, urodzoną w tym samym nawet roku, co Will, ale z początku zdawała się nie odwzajemniać silnego uczucia młodzieńca. Nie wiadomo jednak, czy w akcie desperacji, czy nagłego uświadomienia sobie swej miłości do Willa, Eileen w końcu przyjęła zaloty chłopaka, gdy oboje mieli po dwadzieścia jeden lat. Ślub odbył się rok później, a młodej parze żyło się w dostatku przez następne pięć lat. Pięć - bo właśnie wówczas kobieta, już ciężarna, zachorowała, by około miesiąc później odejść, wraz z nienarodzonym dzieckiem. Willa, który do tej pory stracił już dwójkę rodzeństwa i jednego rodzica, śmierć małżonki kompletnie podłamała, a mężczyzna stracił jakąkolwiek nadzieję na lepsze życie. Długo walczył z żalem i cierpieniem, ale, jak to mówią, czas goi rany, więc w ciągu następnych dwóch lat Will powoli dochodził do siebie i uspokajał się. Zaczął być oddanym swej pracy człowiekiem, pozbawionym jakichś większych perspektyw, nie wierzącym, że jeszcze kiedykolwiek jakaś kobieta zagości w jego sercu. 
Serce| Jedna strata była już wystarczająco bolesna... Czy da radę otworzyć swoje serce raz jeszcze?
Zwierzę| Koń o imieniu Zefir i wilczyca, zwana Bestią.
Ciekawostki|

  • Jest bękartem.
  • W wieku lat dwunastu dostał od wuja miecz, zwany Ogniem, i walczy nim po dziś dzień.
  • Jego ojciec zginął w wojnie, gdy chłopiec miał dwa lata, więc przez całe dzieciństwo wychowywany był jedynie przez matkę.
  • Dobrze jeździ na koniu.
  • Miecz jest raczej bronią, którą walka wychodzi mu najlepiej. Z łuku potrafi strzelać jako-tako.
Kontakt| micasa [howrse] / milena311k@gmail.com [ADMIN]

Autor| Popiszę z kimkolwiek - postacią dorosłą, dzieckiem, facetem czy laską -- wszystko jedno ^^ Forma dowolna, dostosuję się~


Na zdjęciu Richard Madden.

od Dalrana - cd Seline

Dalran zadrżał, po raz kolejny w duchu przeklinając samego siebie za bycie na tyle głupim, by wyjść nocą na ośnieżone podwórze niemalże w samej cienkiej koszuli. Mógłby co prawda spokojnie wrócić do przeznaczonemu mu przez gospodarzy pokoju po gruby, podbity futrem płaszcz, ale obawiał się, że przy okazji zbudziłby domowników, z dwojga złego wolał więc jednak marznąć na zimnie. Potarł własne ramiona, starając się wykrzesać skąd choć odrobinę zbawiennego ciepła. Cholera. Mógł chociaż narzucić na siebie coś więcej niż lekką skórzaną kurtę, cokolwiek, co choć odrobinę bardziej ochroniłoby go przed mrozem szczypiącym nieprzyjemnie w policzki i powiewami przenikliwego wiatru hulającymi w najlepsze pod materiałem jego koszuli.
Śnieg spadł dość niedawno i wciąż był świeży, skrzypiąc cicho pod butami mężczyzny gdy ten szybkim, typowo żołnierskim krokiem przemierzał podwórze, kierując się w stronę ciemnego budynku na jego tyłach, który, jak zdążył zauważyć tuż po przybyciu, pełnił rolę stajni. Klacz jego siostry była ciężarna i dziewczynka, choć jeszcze kilkanaście godzin wcześniej zapierała się rękami i nogami że nigdzie nie pojedzie jeśli nie będzie mogła dosiąść swego ulubionego kuca, bardzo martwiła się o stan jej i jej nienarodzonego źrebięcia. A Dalran nie potrafił odmówić ani jednemu błagalnemu spojrzeniu jej ogromnych, zawilgotniałych od pierwszych łez niepokoju oczu. Zgodził się bez większych sporów osobiście sprawdzić, czy z wierzchowcem małej lady aby na pewno wszystko jest w należytym porządku - siostrzyczka najwyraźniej niezbyt ufała osądowi nieznanych sobie służących i wolała, by konia obejrzał ktoś dobrze jej znany i zaufany. Fakt, że padło akurat na niego, niespecjalnie go dziwił - z siostrą zawsze świetnie się rozumieli, znacznie lepiej, niż którekolwiek z nich rozumiało się z ojcem lub starszym bratem. Logicznym było, że Tarla w pierwszej kolejności z podobnym problemem przybiegnie właśnie do niego - i równie logicznym, że on sam nie odmówi.
Los chciał najwyraźniej, by nie tylko on wpadł na pomysł wieczornego spaceru.
Płomień świecy w dłoni Seline zgasł z cichym sykiem akurat w momencie, w którym Dalran zbliżył się na odległość wyciągniętej ręki, pozostawiając po sobie jedynie smużkę jasnego dymu, ledwie widoczną w słabym blasku księżyca wyglądającego nieśmiało zza chmur. Rycerz uniósł dłonie jakby w poddańczym geście, uśmiechając się przepraszająco.
- Wybacz, pani, jeśli cię przestraszyłem, nie miałem takiego zamiaru - jego oddech zmienił się w chmurkę pary, gdy mężczyzna przemówił, przerywając głęboką, nocną ciszę. - Jeśli mogę ci w czymś pomóc, powiedz, jestem do usług. Obawiam się bowiem, że pytanie cię o to, co robisz tu sama o tak późnej porze, z jedynie kocem na ramionach, będzie musiało poczekać aż znajdziemy się gdzieś, gdzie nie będzie grozić nam zamarznięcie.
Sam nie był pewien, czy lepiej będzie zasugerować jej powrót do budynku, czy zaoferować ramię i niespotykaną możliwość obejrzenia ciężarnej klaczy w samym środku nocy - pierwsza możliwość brzmiała bądź co bądź znacznie rozsądniej. Z drugiej jednak strony stajnia była solidnym, murowanym budynkiem, o zamkniętych okiennicach i bladą smugą światła sączącą się przez szparę pod drzwiami, Dalran miał więc powody by podejrzewać, że i w niej będzie znacznie cieplej niż na mrozie, na którym na chwilę obecną oboje stali.


Seline? Tak trochę krótko tym razem, ale może następnym będzie lepiej. ;D

Od Seline cd Dalrana

Spojrzałam w twarz znanego mi od dawna mężczyzny, oceniając, jak bardzo się zmienił. Jego rysy twarzy lekko się wyostrzyły, prawdopodobnie przez ciężką, wojskową służbę.
- Oboje zmieniliśmy się wraz z upływającym czasem, sir - odpowiedziałam uprzejmie. - Niemniej jednak dziękuję za miłe słowa i cieszę się z kolejnej okazji do spotkania.
- To zaszczyt gościć Lorda i jego rodzinę - powiedziała z uśmiechem macocha. - Nie stójmy na mrozie, zapraszamy.
Lord Velaryon skinął głową i ruszył razem ze swoimi dziećmi do domu, zaraz za ojcem i idącą u jego boku matką, ja zaś zakończyłam cały ten nasz osobliwy pochód, podążając za braćmi i ich żonami, co chwilę zerkając rozbawiona na udające powagę, ale jednocześnie bawiące się dzieci.

-----

Przy stole usiedliśmy oczywiście zgodnie z panującym porządkiem; miejsca po obu szczytach stołu zajął ojciec, mający po swych obu stronach matkę i obecnie najstarszego w domu brata i Lord Velaryon, przy którym siedzieli synowie. Mi zaś przypadło miejsce między jednym z moich braci, a siostrą Lorda Dalrana, która wyglądała na lekko zdenerwowaną i zerkała co jakiś czas na swego ojca i braci.
- Piękna suknia - pochwaliłam, chcąc lekko rozładować jej stres. - To twoje dzieło?
Dziewczynka nieśmiało skinęła głową, odpowiadając cicho i zdawkowo, ale widziałam, że podobała jej się pochwała dotycząca jej talentu. Nie ciągnęłam jednak tematu, nie chcąc przeszkadzać w rozmowie ojca z Lordami, którzy omawiali ogólnikowo sytuację polityczną. Słysząc tylko wzmiankę o Arkadiusie, od razu skrzywiłam się lekko, wiedząc, że nadal nie ma żadnych wieści od mego brata. Wyparłam jednak troski z myśli gdy tylko poczułam ciepły ciężar opierający się o moje stopy. Kala musiała wemknąć się do domu i pod stół, by jak zawsze mi towarzyszyć.
Wraz z upływem czasu i wina, które pite z rozwagą i umiarem przyczyniło się do rozwiązania języków, rozmowy przy stole stały się coraz bardziej przyjacielskie i dotykały wszelakich tematów. Pozwoliłam sobie na zatracenie się w myślach i po jakimś czasie wyrwałam się ze swych własnych rozważań, czując na sobie baczny wzrok Lorda Dalrana. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że było to odpowiedzią na moje bezwiedne spojrzenie i uśmiechnęłam się tylko, spuszczając wzrok.

-----

Po kolacji wszyscy rozeszli się do komnat, także goście, którym rodzice wskazali czekające na nich już pomieszczenia, mając świadomość, że męcząca podróż Velaronów wymaga teraz odpoczynku. Sami także udali się na spoczynek.
Rozpuściłam włosy i rozczesałam je dokładnie, poczynając już ostatnie przygotowania do snu. Sięgnęłam po świecę, osłaniając jej płomień dłonią i już miałam ją zgasić, gdy zobaczyłam mały, czarny cień przemykający za oknem. Wiedziałam, że czekając na wieści od starszego brata stawałam się coraz bardziej przewrażliwiona, wszędzie spodziewając się kruków, ale wiedziałam, że moja natura nie pozwoli mi tego zignorować.
Sięgnęłam po jeden z wełnianych, grubych kocy, narzucając go sobie na ramiona i biorąc w ręce świecę, wymknęłam się z komnaty, a następnie z budynku, wychodząc na wielkie podwórze i rozglądając się za ptakiem, którego cudem byłoby dostrzec w przenikającej ciemności, z którą nie mógł poradzić sobie nikły płomień osłanianej przeze mnie świecy i małe, błyszczące na niebie punkciki, gwiazdy, w które tak kochałam spoglądać. Teraz jednak jedynym, co chciałam widzieć, był kruk...
Słysząc za sobą skrzypienie kroków na śniegu, przyjęłam za pewnik, iż to podążający w moją stronę wilk, jednak chwilę później zauważyłam Kalę przy swoim boku, kroki zaś nie ucichły. Z lekkim przerażeniem, obróciłam się w stronę, skąd dobiegały, dokładnie w chwili, gdy mocniejszy podmuch wiatru całkowicie zdmuchnął drżący i osłaniany dotąd przeze mnie płomień świecy...

(Dalran? Proszę nie marudzić, świetnie piszesz :D )

czwartek, 1 grudnia 2016

od Dalrana - cd Seline

Dni były coraz krótsze w ten zauważalny i przewidywalny, ale wciąż dziwnie zaskakujący sposób, który sprawia, że gdy po południu zaszyjesz się w swej komnacie nad księgą lub czymś na równi angażującym całą twoją uwagę i w pewnym momencie, wiedziony impulsem bądź przeczuciem, podniesiesz głowę i spojrzysz w okno, z bezgranicznym zdumieniem odkrywasz, że gdzieś pomiędzy tą chwilą a momentem, w którym ostatni raz rzuciłeś niebu choćby jedno spojrzenie - a to przecież nie mogła być więcej niż godzina, przysiągłbyś na własną głowę że nie! - zmierzch zdążył wkraść się na nieboskłon, zgasić słońce, zapalić gwiazdy i okryć świat ciemnym całunem nocy, wyszywanym tylko gdzieniegdzie srebrnym księżycowym blaskiem. Dalran nigdy specjalnie nie przepadał za tą właśnie porą roku, głównie ze względu na swoją wrodzoną ciepłolubność - jego rodzina pochodziła z terenów o klimacie raczej ciepłym, chwilami może wręcz umiarkowanym, ale na pewno daleko było mu do typowych ludzi północy, którzy dostrzegali chłód dopiero gdy na wąsach zaczynały tworzyć im się prawdziwe sople. Fakt, że zimno mimo wszystko znosił całkiem dobrze, wynikał tylko i wyłącznie z wojskowych przyzwyczajeń, które zdążyły skutecznie zahartować go psychicznie. I nawet jeśli przeszkadzały mu niskie temperatury, to narzekanie zostawiał dla siebie, unikając jak tylko mógł okazywania własnego dyskomfortu.
Wyruszyli w podróż wczesnym rankiem, zabierając ze sobą jedynie niewielki oddział straży, na który uparcie nalegał doradca. Ledwie sześciu rosłych mężczyzn, mających za zadanie dopilnować, by Lord Velaryon wraz z dziećmi - całą trójką - dotarli na miejsce bezpieczni i zdrowi.
Większość drogi Dalran spędził w milczeniu, poluzowując rumakowi wodze i pozwalając mu spokojnym stępem zrównywać się z koniem ojca, również sprawiającym wrażenie, jakby nigdzie nie było mu spieszno. Obaj mężczyźni bez słowa obserwowali jak Derion, najstarszy z rodzeństwa i dziedzic rodu, dość bezmyślnie przemęcza swego wierzchowca, starając się za wszelką cenę udowidnić swej dwunastoletniej siostrze, że kuc dziewczynki, jakkolwiek wysoki, nie ma najmniejszych szans go prześcignąć. Była jeszcze dzieckiem, niedojrzałym i infantylnym, a Dalran modlił się w duchu, by nie przyszło jej podczas harców ześlizgnąć się przypadkiem z siodła. Bądź co bądź przecież - choć ciężko było mu to przyznać nawet przed samym sobą - kochał siostrę znacznie bardziej niż kiedykolwiek zdołał pokochać brata.

_____


Służący pojawił się u jego boku, gdy tylko Dalran zsiadł z konia, i trzymając zwierzę za wodze tuż u pyska natychmiast poprowadził je w stronę stajni wraz z pozostałymi. Mężczyzna kątem oka zdążył zauważyć jeszcze siostrę nerwowo wygładzającą pognieciony przez długą podróż materiał sukni - nie dziwił się jej zbytnio, jako że była to jej pierwsza uczta poza rodzinnym domem, dziewczynka miała więc pełne prawo do zdenerwowania i usilnych prób prezentowania się jak najlepiej - nim jego uwagę pochłonęły powitania i grzeczności wymieniane z gospodarzem, jego żoną i dziećmi. Z Lordem Firewood widywał się wielokrotnie, gdy ten gościł w jego rodzinnym domu - przyjaciel ojca wydawał się człowiekiem dość surowym i zamkniętym, jednak sam Dalran nigdy nie doświadczył z jego strony niczego poza uprzejmym szacunkiem, z czasem również czymś na kształt obustronnej, rodzącej się z wolna przyjaźni i zrozumienia, nie miał więc najmniejszego powodu, by nie traktować go kulturalnie i po przyjacielsku. Lady Firewood zdawała się z kolei nieco mniej chłodna od męża, podobnie jak jego jedyna córka, dziewiętnastoletnia Seline, prezentująca głębokie dygnięcie godne księżniczki.
Dalran odwzajemnił gest, kłaniając się grzecznie. Uprzejmość i maniery skutecznie wbito mu do głowy jeszcze w dzieciństwie, i wciąż pamiętał całkiem dużo, nawet jeśli służba wojskowa zdążyła ukształtować jego, nomen omen dość niełatwy w obyciu, charakter i wyrobić ostre, chropowate krawędzie jego osobowości.
- To zaszczyt móc spotkać cię ponownie, pani - odezwał się, starając się, by w jego głosie nie było słychać zmęczenia, a jedynie wyćwiczoną przed laty, choć typowo dla niego zdawkową grzeczność. - Jesteś jeszcze piękniejsza niż gdy ostatnio mieliśmy szansę się widzieć.


Seline? Ja przepraszam za jakość, ale choroba zabija we mnie ostatki kreatywności. ;w;

środa, 30 listopada 2016

Od Philippe'a do Christiana

Z daleka obserwowałem złotą zastawę zdobioną prawdopodobnie ametystem. Podążałem za właścicielem mieszkania, nie spuszczając wzroku z drogich przedmiotów, odkąd tylko przekroczyłem próg. Przygryzłem wargę, jakbym próbował pożreć wzrokiem jego bogactwo. Przytakiwałem na opowieści, obmyślając plan jak ukraść te skarby.
- Mam nadzieję, że zostaniesz trochę dłużej. - odwrócił się wreszcie w moją stronę, torując mi przejście. Tęgi mężczyzna o bladej cerze kontrastującej z czarnymi jak smoła włosami i zarostem uśmiechnął się uwodzicielsko kładąc dłoń na moim ramieniu. Był średniego wzrostu, ale ze względu na moje niecałe 170 centymetrów i tak wydawał się wielki.
- Tak właściwie, to powinienem już iść. Rodzice będą się martwić. - mruknąłem subtelnie zwracając się w stronę drzwi.
Odetchnął głęboko. Nic nie powiedział. Zlustrował mnie dogłębnie, marszcząc brwi. Wiedziałem, że coś do niego dotarło. Nie chciałem czekać na dalszy rozwój akcji, więc rzuciłem mu pożegnalny uśmieszek i szybkim krokiem pognałem do wyjścia.
Coś z okropną siłą pochwyciło mój bark i szarpnęło w bok zmuszając mnie bym przylgnął do ściany. Jęknąłem ze zdziwienia widząc jak, jakkolwiek jego imię brzmiało, stanął naprzeciw z założonymi rękami na piersi.
- Co masz w torbie? - zapytał, jak gdyby przeczuwał co można tam znaleźć.
- Swoje rzeczy... - wzruszyłam ramionami, zerkając kątem oka na brudnozieloną, znoszoną torbę, przewieszoną na jednym pasku przez ramię.
Pochwycił za jeden koniec zrywając mi ją z szyi. Drogocenne rzeczy porozsypywały się po podłodze, wydając charakterystyczny dźwięk przez, który serce zabiło dwa razy szybciej. Złapałem z ziemi jakiś kielich na prędko i popędziłem przed siebie. Nie byłem sportowcem. Siły dodawał mi jedynie strach napędzany przez krzyki o mojej śmierci i pogoń. Przytrzymałem zdobycz zębami by móc odwiązać rumaka. Palce nie chciały współpracować na mrozie, a wróg był coraz bliżej. Z paniki łzy zaczęły napływać do oczu, a oddech przyśpieszył bardziej, niż Apollo, gdy galopuje. Udało się.Ponagliłem ogiera wskakując na jego grzbiet. Uratowany. Przekleństwa rzucane w moją stronę tylko umocniły mnie w moim małym zwycięstwie. Śmiech towarzyszył mi przez całą drogę do miasta.

***

Próbowałem sprzedać skradziony przedmiot, ale jakoś średnio mi to szło. Zatrzymałem się koło kolejnego kupca, kiedy wysoka, raczej szczupła osoba oparła się o drewniany budynek tuż przy nas.
- Skąd taki chłopaczek jak ty to wziął? - prychnął pod nosem przejeżdżając językiem po dziąsłach.
Z uśmiechem kontynuowałem obserwowanie jak jakiś naiwniak oglądał przedmiot, ignorując przy tym drugiego.
- Ukradłeś. - ukrócił mierząc mnie wzrokiem od stóp do głów. W jego głosie nie było słychać żadnej groźby. Był raczej rozbawiony moim zakłopotaniem.
Handlarz słysząc to natychmiast zwrócił mi do rąk obejrzaną rzecz i odszedł z dziwnym grymasem. Przymknąłem oczy i powoli wypuściłem powietrze, chcąc w ten sposób się uspokoić.
- Albo... - mruknął przerzucając oczami w sztucznym zamyśleniu. - To Twoja zapłata. - kąciki ust obcego uniosły się w górę sprawiając, że jego twarz wyglądała jeszcze bardziej cynicznie, niż normalnie. - Szczerze... Nie dałbym tyle. - przeszedłszy obok skwitował, łapiąc mnie za tyłek.
Odskoczyłem gwałtownie, łapiąc z nim kontakt wzrokowy.

Christian?

Od Seline do Dalrana

- Wyprostuj się i patrz na materiał, nie za okno! - upomniała surowym głosem macocha, podchodząc do mnie i spoglądając na materiał sukni, na którym wyszywałam.
Kala leżała u moich stóp, powarkując cicho za każdym razem, gdy kobieta ojca podnosiła głos. Jednak ja już dawno przestałam zwracać na nią uwagę, po prostu robiąc swoje i co chwilę zerkając na błonia.
Po jakimś czasie zauważyłam, że ojciec wyszedł przed budynek, a na jednym z drzew wylądował czarny jak smoła ptak. Kruk. Wiadomość. Tak długo już czekałam...
Bez zastanowienia poderwałam się, strącając pyszczek wilka z moich stóp, a materiał nowej sukni z kolan i wybiegłam z pomieszczenia, zbiegając po schodach. Usłyszałam za sobą krzyk macochy i ciche truchtanie Kali, ale nie zwróciłam na nic uwagi, unosząc tylko rąbki sukni, by się nie przewrócić, gdy wybiegłam przed dom. Pognałam od razu do ojca, który zdążył już odczytać list i zwinąć go.
- Ojcze! - krzyknęłam, dobiegając do niego. - Co to za list? Napisał Arkadius? - zapytałam z nadzieją w głosie.
Ojciec pokręcił głową, spoglądając na mnie karcąco, gdy zobaczył, że jestem zasapana po biegu, a mój warkocz jest niechlujny i rozpleciony.
- Czy tak wygląda córka lorda? - skarcił mnie, patrząc mi w oczy, ale ja zamiast spuścić wzrok, jak przystało, wytrzymałam jego twarde spojrzenie, nieznacznie jednak pochylając głowę.
- To list od Arkadiusa? - powtórzyłam, a w moim głosie dało się wyczuć nutę zniecierpliwienia.
Tęskniłam za bratem, a tęsknota ta wzrastała z każdym dniem. Był dla mnie serdeczny i w większości przypadków wstawiał się za mną. Bez wahania mogłabym go nazwać przyjacielem, powiernikiem. A teraz zamartwiałam się, gdyż mijał kolejny miesiąc jego nieobecności, bez wieści, bez żadnej oznaki życia, gdy wyjechał na wojnę...
- To nie on - westchnął ojciec, a ja widziałam, że martwi się tak samo, jak i ja, chociaż starał się tego nie okazywać, skrywać emocje za fasadą chłodu. Już dawno zauważyłam, że to jest sposób ojca; najlepszy według niego i jedyny, jaki znał.
Odwróciłam się od ojca, ale zamiast w stronę domu, zaczęłam powoli iść w stronę drzew.
- Seline! - usłyszałam stanowczy głos ojca i odwróciłam się powoli. - Liczę na to, że doprowadzisz się do porządku do kolacji. Będziemy mieli gości, Lorda Velaryona z synem. Żądam, byś godnie się zaprezentowała.
Spojrzałam ojcu prosto w oczy i ukłoniłam się lekko, odwracając się do niego tyłem i idąc razem z wilkiem w stronę drzew. Ktoś mógłby pomyśleć, że ten ukłon był znakiem szacunku, lecz ojciec doskonale wiedział, że było to z mojej strony odrobinę prześmiewcze. Przemilczał to jednak i odszedł.

-----

Spoglądałam w odbicie w lustrze, w którym ukazywałam się ja i moja macocha, która teraz splatała moje kręcone włosy w wymyślny warkocz, wplatając w niego różne ozdoby.
- Ojciec mówił ci o swoich planach? - zapytała mnie, przerzucając mi zapleciony już warkocz przez ramię.
- O kolacji z lordem? - zapytałam, chociaż doskonale wiedziałam, że nie o to jej chodzi.
- O planach wydania cię za jego syna - powiedziała spokojnie, nie tracąc opanowania. 
Przymknęła oczy, wiedząc, że ojciec już raz próbował oddać moją rękę jednemu z lordów. Wiedziałam też, że lord Velaryon jest jego serdecznym przyjacielem. 
- Nie wzbraniaj się przed nim - szepnęła, pochylając się nade mną. - To dobry człowiek. Honorowy, o złotym sercu. Pamiętasz go?
Przemilczałam jej uwagi, podnosząc się z miejsca i wychodząc, a wilk powoli poszedł za mną.

-----

- Seline! - Doran podbiegł do mnie, łapiąc mnie za rękę. - Chodź!
Ukucnęłam przed bratankiem.
- Doran, zaraz przyjadą goście...
- Chodź! - poprosił, błagającym głosikiem. - Mama będzie krzyczeć, bo nie pozwoliła nam się wspinać... A Leia nie może zejść!
Westchnęłam ciężko, patrząc w jego oczy, takie same jak u mojego brata. Charakter chłopca i jego psoty z siostrą, przypominały mi lata, gdy sama miałam tyle wiosen, co oni.
Udałam się za chłopcem, a mój nieodłączny wilczy cień udał się za nami. Widząc małą Leię, która nie mogła zejść z muru na budynku starej stajni, westchnęłam i podciągnęłam nową, wyjściową suknię, by nie zniszczyć jej wspinaczką i położyłam nogę na wystającej z muru cegle, powoli i konsekwentnie wspinając się po dziewczynkę.
Kiedy już udało mi się jej dosięgnąć, mała złapała się mnie i razem z nią zeszłam niżej, a następnie zeskoczyłam na ziemię, brudząc lekko skraj sukni.
- Jadą, jadą! - krzyknął Doran, widząc pędzące w stronę domu konie, a ja złapałam dzieci za ręce, biegnąc razem z nimi w stronę domu, by zjawić się tam przed gośćmi. Gorzko pożałowałabym, gdybym u boku ojca i macochy nie witała lordów, wiedziałam to aż za dobrze.
Gdy zjawiłam się przed domem, stanęłam u boku ojca i braci, a dzieci pobiegły do matki. Lekko strzepnęłam ziemię z sukienki, uśmiechając się do bratanicy, która spoglądała na mnie zza spódnicy swojej mamy.
- Seline - usłyszałam karcący głos macochy, gdy zobaczyła, iż moje niesforne włosy znów uciekły z misternego warkocza. Ojciec też posłał mi wyrażające niezadowolenie spojrzenie, ale zobaczyłam, że trudno ukryć mu też pobłażliwość, która łagodziła jego ostre rysy twarzy.
Poczułam się pewniej, gdy Kala usiadła przy moich nogach, bacznie obserwując wjeżdżających na podwórze i zsiadających z konia gości. 
Gdy lord i jego syn zsiedli z koni, stajenni od razu odebrali od nich zwierzęta, a mężczyźni przywitali się z moim ojcem i obecnymi tutaj dwoma braćmi. Gdy ich wzrok zwrócił się na mnie, ukłoniłam się po królewsku, spuszczając nisko głowę.

(Dalran?)

It’s easy to take off your clothes and have sex. People do it all the time. But opening up your soul to someone, letting them into your spirit, thoughts, fears, future, hopes, dreams… that is being naked.

Godność| Philippe Marveaux. Przynajmniej tak się przedstawia. Nielicznym udało poznać się jego prawdziwe nazwisko. Charles Timothée Cisse nie został przez niego użyty od dobrych kilku lat.
Wiek| 16 lat
Ród| Samotnik
Stanowisko| Złodziej
Osobowość| Chłopak nie należy do tych odważnych, choć za takiego chce uchodzić. Lubi się popisywać i zdarza się mu robić rzeczy na pokaz. Nie przepada za planowaniem, woli do wszystkiego podchodzić spontanicznie i w prawdzie, wychodzi mu to świetnie. Nie myśli zbyt długo nad tym czy do kogoś podejść, zagadać czy zwinąć coś ze stołu. Chociaż mimo, że okradanie idzie mu dobrze to kontakty z innymi nie koniecznie. Jest okropnie gadatliwy i nie specjalnie posiada hamulce przed mówieniem tego, co akurat zaprząta mu głowę. Podczas konwersacji często obraża siebie jak i innych, nie zachowuje się zbytnio stosownie do sytuacji. Powaga nie jest jego mocną stroną. Nie dąży ludzi zaufaniem tak samo jak oni jego. Właściwie nic dziwnego. Mają ku temu powody. Nigdy nie był zbyt prawdomówny, kłamanie wychodzi mu lepiej, niż cokolwiek innego. Każdy kto przebywał z nim dłużej wie jaki z niego przebiegły oszust. Idealnie manipuluje innymi, bez problemu zamieniając każdą fanaberię w prawdę. Poniekąd robi to z przyzwyczajenia, by nie ujawniać się zbytnio. Dobrze wie, że jeżeli każdemu przedstawi inną wersję nikt nigdy nie dojdzie do sedna. Będzie bezpieczny. Przynajmniej tak mu się zdaje.
Nie ma domu i nie czuje potrzeby jego posiadania. Wolna dusza z niego. Zmienia zamieszkanie każdego dnia. A miłość? Jak większość marzy o prawdziwym uczuciu, ale przeczucie mu nie pozwala. Nie potrafi uwierzyć w czyjąś szczerość, a ma świadomość jak wrażliwy jest. Gdzieś w głębi boi się jednak, że zostanie do końca całkowicie sam.
Przemierza tygodniowo setki kilometrów w samotności, chociaż w oczach innych uchodzi za duszę towarzystwa. W podróży jedynym jego przyjacielem jest ogier i leśne zwierzęta, które lgną do niego jak mucha do miodu.
Philippe to zwyczajny roztrzepany dzieciak, który musi się jeszcze wiele nauczyć, ale ma zadatki na inteligentną osobę.
Historia| Wychowywał się z matką. Należeli raczej do tych biedniejszych sfer, więc chłopak, nie umiejąc znaleźć pracy, zwyczajnie okradał innych. Tak też udało mu się wyrobić fach, z którego teraz żyje. Ale mniejsza. W okolicach jego jedenastych urodzin kochana rodzicielka zachorowała, a kilka tygodni później zmuszony był pogrzebać jej zwłoki. Nie miał zamiaru zostawać w domu, z którym już nic go nie łączyło. Zabrał ze sobą podstawowe rzeczy i wyruszył w drogę na, tak samo jak on, młodym koniu. Bez umiejętności posługiwania się bronią, łukiem nie polował. Po pierwsze silny nigdy nie był, a po drugie w dzieciństwie brak mu było ojca, który mógłby nauczyć go przydatnych zdolności. Tak też zmuszony był do zatrzymywania się w miastach. Epizodycznie wykonywał potajemne zlecenia, kilka razy przewinął się w rzeźni, czasem jako pomoc na roli. Ostatecznie po wypłacie znikał bez śladu. Tak też robi do dziś.
Serce| Ma świadomość, że większość facetów raczej nie jest nim zainteresowana na dłuższy kontakt, więc stara się po prostu trzymać z boku.
Zwierzę| Apollo
Ciekawostki|

  • Zdarzyło mu się sprzedać kilka razy swoje ciało.
  • Lubi śpiewać. Swego czasu grał tez na gitarze, póki nie została zniszczona przez wściekłego wieśniaka.
  • Nigdy nie pije. Woli pozostać czujny przez cały czas.

Inne zdjęcia| x
Kontakt| Pasztecik / xokittyx@gmail.com

Autor| Lubię niestandardowe rzeczy. To tyle.

Na zdjęciu Will Wadhams.

od Dalrana - cd Lyanny

Bitwa stoczona na błoniach nie należała do długich, ale nikt pozostający przy zdrowych zmysłach z pewnością nie określiłby jej także mianem miłej, lekkiej i przyjemnej - i, gdyby nie genialna strategia generała, Dalran był tego pewien jak mało czego w swym trzydziestodwuletnim życiu, to z pewnością można byłoby przypisać jej również miano przegranej. Na dodatek z kretesem.
- Panie.
Minęła chwila nim Dalran wyprostował się nad misą z wodą, sięgając po leżące obok płótno i wycierając twarz. Brud, pył i pot niespecjalnie mu przeszkadzały - był bądź co bądź żołnierzem, siłą rzeczy zdążył więc już dawno temu przywyknąć do braku luksusu, jakim stało się dla niego bycie całkowicie czystym - ale krew wroga zdawała się nieprzyjemnie palić go w policzki, zupełnie jakby postanowiła przyjąć na siebie część niechęci i narastającego z wolna w głębi serca mężczyzny obrzydzenia, jakie ten czuł na samą myśl o tej wojnie. Nigdy nie popierał walki ojca z rodem panującym, i choć nigdy nie odważył się również potępić jej otwarcie, to jednak trzeba było przyznać, że znał swoją rodzinę. Ojciec zaślepiony wizją korony spoczywającej na jego posiwiałej już z lekka głowie, brat ze swą impulsywnością i niepokojącymi tendencjami do wybuchów gniewu całkowicie nienadający się na króla. Dalran westchnął ciężko. Przyszłość państwa, niezależnie od liczby stoczonych bitew i ich wyników, malowała się w dość ponurych barwach.
Odwrócił się niespiesznie do stojącego wciąż u wejścia do namiotu służącego, unosząc brwi w oczekiwaniu na wieści, które ten z pewnością miał do przekazania, i w tym samym czasie starając się nie okazywać irytacji. To był długi i męczący dzień, a wyniesiona z porannych walk rana na przedramieniu, choć dość płytka i raczej niegroźna, nawet po opatrzeniu piekła nieprzyjemnie. Zasłużył chyba na odpoczynek i odrobinę spokoju, nieprawdaż?
Służący przestąpił z nogi na nogę, skłaniając z szacunkiem głowę.
- Panie, lord dowódca pragnie widzieć cię na naradzie w zamku.
Kolejne westchnienie, tym razem znacznie bardziej zrezygnowane. Dalran przetarł zmęczone oczy i ścisnął delikatnie mostek nosa. Potem opuścił rękę luźno wzdłuż ciała.
- Zjawię się. Możesz odejść - mruknął, nie zaszczycając sługi kolejnym spojrzeniem. Kątem oka zauważył jeszcze ukłon, materiał zaszeleścił miękko i mężczyzna znów był sam w swoim namiocie.
To był naprawdę długi i męczący dzień. A rzeczywistość, jak widać, wciąż miała mu jeszcze co nieco do zaoferowania.

_____


Zamek, pod którego murami rozbity został obóz, był zdecydowanie mały jak na standardy Westeros. Zbudowano go w starym stylu - grube ściany, niewielkie okna, wysokie wieże na każdym z pięciu rogów. Dalran poczuł dreszcz niepokoju przebiegający mu wzdłuż kręgosłupa, gdy na końskim grzbiecie przekraczał bramę dziedzińca, i znowu, gdy niemal godzinę później przemierzał zimne, surowe korytarze prowadzące do lochów. Było coś niepokojącego w tej budowli, coś, co sprawiało, że czujność mrowiła w każdym nerwie jego ciała, choć sam nie do końca potrafił określić dokładnie co to takiego.
Okrył się szczelniej podbitym grubym wilczym futrem płaszczem, starając choć odrobinę uchronić przed przejmującym chłodem - im głębiej schodził w czeluści zamku, tym dotkliwsze było zimno, gnieżdżąc się głęboko w jego kościach. Żaden spadek temperatur nie mógł jednak wyrzucić z jego głowy niedorzeczności planu, który właśnie mu przedstawiono, ani agresywnej zamaszystości, energii, widocznego niezadowolenia i złości z jego kroku. Branie wysoko postawionych społecznie zakładników nie było dla niego niczym nowym, oczywiście, jakże miałoby być. Ale trzymanie księżniczki w lochach, w zimnie, praktycznie bez straży?
- Postradali zmysły, jeśli sądzą, że to dobre rozwiązanie - mruknął sam do siebie, gdy pochodnią oświetlał sobie drogę przez pogrążone w ciemnościach podziemia.
Kolejny dreszcz, tym razem zabarwiony mocno obrzydzeniem, przeszedł go, gdy pochodnie w celi, zapalone przez samotnego strażnika pełniącego wartę u jej wejścia, rozjarzyły się wystarczająco, by mógł zobaczyć księżniczkę. I nagle był wdzięczny wszystkim możliwym bogom za półmrok, który być może choć odrobinę zakrył szok, jaki odmalował się na jego twarzy. Jeśli to było godne traktowanie więźnia, na dodatek kobiety, to Dalran był tanią wioskową kurwą.
- Przynieś jedzenie i wodę - rzucił gwardziście, prędko rozwiązując rzemienie trzymające płaszcz na miejscu i zbliżywszy się powoli, ostrożnie, zupełnie jakby podchodził do dzikiego zwierzęcia, pozwolił sobie narzucić go na ramiona dziewczyny. - Przykro mi, pani, że tak cię potraktowano. To nie miejsce dla wysoko urodzonej damy, a nawet zakładnik winien otrzymać choć minimalną ilość komfortu i wygody. Gdybym miał na to jakikolwiek wpływ, natychmiast przeniesiono by cię do jednej z zamkowych komnat.

Lyanna? Problem miałam z tym opkiem, więc wyszło jak wyszło. :<

wtorek, 29 listopada 2016

Od Lyanny do Dalrana

- Mhm... Andry? - zwróciłam się do rycerza. Jeden z giermków pielęgnował jego konia, a on sam mocował się ze swoją przyłbicą. Przygryzłam lekko wargę, nieco zirytowana faktem, iż nie otrzymałam odpowiedzi.
- Andry? - rzekłam głośniej, próbując ukryć zniecierpliwienie. Mężczyzna momentalnie się odwrócił i spojrzał na mnie swymi lodowato niebieskimi oczyma. 
- Tak, moja lady? - odpowiedział, jak gdyby nie przejmując się tym, co było nieuniknione. Jak zwykle, był zbyt pewny siebie i nie tracił humoru, wiedząc nawet, że być może nie dożyje poranka.
- Zdaje się, że dowódca cię wzywał - powiadomiłam, przymrużając lekko oczy. 
- W porządku, moja lady - ostatnie słowa wypowiedział z charakterystycznym mu wyolbrzymieniem. Dyskretnie przewróciłam oczami i odeszłam z gracją. Mimo, że nie miałam brać udziału w walce, i tak bałam się o swoje bezpieczeństwo. Różne rzeczy dzieją się na polach bitwy...

***

Okrzyk naszego dowódcy zakomenderował atak. Setki mężczyzn na koniach ruszyło przed siebie z niesłychaną prędkością, a sztandary z gryfem dumnie powiewały na wietrze. Usłyszałam również odległy wrzask velaryońskiego przywódcy, a potem wszystko zaczęło się rozkręcać. Grad strzał spadł na rozpędzonych rycerzy. Widziałam, jak niektórzy spadają z koni, mając przebite klatki piersiowe. Część ogierów się wywracała, ugodzona w szyję ostrą strzałą, zrzucając przy tym jeźdźców ze swych grzbietów.
Poczułam, że moje obawy musiały być zbędne. Teraz, gdy siedziałam wygodnie na moim koniu, wysoko, na pagórku, czułam się bezpieczniej, ale wciąż nie całkowicie. Mój ogier zastrzygł uszami, również przyglądając się bitwie i nasłuchując wielkiego hałasu, który z owej walki pochodził. Przymknęłam lekko oczy. Musieliśmy wygrać tę bitwę. Nie pozwoliłabym tym velaryońskim nędznikom zasiąść na tronie, który należał się tylko i wyłącznie mnie... O ile znajdę sobie męża, bo, jako kobieta, nie mogę sama sprawować władzy.
Nie możemy przegrać, nie możemy. Czułam okropną gulę w gardle i pierwszy raz od długiego czasu naprawdę się stresowałam. Pomyślałam, że mogłabym pojechać do bożego gaju poprosić o zwycięstwo, po prostu tam pobyć... Byle jak najdalej od tego pola, na którym właśnie trwała rzeź. 
Zawróciłam konia i, nie czekając na reakcję paru strażników wokół, pogalopowałam na dół wzgórza, w stronę spokojnego gaju. Przybywszy na miejsce, przywiązałam mojego wierzchowca do pierwszego drzewa, po czym ruszyłam w głąb lasku. Panował tu niezmierny spokój i niezakłócona cisza, co od razu spostrzegłam. Odetchnęłam rześkim powietrzem i usiadłam przy jednym z drzew. Przymknęłam oczy, po czym zaczęłam modlić się w myślach. Wiatr szumiał, liście szeleściły, a ja myślałam tylko o zwycięstwie, które było w tej chwili dla mnie tak ważne.
Niezmącony spokój przerwał cichutki szelest, nieco różniący się od reszty dźwięków natury. Rozwarłam powieki i, zanim zdążyłam się obrócić, ktoś przyłożył mi sztylet do szyi. Wstrzymałam oddech, przerażona, na początku próbując się jakoś wyswobodzić z uścisku, ale, po zdaniu sobie sprawy z ogromy zagrożenia, zastygłam w bezruchu.
- W bożym ga... - zaczęłam, czując nienawiść do osoby, która targnęła się na moje życie w świętym miejscu.
- Idziesz. Z. Nami. - powiedział powoli człowiek, a po paru sekundach milczenia poczułam ból w okolicach czaszki, by potem pamiętać jedynie ciemność.

***

Loch był paskudny.
Woda skapywała gdzieniegdzie z sufitów, a całe pomieszczenie było pogrążone w ciemności. Próbowałam wytężyć wzrok, by rozróżnić kontury przedmiotów wokół mnie, ale nie byłam w stanie. Po jakimś czasie zobaczyłam drobny ogniowy płomyk, a później całą pochodnię - ktoś do mnie przychodził. W lochach nie dostrzegłam żadnych innych jeńców, więc ten ktoś musiał przyjść do mnie. Kroki stawały się coraz głośniejsze, a z wszechobecnego mroku zaczęła się wyłaniać, w świetle pochodni, cała postać.
Zacisnęłam zęby, powstrzymując się przed obrzuceniem przybysza ciągiem obelg. Co ze mną będzie? Całe moje życie starałam się, żeby zasiąść na tronie i być bezpieczna, a wszystko to utraciłam w jednym momencie?

Dalran? Starałam się, aby było kreatywne :'))

Wierzymy, bo chcemy wierzyć. W bogów, bo taka wiara zagłusza strach przed śmiercią. W miłość, bo upiększa wyobrażenie życia.

Godność| Seline Firewood
Wiek| 19 lat
Ród| Firewood
Stanowisko| Łucznik
Osobowość| Seline wydaje się być opanowaną, dumną i pewną siebie kobietą. Wiecznie można zobaczyć ją z uniesioną głową, nawet najbliższym nie chce pokazać swojej słabej strony. Jest inteligentna i spostrzegawcza, martwi się o wiele rzeczy. Nawet kiedy na jej twarzy wymalowany jest uśmiech, w jej oczach można zobaczyć smutek lub zamyślenie. Jej powaga przywodzi na myśl dojrzałą kobietę, a nie dwudziestokilkuletnią dziewczynę, mimo wszystko jednak Seline potrafi być zabawna i posiada wysmakowane poczucie humoru. Sarkazm to jej drugie imię i mimo tego, że czasem zdarza jej się być niemiłą, nie potrafi innym odmówić pomocy. Jest bardzo empatyczna i wrażliwa. Seline będzie zachowywać spokój i pokerową twarz przy ludziach nawet w najgorszych sytuacjach, a w domowym zaciszu się rozsypie. Doskonale potrafi czytać w ludziach jak w otwartej książce, jest wspaniałą obserwatorką. Zawiodła się tyle razy, że nie dopuszcza do siebie szybko ludzi, a na jej zaufanie trzeba sobie zasłużyć i to nie jest proste. Ta niewielka kobieta potrafi być bardzo władcza, a kiedy trzeba, nie zawaha się użyć swojego autorytetu. Ciężko zawiera przyjaźnie. Nienawidzi kłamstwa. Jeśli kocha to na zawsze, a jeśli nienawidzi, jest gotowa kogoś zniszczyć. Seline ma pewną genialną umiejętność, a mianowicie w sytuacjach kryzysowych potrafi odepchnąć od siebie wszystkie negatywne uczucia. Jednak jest to dla niej bardzo destrukcyjne, bo gdy jej upiorom udaje się wrócić, omal jej to nie załamuje. Seline ma wielkie ambicje i jeszcze większe wymagania. Nienawidzi nakazów i ograniczeń, które każą jej postępować wręcz odwrotnie. Na każdym kroku stara się udowodnić swoją wartość, ponieważ od zawsze oczekiwano od niej więcej, niż było ją stać. I tego właśnie się nauczyła - być lepszą od najśmielszych wymagań, zarówno swoich, jak i innych. Nie interesuje jej władza, dopóki jest ona w rękach odpowiedzialnej i rozsądnej osoby. Będzie jednak domagać się swoich racji, jeśli widzi, że rządzący podejmują idiotyczne lub krzywdzące decyzje.
Historia| Jest najmłodszą córką Lorda Firewooda, ma pięciu starszych braci. Jej matka zmarła po jej porodzie, osłabiona chorobą, która męczyła wtedy ich osadę. Seline była więc wychowywana przez służki i znała tylko twarde, męskie podejście ojca i starszych braci. Jej ojciec poślubił niewiele starszą od niej dziewczynę, a Seline miała zostać wydana za mąż za Lorda innego rodu, w zamian za swą macochę. Nie zgodziła się jednak i zbuntowała przeciw mężczyźnie, którego nie kochała. Chciała pójść śladem braci i zostać rycerzem, ale jako że dla kobiety jest to niezwykle trudne, wykorzystując swoje zdolności strzeleckie, została łucznikiem.
Serce| Heteroseksualna. Ktoś zajął jej serce, ale jest zbyt dumna i niepewna, by zrobić pierwszy krok...
Zwierzę| Wilk - Kala
Ciekawostki| 
* Nie potrafi pływać.
* Często spędza bezsenne noce na spacerach i obchodzie osady.
* Jest niezwykle dobrą osobą, nienawidzi krzywdzić innych. Ludzi skrzywdzi tylko w samoobronie, na wojnie lub jeśli ma poważny powód. Zwierzę tylko w samoobronie.
* Jej wilczyca nie odstępuje jej na krok, jest do niej niezwykle przywiązana i wierna.
* Jest niezwykle wierna w każdym aspekcie życia; przyjaźni, rodzinie, w każdego rodzaju więziach, a szczególnie w miłości...
* Ma wiele blizn po nożach i strzałach - są to następstwa trenowania jej przez starszych braci oraz ich prób odwagi, często polegających na zadawaniu jej bólu albo straszeniu.
* Nienawidzi bezgranicznego posłuszeństwa, które nie idzie w parze z moralnością lub nie jest poparte rozumem. Sama kieruje się uczuciami i impulsami, chociaż respektuje prawo i autorytety, którym podlega.
Inne zdjęcia| x
Kontakt| Angelaaa11

Autor| Nie lubię banałów, tak samo jak i wymuszonego pisania. Nie znoszę pisać pierwsza. Nie znudzę się blogiem po kilku dniach i będę odpisywać regularnie i dość szybko. Zaangażuję się w blog, jeśli ktoś też będzie zamierzał poświęcić mojej postaci trochę uwagi. Czat - Angel20

Od Katfrin

- Spokojnie, Octavia, nikt nie idzie, to wiatr – szepnęłam jej do ucha i przytuliłam, siostra wtuliła się we mnie z płaczem. Mimo, iż umie się obronić, ojciec zawsze znajdzie sposób. Gładziłam jej włosy i kołysałam, śpiewając jej ulubioną piosenkę. Podobno miałam talent do śpiewania, jednak nie był mi on potrzebny, bo niby co zabije śpiewem?
- Boję się – szepnęła pomiędzy chlipnięciami, a ja przerwałam piosenkę.
- Wiem, ale jestem przy tobie, Hafetesona też tu jest, nic się nie stanie – powiedziałam i otarłam jej łzy, dalej śpiewając. Haf siedziała na podłodze obok łóżka i patrzyła na nas. Nie mogła uspokoić Octavii, dlatego przyszła po mnie, szykowałam się do wyjścia, jednak ważniejsza jest dla mnie siostra, niż jakiś pracodawca. Gdy Octavia zasnęła, zeszłam z jej łóżka i skierowałam się bez słowa do drzwi, weszłam do swojej komnaty i przebrałam się w czarny strój z kapturem, włożyłam bat za pasek i założyłam łuk za ramię.
- Vajo, wstawaj, idziemy – powiedziałam, a tygrys zeskoczył z łóżka i ruszył za mną. Skierowałam się do stajni po konia, osiodłałam czarnego ogiera, zresztą jednego z moich ulubionych koni. Był szybki i nie męczył się szybko, no i słuchał moich komend. Wsiadłam na zwierzę, spojrzałam na tygrysa - wpatrzony był w las, kochał moje nocne wypady. Ruszyliśmy galopem w stronę miasta.

~~~**~~~

Gdy dotarliśmy do karczmy, zsiadłam z konia i przywiązałam go. Vajo wszedł za mną, kaptur zasłaniał mi twarz, jednak wszyscy już mnie rozpoznali. To w tym miejscu spotykałam się z pracodawcami, usiadłam w wybranym stoliku, obok jakiegoś mężczyzny po czterdziestce.
- Spóźniłaś się – powiedział zły, a ja spojrzałam w jego stronę, Vajo ukazał zęby wyczuwając moją złość.
- Pojawiam się kiedy chcę, kiedy chcę zabijam, może dziś ci poderżnę gardło? – zapytałam, a ten przełknął głośno ślinę.
- Przepraszam… przejdźmy do rzeczy – powiedział, a ja skinęłam mu głową na znak zgody.
- Zabij Lorda Fanga, zapłacę podwójnie – rzekł, a ja chwilę zastanawiałam się. Człowiek ten ma dużo straż, wiele jego ludzi pilnuje jego drzwi w nocy, ciężko jest go zabić.
- Potrójnie – rzekłam, a ten skinął głową – a teraz zapłać za połowę.
- Niech będzie – powiedział i podał mi pieniądze w sakiewce, przywiązałam je do paska i ruszyłam do drzwi.
- Spotkamy się jutro – dodałam, nim wyszłam, a za mną tygrys, który szczerzył zęby do każdego kto choćby na niego spojrzał. Odwiązałam konia i wsiadłam na niego, od razu ruszając w wędrówkę do zamku Fanga.

~~~**~~~

Przed świtem znalazłam się pod zamkiem, konia przywiązałam do powalonego drzewa, Vajo pozostał przy nim, by go pilnować. Sama musiałam zabić Lorda, podeszłam do muru zamku, zaczęłam się po nim wspinać, wkładając stopy w szczeliny. Po chwili byłam już w okiennicy dziecka Lorda, postanowiłam, iż pewnie komnata Fanga jest gdzieś obok, ruszyłam więc w prawo. Nie myliłam się, uchylone okno, otworzyłam je i weszłam cicho do komnaty, podeszłam do łóżka śpiącej pary. Wyjęłam nóż i nałożyłam rękę na usta Lorda w tym samym czasie podcinając mu gardło, wytarłam krew o ciało zabitego i wsunęłam go w pasek. Wyszłam oknem, zeszłam szybko i wróciłam do lasu, znalazłam konia i odwiązałam go, weszłam i jak najszybciej odjechałam.

~~~**~~~

Znalazłam się w domu, wjechałam do stajni, zdjęłam wszystko z konia i zaprowadziłam do boksu. Vajo był zmęczony, postanowiłam, iż dam mu za dzisiejszą noc nagrodę. Poszliśmy do kuchni, a tam dałam mu królika, którego zjadł w kilka sekund, pogłaskałam go i wróciłam do swojej komnaty, by choć trochę się przespać. Tam jednak już ktoś na mnie czekał, postać siedziała na moim łóżku i trzymała w dłoni jeden z moich batów, obserwowała go pod każdym kątem.
- Nie lubię jak ktoś rusza moje rzeczy – syknęłam w kierunku postaci, było zbyt ciemno bym mogła powiedzieć czy to mężczyzna czy kobieta. Spojrzał się na mnie i odłożył bat, nie odpowiedział nic, bałam się, że wyobraziłam sobie tą postać, gdy nagle przemówiła:
- …

Ktoś? xd

Od Lyanny do Christiana

- Wyprostuj się - napomknęła septa z grozą w głosie. Wychowywała mnie, odkąd tylko pamiętam, i ani trochę się nie zmieniła przez cały ten czas. Zawsze tylko wymagała, goniła mnie, bym wreszcie nauczyła się wyszywać piękne wzory na aksamitnych sukniach i grać na instrumentach muzycznych. Dorastając, przyglądałam się nierzadko mym braciom - Mantarysowi i Raynaldowi - którzy zwykli o tej samej porze trenować walkę mieczem na dworskim tarasie. Byłam przekonana, że któryś z nich w przyszłości zostanie dumnym, potężnym królem - tak jak wówczas mój ojciec - i będzie rządził Siedmioma Królestwami aż do śmierci.
Ach, ja naiwna.
Jako małe dziewczę nie zdawałam sobie sprawy, jak kruche jest życie ludzkie. Pamiętam, jak płakałam pół nocy na wieść o śmierci Mantarysa - mojego biednego, ukochanego brata, który miał być przecież prawowitym następcą ojca. Wylewałam gorzkie łzy, przypominając sobie o Elinorze, jego niedoszłej żonie, która również została zamordowana - podczas własnej ceremonii ślubnej. Rano, kiedy - w geście szacunku do zmarłych - paliliśmy ich ciała, starałam się wyglądać na silną. Raynald wszystko wytrzymywał - kto wie, może był całkiem zadowolony, że teraz to on ma pełne prawo do korony? Na pewno jednak się nie spodziewał, że i jego zwłoki będziemy opłakiwać zaledwie rok później. Dla dwunastolatki, którą wtedy byłam, widok ten był okropny - Ray wstał zupełnie niespodziewanie, łapiąc się za klatkę piersiową, bezskutecznie próbując złapać oddech. Ojciec od razu poderwał się na nogi i złapał w ramiona jedynego pozostałego mu syna. Patrzyłam wtedy na jego twarz, na strużkę krwi wolno lecącą z jego nosa. Nie był to pierwszy raz, kiedy widziałam tę szkarłatną ciecz, ale to było zbyt nieoczekiwane - i w dodatku mój własny brat (i ostatni brat) właśnie umierał. Wstrzymałam oddech, a moje oczy się zeszkliły - nie wiedziałam, co robić. Popłoch był wszechobecny, każdy gdzieś biegał, coś krzyczał. Ja jedna - zagubiona, mała dziewczynka - stałam za moim krzesłem i starałam się nie uciec.
Mordercą był któryś z tych przeklętych Velaryonów. Ostatecznie pochwycono go półtora roku później, wtedy, gdy zdrowie mego ojca zaczęło już się wyraźnie psuć. Odwiedziłam go raz w lochach - przykuty był żelaznym łańcuchem do ściany, a jego twarz była cała we krwi. Nie ulegało wątpliwości, że był już wiele razy bity, ale jak dla mnie nie była to właściwa zemsta. Myślę, że właśnie wówczas mój charakter się odmienił - pchnięta żądzą zemsty i falą nienawiści, rozkazałam go torturować na najbardziej wymyślne sposoby. Nie można było opisać, jak bardzo podobał mi się widok krzyczącego z bólu jeńca, oraz jak słodki smak miało moje zwycięstwo.
- Słyszysz, jak do ciebie mówię? - głos septy przypominał raczej szczeknięcie psa, niż spokojny ton normalnej staruszki - Znowu się zamyślasz, moja lady!
- Tak, tak, już słucham - wymamrotałam, nawet nie bardzo się nad tym zastanawiając. Najchętniej wypomniałabym jej wszystko, co o niej myślę, ale moim priorytetem były dobre stosunki z ludźmi, z których mogłabym czerpać korzyści.
- Pora na sen, nie uważasz? - zadała mi pytanie retoryczne, delikatnie dając mi do zrozumienia, że mam wreszcie wyjść i dać jej spokój.
- Nie uważam - odpyskowałam, ale chwilę potem się opamiętałam, więc dodałam głośniej - Tak, już idę do siebie, septo.
Podążyłam w stronę mojej komnaty. Moja koszula nocna już leżała na miękkiej pościeli, ale ja tylko schowałam ją do ogromnej szafy. Tej nocy nie miałam zdecydowanie ochoty na sen - od paru ostatnich dni życie dworskie zaczęło mnie już męczyć. Szukanie męża, nauka wyszywania, strojenie się i czekanie, aż dwórki zrobią fryzurę idealną - wszystko to wytrzymywałam cierpliwie, jednakże miałam już dość. Przeczekałam około godziny w komnacie, udając, że śpię, po czym - upewniwszy się, że septa już śpi - zapaliłam świecę. Przeszukałam komódkę, by wziąć mój sztylet ze sobą, i wreszcie wymknęłam się z pomieszczenia. Bezszelestnie przeszłam przez korytarze, aż wreszcie dotarłam do masywnych drzwi wejściowych. Stało tam dwóch strażników - na szczęście tych, którzy mnie dobrze znali i których zdążyłam już omamić - także przepuścili mnie, obiecując, że nie powiedzą nic ojcu o mojej nocnej eskapadzie.
Podążyłam w moje ulubione miejsce - polanę, znajdującą się niedaleko początku lasu. Płynął tamtędy strumyk, a - jeżeli było się wystarczająco cicho - można było bez problemów usłyszeć pohukiwanie sowy czy plusk wody.
Wielkie było moje zdziwienie, gdy ujrzałam czyjś cień w oddali. Sylwetka z pewnością należała do mężczyzny, gdyż była zbyt rosła jak na damę - i nie miała na sobie sukni, więc to nie mogła być kobieta. Wstrzymałam oddech i powoli wycofałam się za drzewo, chowając się i nie wydając żadnego odgłosu. Wiedziałam, że jeśli będę wystarczająco cicha, niebezpieczeństwo minie, a w pojedynku sam-na-sam nie mam najmniejszych szans. 
Wkrótce kroki zaczęły być coraz głośniejsze, a ja skuliłam się bardziej pod pniem rozłożystego dębu. Przestałam nawet oddychać, by tylko nie wydać odgłosu - miałam nadzieję, że mężczyzna pójdzie stąd jak najszybciej i okaże się nie mieć sokolego wzroku...

Christian? Wiem, że piękne, wiem... XD

Życie jest jak penis - proste i mięciutkie. To kobiety czynią je twardym i skrzywionym.

Godność| Christian Salvadore
Wiek| 26 lat
Ród| Salvadore
Stanowisko| Tak, jak siostra w nocy, morderca.
Osobowość| Zacznijmy od tego iż Christian jest bardzo podobny do swojej siostry, Jenny. Nie są jak dwie krople wody, jednak jest to widoczne. Mimo wszystko czarnooki jest bardziej zboczony... nie, nie bardziej, jest bardzo zboczony. Śmiało można nazwać go pedofilem, tak... często robi to z młodszymi od siebie o nawet siedem lat, nikim nie pogardzi. Nikim w znaczeniu człowiekiem... zwierząt nie tyka, je tylko szanuje. Mimo wszystko Christian ma szacunek jedynie do zwierząt... może dlatego, że jest tak samo kulturalny jak one? Chłopak nie zna czegoś takiego jak wstyd, kultura osobista, przestrzeń osobista (zawsze ją narusza), przepraszanie czy wybaczanie. Nigdy nie zapomina... nigdy, wszystko co zostało mu dane on odda ze zdwojoną siłą... no może prócz: miłości, szczęścia, dobroci, prawdomówności, wierności i pomocy. Tak... oddaje tylko te przeciwne cechy, gdy ktoś go skrzywdzi... choć nie, to jest niemożliwe... Christian jest nie dość, że silny psychicznie, to jeszcze umie bez problemu łamać psychikę ludzi, jak i nadnaturalnych. Jest dość wybuchowym mężczyzną i często się do czegoś przyczepia, gdy ma złe dni nawet najmniejszy błąd sprawia, iż może się wściec. Mimo to jest bardzo cierpliwy i sprytny, co tworzy u niego dobrą mieszankę, zawsze wybrnie przez to z sytuacji, w której może ucierpieć jego duma. A co do jego dumy... jego ego jest bardzo, ale to bardzo wysokie i nikt nie może go urazić, bo cię zniszczy.
Czy ten dupek ma w ogóle uczucia, a właśnie tu jest minus, choć może i nie?... Posiada on uczucia, jednak czy dobre... to raczej nie jest pewne. Christian jednak uwielbia wykorzystywać uczucia innych, nie zakochuj się w nim... wykorzysta to do wszystkiego, a i tak będzie cię zdradzał. Nie wierzy w miłość i oddanie, uważa, że wszyscy robią to by wykorzystywać, więc po co on ma być wykorzystywanym skoro on to może robić? Proste...
Christian jak już wspomniałam to zboczeniec... ma ze wszystkim skojarzenia i najlepiej jak by uprawiał seks codziennie, jednak nie raz nie jest on dostępny i trzeba sobie poradzić samemu... no cóż, życie. Chłopak mimo wszystko rzadko sam się zaspokaja, woli iść do jakiegoś klubu i tam poznać jakąś pijaną dziewczynę, która nawet nic nie będzie pamiętała i zostawi ją rano nieświadomą wszystkiego co się zdarzyło. Dupek ten często robi takie wypady i wcale mu to nie przeszkadza, często podrywa dziewczyny młodsze od siebie nie mowa tu o siedemnastolatkach czy szesnastolatkach... zdarzały się i młodsze, które nie odmawiały mu seksu. Możesz nazwać go pedofilem... ale wiedz jedno, robi to za zgodą, jeśli ktoś mu włazi do łóżka, to czemu nie skorzystać?
Jak opisać jednym zdaniem tego o to naszego pedofila, dupka, biseksualnego kolegę? Jeśli masz dziurę, on już chce cię pieprzyć. Christian nie kryje się ze swoją orientacją i ma w dupie co pomyślą inni, jego życie, jego wybory, nie twój biznes. Ten człowiek nie lubi jak mu pomagasz, ale jeśli już to robisz to słuchaj jego poleceń albo najprościej w świecie odwróć się, odejdź, znajdź drzwi, wyjdź, opuść pomieszczenie przed wybuchem wulgaryzmu Christiana. Czarnooki nie zna czegoś takiego jak ograniczenie, a co dopiero w przeklinaniu... nie wyobraża sobie dnia bez wulgarnych słów. Nie mów mu by nie przeklinał gdyż zapamięta twoją twarzunie i będzie poprawiał cię na każdym możliwym kroku.
Historia| Historia Christiana... łatwo ją opisać... pieprzenie, pierzenie i pieprzenie no i picie, a nieraz i zabijanie.
No ale na marginesie, ma chorą rodzinę, siostrę, kilka córek (do których oczywiście się nie przyznaje), zna każdy burdel, a właściciele są dla niego jak przyjaciele, zabił kilkaset ludzi, czyli w skrócie nieciekawe życie. Ale cóż... jednak może i ciekawe... sami zdecydujcie.
Serce| Aby życie miało smaczek, raz dziewczynka raz chłopaczek ~ Tiago
Zwierzę| Demon 
Ciekawostki| Uwielbia zielony kolor
Cierpi na bezsenność
Woli zwierzęta od ludzi jednak trzeba kogoś piep*zyć
Nieraz zdarzy mu się coś napić
Inne zdjęcia| x
Kontakt| Katfrin.

Autor| Wszystko, co ważne, jest u Katfrin xd

If someone has to die, I'll choose myself every damn time.

Godność| Sir Dalran Velaryon
Wiek| 32 lata
Ród| Velaryon
Stanowisko| Rycerz
Osobowość| Kiedy był jeszcze dzieckiem, wszyscy zawsze powtarzali mu, że jest wykapanym Velaryonem - do bólu odważnym, niebezpiecznie zadziornym i boleśnie wręcz dumnym. Że wyrośnie z niego wspaniały lord, mimo, że prawdopodobnie nigdy nie odziedziczy tytułu ojca, na drodze do którego uparcie stał mu starszy o trzy lata brat, że będzie wspaniałym, silnym, poważanym mężczyzną, że jego imię powtarzać będzie każda para ust w królestwie, zupełnie jakby był nie synem możnego ubiegającego się po cichu o koronę, a potomkiem samego władcy. A on jedynie patrzył na swoje odbicie w lustrze - na swoje wiecznie splątane blond włosy, duże ciemnobrązowe oczy, brwi ściągnięte w grymasie wyglądającym nieco zabawnie na twarzy ośmiolatka - i nie potrafił myśleć o sobie jako o Velaryonie. Szybko dostrzeżono w nim wrodzoną wręcz powagę; od zawsze był dość małomówny, nie przepadał za typowo dworskimi rozrywkami, nie najlepiej odnajdywał się też w etykiecie. Młodzieńczy brak zdolności zwykłego ugryzienia się w język, kiedy potrzeba, wielokrotnie wpędzał jego starszego brata w tarapaty, ale Dalran był inny - wciąż bezpośredni i szczery niemal do bólu, ale potrafił odpowiednio ważyć i dobierać słowa. Wiedział, kiedy powinien milczeć, kiedy wycofać się z rozmowy, a kiedy twardo i nieustępliwie bronić swych racji, i przekładał tę zdolność na każdą dziedzinę życia - podświadomie wyczuwał moment, w którym najlepiej będzie zrobić taktyczny odwrót. I chyba właśnie to najbardziej pomogło mu, gdy podjął decyzję o rozpoczęciu kariery rycerza. Do dziś znany jest ze swego opanowania, zdecydowania i umiejętności taktycznych, zdolności zachowania zimnej krwi i chłodnego rozumowania nawet w chwilach najbardziej stresujących. Ale wciąż jest człowiekiem, i, jak każdy człowiek, czasem i on nie potrafi odsunąć na bok emocji, uczuć, pragnień, nadziei, nienawiści. Nie chce działać z prywatnych pobudek, rzadko zresztą zdarza mu się to robić, zdążył wielokrotnie odznaczyć się odwagą i męstwem w ilościach tak wielkich, że można byłoby nimi spokojnie obdzielić trójkę dorosłych mężczyzn. Zabawne więc, że to właśnie dobre serce jest jego największą słabością - pragnienie niesienia pomocy potrzebującym i bronienia słabszym dosłownie przez niego przemawia, choć może niewprawionemu oku ciężko jest przebić się przez skorupę chłodu i wysokich oczekiwań, jakie Dalran stawia tak swoim ludziom, jak i samemu sobie. Chciałby zbawić cały świat, uchronić każde niewinne stworzenie przed niesprawiedliwym losem, nawet jeśli miałoby to oznaczać narażanie samego siebie. Dobro ogółu nigdy nie będzie dla niego ważniejsze od dobra jednostki; a jeśli jest przy tym mężczyzną odrobinę oschłym w obyciu, o surowych manierach, wychowanym przez wojsko, to cóż - nie zawsze można mieć wszystko. Cnota i urok osobisty rzadko idą ze sobą w parze.
Historia| Wbrew wszystkiemu miał szczęśliwe dzieciństwo - na świat przyszedł jak drugi syn Lorda Velaryona, ten młodszy, trochę dziwny chłopiec, z którym właściwie nie do końca wiadomo było co tak naprawdę zrobić. Tytuł po ojcu miał przejąć jego starszy brat, Dalran więc od zawsze dostawał nieco mniej uwagi i nieco więcej swobody. Był dzieckiem żywym i radosnym, przynajmniej do chwili, gdy wydając na świat trzecie dziecko, córkę, zmarła jego ukochana matka; chłopiec darzył rodzicielkę uczuciem nadzwyczaj silnym, był do niej wyjątkowo przywiązany, niec więc dziwnego, że ciężko zniósł jej odejście. Spoważniał, zupełnie jakby postawił sobie jako cel dorosnąć szybciej, niż powinien, szybciej, niż się od niego wymagało. Z domu wyniósł się mając ledwie piętnaście lat, zaczynając szkolenie rycerskie u boku jednego z mężczych westeriańskich wojowników. Zdążył za dziecka liznąć edukacji, ale chyba tylko niewielki skrawek wiedzy, głównie historycznej, na dobre utkwił mu w głowie - reszta wypłukana została przez porywisty strumień treningów i walk na miecze, jakie szybko i nader dokładnie wypełniły jego życie. Stoczył kilka znaczących bitew, uzyskał tytuł kapitański, otrzymał włości w stolicy i oddział, za który jest odpowiedzialny, naukę zostawia więc maestrom i medykom - on się do tego nie nadaje, nie ważne, jak bardzo nie chciałby dniem i nocą zgłębiać wiedzy zawartej w królewskiej bibliotece, w marne parę miesięcy starając się nadrobić wszystkie te lata, które mógł poświęcić kształceniu się. Bądź co bądź jest przecież tylko prostym rycerzem.
Serce| Kawaler; w młodości zaręczony z jedną z córek lorda Watersa, dziewczyna zmarła jednak na suchoty jeszcze zanim zdążyli się poznać
Zwierzę| Irys i Mustafa, wierne ogary uwielbiające wybierać się ze swym panem na polowania kiedy ten jest akurat w domu.
Ciekawostki|

  • Jest zdecydowanie bardziej podobny do świętej pamięci matki niż ojca - ma jej oczy i włosy, i zdaje się, że dobre serce także odziedziczył właśnie po niej.
  • Wiecznie wyprostowany jak struna, zupełnie jakby odbywał musztrę lub miał za chwilę zasalutować. Żołnierskie przyzwyczajenie, z którego często otwarcie naśmiewa się jego starszy brat, twierdząc, że Dalran nawet kiedy się garbi to i tak jest prosty jakby mu ktoś w dupę kij wsadził.
  • Może pochwalić się paroma bliznami wyniesionymi z walk - najbardziej zauważalne z nich zdobią prawe udo, lewy bok i miejsce dokładnie między łopatkami mężczyzny.
  • Otwarcie gardzi typowym dla szlachty i wielu wojskowych zwyczajem upijania się w sztok za każdym razem, gdy w zasięgu wzroku pojawi się wino. Nie oznacza to oczywiście, że sam unika alkoholu, ale pije z umiarem i głową, a i swych podwładnych ostro strofuje w tym temacie.
  • Mimo wszystko o jego stanie cywilnym cały czas decyduje pan ojciec - jeśli Lord Velaryon postanowi, że Dalran ma się ożenić, to Dalran się ożeni. Niespieszno mu z kolei do posiadania dzieci; prawdopodobnie śmierć matki w połogu sprawiłaby, że przez cały czas trząsłby się ze strachu o życie żony i dziecka.
  • Nie ma w zwyczaju sprzeciwiać się ani swym przełożonym w wojsku, ani przerastającym go rangą możnym, szczególnie jeśli jest to jego ojciec. Nie oznacza to co prawda, że pozwoli wejść sobie na głowę - jest człowiekiem nader honorowym i żaden fałszywy zarzut czy obelga skierowana w jego stronę nie zostanie puszczona płazem. Zwyczajnie wie po prostu, kiedy lepiej zgiąć kark i milczeć - i ogromny niesmak budzą u niego ludzie, którzy rzucają się w podobnych sytuacjach w samobójczej próbie pokonania przeciwnika znacznie silniejszego, fizycznie bądź politycznie, nieważne. Dalran uparcie twierdzi bowiem, że w każdej sytuacji nalezy brać siły na zamiary i nie narażać się bez powodu, tylko i wyłącznie dla głupiej dumy. Nie tyczy się to oczywiście w jego mniemaniu żadnej sytuacji związanej z obroną kogokolwiek poza samym sobą.
  • Ze względu na swoją nadmierną czasem waleczność i chęć zbawienia świata stał się przedmiotem rodzinnego zakładu, urządzonego przez jego brata - kto i kiedy przyprawi "małemu Dalranowi" pierwszą szramę na twarzy. I choć sam nie przepada za hazardem, to tym razem zwyczajnie nie mógł się oprzeć; postawił całą sakiewkę złota, że będzie piękny i gładziutki jeszcze przez co najmniej dwa lata.

Inne zdjęcia| x x x
Kontakt| frania099 / frania099@gmail.com

Autor| Franz - rzeczownik oznaczający stworzenie z natury dość niemiłe i niezręczne w kontaktach międzyludzkich, nielubiące znacznej większości emotek i młodzieżowych skrótów. Pisze przeważnie w trzeciej osobie czasu przeszłego, przyjmie wątki męsko-żeńskie na równi z męsko-męskimi. Nienawidzi pisać jako pierwsze i dostawać postów zawierających tradycyjne wpadanie na siebie na ulicy.


Kaaaaarl, that kills people!, czyli jak zwykle piękny Karl-Heinz Urban na zdjęciu.

Suką się urodziłaś, księżniczką nie umrzesz.

Godność| Katfrin Salvadore, nazywana jest Setną (jej przezwisko jest znane pod postacią morderczyni, swoim pracodawcom podaje swój pseudonim, rzadko posługuje się imieniem).
Wiek| 19 lat
Ród| Salvadore. Motto: Morderca pozostaje mordercą.
Specjalizuje się on mordowaniem, najczęściej to z rodu Salvadore wynajmuje się mordercę, by kogoś zabili. Nie zostawiają po sobie żadnych śladów i szybko wykonują zlecenia, jednak zależy to też od ceny. Bezwzględni i bezlitośni, sprzymierzają się z prawie wszystkimi rodami, jednak jedna awantura z nimi może wywołać wojnę. Mimo, iż ród nie jest wielki, jednak są silni, zabijają w torturach, bezwzględnie, mają także oddanych rycerzy. No cóż, u nich zdrada jest traktowana jak zejście do piekła, człowiek, który zdradzi ród Salvadore często poddawany jest wielkim torturom. W ich herbie znajduje się feniks, gdyż ród kiedyś został zniszczony, jednak ponownie zaistniał i stał się silniejszy niż wcześniej.
Co ciekawe, każdy w rodzie posada tygrysa, jeśli zwierze umrze i członek rodziny przez dwa miesiące nie dostanie od kogoś z rodu tygrysa, członek jest zabijany. Tygrysy w tym rodzie są traktowane bardzo poważnie.
Stanowisko| Często wymyka się z domu i zarabia jako morderca.
Osobowość| Miła, kochana osoba nie mogąca skrzywdzić muchy… no tak, muchy nie skrzywdzi, bo nawet jej nie dotknie. Za bardzo się brzydzi… ble! Ale czy na pewno jest miła i kochana? Tsa… wręcz przeciwnie, nie wyobraża sobie życia bez sarkazmu i zabijania innych. Kocha wnerwiać, a wręcz wkurwiać innych i śmiać się z nich. Nie lubi być poważna, choć nie chodzi tu o śmianie się… w ogóle po co marnować urodę? Zmarszczki…? To nie dla niej, woli być bezlitosną suką z piękną mordą niż wesołą księżniczką z brokatem na mordzie zasłaniającą zmarszczki! Zawsze przerywa czyjeś wypowiedzi łapiąc za błędy, przyczepi się do wszystkiego i każdego, choć sama uważa, że ona jest idealna… uważa? Ona to wie, jest idealną bezlitosną suką, nazwij ją tak, a ona będzie szczęśliwa, choć nie da po sobie o tym poznać… zmarszczki?!
No cóż, Katfrin nie należy też do kłamców… chyba, że wyjdzie jej to na dobre. Zwykle jest szczera, ale jeśli poprzez kłamstwo można coś osiągnąć… to czemu nie wykorzystać swojej wspaniałej gry aktorskiej? Nie interesuje ją, czy ktoś przez to będzie cierpieć, przecież ważne, by jej było dobrze! Nie interesuje ją życie innych, ich szczęście to ich uczucie, nie jej! Nie ma zamiaru cieszyć się tylko dlatego, bo komuś zdarzyła się miła rzecz… to bez sensu!
Katfrin to mroczna osoba, wyobraża sobie świat inaczej niż każdy inny… nie jest taki piękny jak teraz… jeśli uważasz, że dzisiejszy świat jest do dupy czy brutalny to nie chcesz poznać marzeń tej dziewczyny… nie… w ogóle nie poznawaj tej osoby. Zniszczy cię, Katfrin uwielbia łamać psychikę ludzi i mówić co mają robić. Torturuje ich, a potem są jej cieniami, dlatego wiele wie od ludzi, których złamała, teraz są jej sługami i dobrze jej z tym. Żyje swoimi zasadami i nieważne, czy zagraża to jej życiu. Zrobi to, co musi. Za swoją rodzinę (a raczej jej część, bo tylko brata, Demona i Mortena) mogłaby zginąć, oddać wszystko, być poniżana i torturowana, jednak nigdy nie uklęknie. Przed nikim się nie pokłoni, nigdy. Nie ma szacunku dla innych, nie będzie im podlegać, nie ukłoni się, nie będzie sługą. To ona łamie ludzi, to ona nimi potem rządzi, to ona zabija, to ona torturuje. Ona nie pokłoni się nawet jeśli wpływać będzie to na jej życie, jeśli będziesz chciał ją zabić za to, że tego nie zrobiła, ona splunie ci na twarz i powie, że się nudzi. Będzie miała odwagę spojrzeć w twoje uczy i zaśmiać się, rzec, że nigdy się tak nie uśmiała, że już nigdy się nie uśmiechnie i ostatnie, co zobaczy, to twoją mordę. Więc każąc Katfrin się pokłonić nie licz na wiele, jedynie na wyśmianie, poniżanie, plucie na ciebie oraz sarkazm.
Dziewczyna jest bardzo uparta co do swoich planów, więc nieważne czy będą one prawie nie do zrobienia, trzeba wykonać to do końca. Nie lubi, gdy ktoś jej pomaga i mówi co ma robić, twoja pomoc będzie bezskuteczna… czemu? Chcesz pomóc tej wrednej zimnej osobie? Nie wtrącaj się do tego, co robi… tylko tyle wymagaj jeśli chcesz jednak zrobić coś innego Katfrin tego po prostu nie zauważy, będzie ignorowała twoją pomoc i ciebie. Więc nie licz na podziękowania czy przytulanie… Kat nie lubi się przytulać, nie lubi gdy ktoś ją dotyka, przypomina jej to dzieciństwo, jak jej rodzina ją biła i molestowała. Kat prawie się wtedy złamała, prawię się pokłoniła i powiedziała by robili co chcą. Jednak w tym czasie pojawił się Sylvain który uratował ją przed błędem życia.
Jest to cierpliwa osoba… nie wierzę pierwsza dobra cecha! Ale czy w dobrych zamiarach…? No właśnie nie. Katfrin może czekać miesiącami na dobry moment zabicia, torturowania i wyciągania informacji. Uwielbia łamać ludzi, do nich trzeba mieć cierpliwość, odwagę, narzędzia i silną wolę, dziewczyna ma wszystko co potrzebne więc czemu się nie zabawić? Niestety w tej zabawię szczęśliwa jest tylko dziewczyna. Możesz uznać ją za psychicznie chorą i prawdopodobnie masz rację.
Choć pod warstwami żądzy zabijania, wredoty, bezlitości oraz zła jest to dziewczynka która miała złe dzieciństwo, złe życie, to rodzina zrobiła ją taką jaką jest. To rodzinę powinni obwiniać, i choć Katfrin w to nie wierzy i chce zapomnieć wiedziała, że wtedy, gdy ją dotykalni i bili złamała się, wtedy była małą dziewczynką chcącą być kochaną i szanowaną. Ale zmienili ją, zmienili na potwora. Maszynę do zabijania, do torturowania i żądną zemsty dziewczynę . Każdy myśli, że dla niej nie ma już ratunku… może to prawda. Może już nigdy nie zrobi czegoś dobrego, ale chce zaznać prawdziwego szczęścia, nie chodzi jej tylko o miłość. Pragnie być spokojną osobą nie martwiącą się o to kto i jak może chcieć ją zabić. Chce być normalną osobą… jednak czy potrafiłaby się zmienić? Raczej nie… dlatego nie wierzy w to co wierzą inni. Kiedyś obiecała sobie, że stanie się jak diabeł, już dziś może przyznać, że dokonała tego zadania. Już dziś może umrzeć…
Choć zawsze pragnęła spełniać swoje marzenia, realizuje je do dziś, do dziś chce być szczęśliwa jednak nie widać tego po niej na pierwszy rzut oka… może nawet nie i po setnym ale jednak, ma marzenia, ma cele. Nie ma jednego… szczęścia.
Historia| Katfrin nigdy nie opowie Ci przez co ona przeszła i dalej przechodzi. Jej brat (który dziś aktualnie już nie żyje) był w stosunku do niej bezlitosny. Uwielbiał znęcać się nad siostrą, zresztą ojciec także. Matka była bita, a jej młodsza siostra do dziś boi się spać w swoim łóżku i płacze, Katfrin i Hafetesona często śpią z siostrą by się nie bała. Starszy brat nie interesuje się co dzieje się w rodzinie wystarczy, że będzie miał kogo pieprzyć. Katfrin do dziś, mimo iż umie walczyć i bronić siebie, boi się, że pewnej nocy przyjdzie do niej ojciec, dlatego często wymyka się i zabija wyładowując swoje emocje, najczęściej złość. Octavia (jej siostra) kiedyś poprosiła ją by nauczyła ją walczyć, dlatego Katfrin od roku już uczy siostrę, jednak to nie jest takie łatwe. Muszą się wymykać, ojciec uważa iż uczyć walczyć powinna się tylko osoba, która na to zasługuje. Swoją córkę uważa za nie godną rodu Salvadore, nieraz chciał ją zabić, jednak jak już wspomniałam, któraś z siostry jest zawsze przy niej. Katfrin do dziś nie ma łatwo, dlatego ma taki charakter jaki ma.
Serce| Heteroseksualna, jednak nie wie, czy kiedykolwiek się zakocha.
Zwierzę| Vajo
Ciekawostki| 
* Umie czytać i uwielbia to robić.
* Od dwóch lat nie widziała swojej matki (siedzi cały czas w komnacie i nie wychodzi).
* Uwielbia jeździć konno.
* Kocha zwierzęta bardziej od ludzi.
* Nie lubi mięsa.
* Kiedyś spróbowała krwi.
* Jej najczęstszą bronią jest bat i łuk.
* Jest anorektyczką.
* Jest chora, kaszle krwią i często leci jej krew z nosa.
* Uwielbia ból (często można zobaczyć na jej ciele rany).
* Na dłoniach ma kreski (od cięcia się) po lewej strony ręki są ofiary, które nie zdołała zabić (uciekły, lub przeżyły) na tej stronie ręki pojawiła się tylko jedna kreska, na prawej dłoni są kreski z liczbą osób ile zabiła (dłoń jest całą w kreskach).
Kontakt| Katfrin.

Autor| Nick: Katfrin 
Jestem otwarta na każdą propozycje, o sobie powiem jedno: psychiczna dziewczynka ^^ do widzenia!


Osoba na zdjęciu - Taylor Momsen.
Szablon wykonała prudence. z Panda Graphics.