wtorek, 31 stycznia 2017

Od Tommena C.D. Margaret

Wracałem właśnie z dalekiej wyprawy do rodzinnego domu, wędrując przez sąsiedni gród, gdy mój ogier zatrzymał się, nie chcąc dalej iść. Wiedziałem, iż jego opór wynika z pragnienia, a mądre zwierzę słyszało między drzewami szum wartkiego strumienia. Chcąc nie chcąc, musiałem zrobić więc kolejny na mej trasie przystanek. Zsiadłem z rumaka, prowadząc go do potoku, a gdy usłyszałem szczekanie psa, zaważyłem, że nie jestem tu sam.
Moim oczom ukazała się zabawna scena, ponieważ gdy pies wydał z siebie głośny, szczekliwy dźwięk, najwyraźniej będąca jego właścicielką niewiasta, przestraszona wpadła do wody, zanurzając się w niej do kolan Widziałem, że zgubiła coś pod lodem, więc czując się poniekąd współwinny zaistniałej sytuacji, ruszyłem żwawszym krokiem na pomoc kobiecie.
Jej wierny kompan nie dawał spokoju i swym szczekaniem uprzedzał ją o mojej obecności, którą najwyraźniej zdążyła już zauważyć. Podszedłem więc bliżej, witając się z nią lekkim ukłonem.
- Mogę w czymś pomóc, pani? - zapytałem, od razu rozpoznając po jej szatach, iż musi być córką lorda lub kogoś o dość wysokiej pozycji społecznej.
- Raczej nie ma już w czym - odparła cicho, pokazując mi przemokniętą książkę. - Pożytku z niej już nie będę miała.
Spojrzałem na jej buty i skraj sukni, które były przemoknięte i uśmiechnąłem się lekko.
- Z ubrania także - zauważyłem. - Mokre nie pomaga w utrzymaniu ciepła. Powinna się lady przebrać, zanim przemarznie doszczętnie.
- Skąd wiesz, iż jestem lady? - zapytała wprost.
- Widać to po zachowaniu, sposobi mówienia, szatach - zacząłem wymieniać z uśmiechem i ująłem jej dłoń. - Sir Tommen Firewood, rycerz - przedstawiłem się, muskając ustami wierzch jej drobnej dłoni.

(Margaret?)

Od Arkadiusa C.D. Lyanny

Westchnąłem ciężko, czując wtulające się we mnie, drobne ciało księżniczki. Objąłem ją ramionami, gładząc delikatnie po plecach. Nie spostrzegłem się nawet, kiedy moje usta dotknęły odruchowo jej czoła, składając na nim delikatny pocałunek.
- Niedługo po ciebie wrócę, moja pani - obiecałem. - Bezpiecznie doprowadzę cię do Królewskiej Przystani. Ufasz mi, moja lady? 
- Dobrze wiesz, że tak, sir Arkadiusie - szepnęła cicho.
- W takim razie nie martw się o mnie, tylko nadal mi ufaj - poprosiłem. - Conrad, mój brat, nie da zrobić ci krzywdy. Będzie chronił cię przed każdym wrogiem, razem z mym ojcem i resztą Nocnej Straży. Oczywiście jestem też zdania, że nikt ci tutaj nie zagraża. Ja natomiast wrócę do ciebie najszybciej, jak to tylko możliwe.
Lady Lyanna nie odezwała się, nadal mnie nie puszczając, dopóki nie usłyszeliśmy czyichś kroków. Oboje spojrzeliśmy w tamtym kierunku i zobaczyliśmy Conrada, który najwidoczniej zaniepokoił się, iż księżniczka nie wróciła jeszcze do zamku. Widząc nas, uśmiechnął się lekko, a Lyanna z niechęcią odsunęła się ode mnie, odchodząc na kilka kroków.
- Pilnuj jej, Conradzie - rozkazałem bratu, wsiadając na konia. - To lady Lyanna jest najważniejszą osobą.
Nie dodawałem nawet 'w państwie', ponieważ nie tylko to miałem na myśli. Dla mnie także była najważniejszą osobą. Byłem jej równie oddany jak swojej rodzinie, może nawet odrobinę bardziej. W końcu to jej zaprzysiągłem oddać całe moje życie.
- A ty pilnuj siebie, Kade - ostrzegł. - Chcemy cię z powrotem w jednym kawału. Innego nie przyjmujemy.
Skinąłem z lekkim uśmiechem głową, a gdy brat otoczył księżniczkę ramieniem, prowadząc ją do zamku, ścisnąłem boki konia łydkami, zmuszając go do rozpoczęcia marszu. Jak zawsze przy Murze temperatura dokuczała niemiłosiernie, a zimne wiatry nie były moimi sprzymierzeńcami. W każdym razie uparcie brnąłem dobrze znaną mi drogą w stronę stolicy, wsłuchując się pomiędzy stukotem końskich kopyt i świstem wiatru w otaczającą mnie rzeczywistość, starając się wyłapać między tym dźwięki świadczące o jakimś niebezpieczeństwie. Nic takiego jednak nie słyszałem. Znajomość okolicy pozwoliła mi na mniejsze skupienie się na drodze, za to mogłem błądzić myślami po tym, co spotkało zarówno mnie, jak i rycerzy lady Lyanny. Układałem sobie w głowie to, co miałem zamiar powiedzieć królowi o naszej obecnej sytuacji.

***

- Król zaprasza cię do siebie, sir - powiedział sługa, kłaniając mi się i zanim zdążył otworzyć przede mną drzwi komnaty króla, sam to zrobiłem.
Wchodząc do środka, mój wzrok od razu spoczął na stojącym przy oknie starszym mężczyźnie, wyglądającym przez nie. Usłyszawszy moje kroki, król zwrócił się w moją stronę. Ukłoniłem się nisko.
- Mów wszystko - zażądał król. - Zaczynając od tego, gdzie jest Lyanna. I nalej sobie chociaż wina, na miłość boską.
Podziękowałem, podchodząc do stołu i nalewając sobie do dużego kielicha wina. Dopiero co przybyłem do zamku, nie zdążyłem nawet napić się lub niczego zjeść. Jak najszybciej chciałem zobaczyć się z królem. Zanim zacząłem mówić, opróżniłem puchar, by jakoś załagodzić wysuszone gardło.
- Lady Lyanna przebywa w Czarnym Zamku pod opieką mego ojca, brata, jak również Braci z Nocnej Straży. Obawiam się jednak, iż w naszym obozie, niedaleko siedziby Stoutów, nie pozostał nikt żywy. Pragnę więc o pozwolenie na wyruszenie razem z twą armią, Wasza Miłość, by pomścić poległych, odzyskać ewentualnych zakładników i zmiażdżyć naszych wrogów - powiedziałem twardo.
- Jak sobie to wyobrażasz? - zapytał król. 
- Że wyruszymy dumnie na przeciwników, bijąc przy tym w bębny - przyznałem szczerze. - Oni stosowali zasadzki i uderzali niehonorowo. My zmiażdżymy ich przewagą i otwartością. Proszę cię tylko, królu, byś pokierował na Stoutów armię i pozwolił mi wyruszyć razem z nimi. Gdy już walka się skończy, a niebezpieczeństwo minie, wrócę z naszą bezpieczną już księżniczką do zamku.

(Lyanna?)

Od Havvi

- Havvi! - odruchowo uśmiechnęłam się na ten głos. Odwróciłam się powoli, ze szczególną uwagą dbając o to, by z ciężkiego dzbana, które niosłam, nie wyleciała ani kropelka mleka. Virsallo, widząc mój wysiłek, chwycił naczynie, chcąc je odebrać, ale pokręciłam głową i nie dałam mu go.
- Dam sobie radę. - rzekłam, przystając na chwilę - A poza tym chłopacy nie mają zgrabności ruchów. Jeszcze coś rozlejesz, a to ja za to dostanę.
Virsallo, mimo, że był jednym z tych okrutnych Dothraków, nie miał nic przeciwko moim pyskówkom i próbom bycia samodzielną. Chociaż był aż pięć lat ode mnie starszy, traktował mnie niemalże na równi z sobą... i to on nauczył mnie walki. 
- Komu niesiesz takie rarytasy? - zapytał, ruszając za mną. Nie obdarzyłam go nawet spojrzeniem.
- Nie tobie, możesz sobie pomarzyć. - odparłam, unosząc dumnie głowę. Virsallo zaśmiał się wesoło.
- No to komu, skoro nie mnie? - dopytywał.
- Wielkiemu khalowi. - odpowiedziałam z subtelną ironią w głosie. Nie znosiłam ani khala, ani w ogóle żadnego z Dothraków. No... może oprócz Virsallo i jego rodziny, bo byli naprawdę sympatyczni. Z reguły nikt nie miał większego szacunku do służko-nałożnic, za którą uchodziłam.
- Samemu wielkiemu khalowi? - powtórzył z nie mniejszym wyolbrzymieniem. Cieszyłam się, że on rozumiał moje uprzedzenie do całego tego ich khalasaru.
- Mhm... - odparłam. Właśnie doszliśmy pod jego namiot, więc Virsallo został na zewnątrz, podczas gdy ja przyniosłam khalowi Rakharo mleko klaczy, którego sobie zażyczył. Patrząc mu w jego groźne oczy, postawiłam dzban przed nim.
- Proszę bardzo. - powiedziałam bezbarwnym tonem, po czym wycofałam się powoli. Denerwowało mnie to, że w słowniku Dothraków nie było w ogóle takiego słowa, jak "dziękuję". Utwierdzało mnie to w przekonaniu, że większość z nich to niewdzięczne, leniwe gbury.
- Żyję! - machnęłam rękoma w wyolbrzymionym geście tryumfu, powracając do towarzystwa mego przyjaciela. W końcu, uwolniona od obowiązku wobec khala, zadałam pytanie, które cisnęło mi się na jego usta od samego momentu, kiedy go tego dnia zobaczyłam: - Coś masz włosy krótsze...?
W istocie, kruczoczarne loki Virsallo były teraz o wiele krótsze, gdyż jeszcze poprzedniego dnia sięgały mu za ramiona. Teraz, jak zauważyłam, były niedbale przycięte, zapewne jakimś tępym narzędziem, przy ich końcówkach.
- Um... - ten temat chyba nie należał do najprzyjemniejszych - Przegrałem walkę z tym przyjacielem syna khala... Jak mu tam było? Haggo?
- Ciota. - skomentowałam, marszcząc brwi.
- Co? - zdziwił się, zwalniając kroku.
- Ciesz się, że cię nie pokroił na kawałki. - ciągnęłam, przypominając sobie w głowie obraz tego osiłka, Haggo - Bo, jak mniemam, jest do takich rzeczy jak najbardziej zdolny. Ktoś was widział? Jeśli tak, od dzisiaj się do ciebie nie przyznaję.
- Noo... parę osób. Drogo też. - przyznał.
- Idiota z ciebie. - rzuciłam drugim wyzwiskiem - Było się nie podkładać. Głupi wie, że nie masz z żadnym z nich szans, owieczko. - mówiąc to, potarmosiłam jego loki.
- Daj spokój... - chciał zacząć się tłumaczyć, ale naszą rozmowę przerwał widok idącego z naprzeciwka Drogo - ... o wilku mowa. - dodał Virsallo szeptem.
- Mogę w czymś służyć, Ko? - zapytałam, gdyż uznawałam to za mą powinność. Syn khala zatrzymał się, spojrzawszy to na mnie, to na mego przyjaciela, i najwyraźniej rozpoznając w nim przegrywa roku w walce z jego kumplem - Przynieść coś? Przekazać?

Drogo? :>

If you think this has a happy ending, you haven't been paying attention.

Godność| Havvi
Wiek| 15 lat
Ród| Plemię Dothraków
Stanowisko| Służka
Osobowość| Havvi raczej nie należy do superbohaterek, które uratują świat przed widmem wojny dzięki swym niesamowitym umiejętnościom walki i perswazji. Szczerze mówiąc, nie jest to dziewczyna szczególnie silna, ale ma dużo swych sposobów na przeżycie. Praktycznie nikt tego nie wie, ale dziewczyna ta świetnie włada mieczem - nie zdaje się na siłę mięśni, której jej brakuje, lecz szybkość oraz zwinność, które są jej atutami. Nie ukazuje jednak swych umiejętności, gdyż, jak mawia, jeżeli każdy będzie znał jej mocne strony, wkrótce będzie w stanie je rozgryźć i pokonać; żeby wygrać, trzeba pozostać niezauważonym, gdyż nie ściągasz na siebie uwagi. W kontaktach towarzyskich jest raczej obserwatorką, nie wynika to jednak z nieśmiałości, której, jakby nie patrzeć, nie posiada, lecz nieufności. Nigdy do końca nie będzie na nikim polegać, gdyż siebie uważa za najlepszą znawczynię swych problemów i potrzeb, a i nie chce się na nikim zawieść. Raczej się nie uśmiecha, a tym bardziej nie śmieje - zazwyczaj zachowuje idealny spokój i jest wyciszona. Nie postrzega świata w różowych barwach - należy raczej do wąskiego grona zupełnych pesymistów, którzy nie liczą zbytnio na lepsze jutro. Mimo tak młodego wieku, Havvi jest już umysłowo bardzo dojrzała i zaradna, potrafi poradzić sobie w życiu. Cechuje ją wielka odwaga i upór, gdyż, aby coś osiągnąć, dojdzie do celu nawet po trupach.
Historia| Historia Havvi nie należy do najciekawszych, lecz nie powiewa również nudą. Jej matka nie pochodziła z plemienia Dothraków, lecz była ubogą, wiejską dziewczyną, na której to wioskę napadły - jak to mawiała - "dzikusy", doszczętnie ją łupiąc i niszcząc. Aya, bo tak miała na imię rodzicielka dziewczyny, jakimś cudem uniknęła śmierci z rąk Dothraków i, wbrew swej woli, została nałożnicą. Nie spędziła jednak odległej starości w khalasarze, gdyż, gdy Havvi - jedno z jej niechcianych dzieci - miała dzisięć lat, Aya została zamordowana przez jednego z Dothraków, wciąż nie wiadomo dlaczego i w jakich okolicznościach. Mimo, że Hav wstrząsnęło to wydarzenie, pozbierała się dość szybko, gdyż wiedziała, że tak właśnie wygląda tutejsze życie, a takie wydarzenia są na porządku dziennym. Walki nauczyła się właściwie dzięki jednemu, pięć lat starszemu od niej dothrackiemu chłopcu o imieniu Virsallo, który wkrótce stał się jej przyjacielem i powiernikiem sekretów. 
Serce| Co prawda były plany małżeństwa z Virsallo, lecz póki co pozostały tylko planami. Nie wie, czy byłaby w stanie zaufać komukolwiek tak bardzo, jak jemu.
Zwierzę| Masi
Ciekawostki|
  • Od czasu do czasu bywa także nałożnicą, by jakoś utrzymać się w społeczeństwie.
  • Nie potrafi ani czytać, ani pisać.
  • Swój mały miecz - ten sam, którym uczyła się walczyć - ma zawsze przy sobie.
  • Nie lubi Dothraków, ale wie, że próba ucieczki byłaby naprawdę niebezpiecznym rozwiązaniem.
  • Poniekąd zna mowę powszechną, gdyż jej matka, jako osoba bez dothrackich korzeni, uczyła ją tego języka.
  • Raczej nie udziela nikomu pomocy, jeżeli miałoby to w dużym stopniu grozić jej osobie.
  • Często zastawia w lasach pułapki, by w ten sposób upolować zwierzęta - wiąże się to z jej brakiem umiejętności strzelania z łuku.
  • Uwielbia ogień.
  • Jak przystało na wychowaną wśród Dothraków, wspaniale jeździ konno.
  • Boi się dłuższej samotności.
Inne zdjęcia| x x
Kontakt| micasa 
Autor| Najważniejsze rzeczy w KP Lyanny :3


Na zdjęciu Keisha Castle-Hughes.

Odwaga to nie brak strachu, lecz raczej stwierdzenie, że coś innego jest ważniejsze niż strach.

Godność| Zeldith
Wiek| 20 lat
Ród| Plemię Dothraków
Stanowisko| Uzdrowicielka - zielarka
Osobowość| Zeldith jest małomówną osobą. Unika rozmów. Jeśli już musi wymienić z kimś kilka zdań, w miarę możliwości zmniejsza liczbę wypowiadanych słów do minimum. Jest nad wyraz skryta. Nie wyraża otwarcie swoich uczuć i przekonań. Nie potrafi postawić na swoim, ale i tak woli podpiąć się pod poglądy innych osób. Jest oddana swojej pracy. Trudno nawiązać z nią kontakt. Na początku znajomości jest trochę sztywna, ale później można dostrzec w niej naprawdę miłą osobę. Jest typem osoby nie mogącej długo usiedzieć w miejscu, toteż większość wolnego czasu spędza jeżdżąc na Shadowfax po lesie. Oddałaby wszystko dla dobra swojej rodziny.
Historia| Urodziła się w plemieniu Dothraków. Jej ojcem był Barreak, który był Jaqqa Rhanem. Matka zaś, Asteginah, była uzdrowicielką. Zafascynowana córka przyglądała się jej pracy długi czas. Widząc, że Zeldith interesuje się zielarstwem, matka postanowiła przekazać jej swoją wiedzę. Rozentuzjazmowana dziewczyna szybko się uczyła. Kiedy tylko mogła podjęła się zajęcia swej matki.
Serce| wolna (heteroseksualna)
Zwierzę| Wierna klacz Shadowfax.
Ciekawostki|
- Potrafi czytać i pisać.
- Zna mowę ogólną, aczkolwiek posługiwanie się nią przychodzi jej z trudem.
- Otrzymała Shadowfax w osiemnastą rocznicę jej urodzin.
Kontakt| julka20502
Autor| Wszystko pod Lydią.


Na zdjęciu Roxanne McKee.

Od Lyanny C.D. Arkadiusa

- Sir... - zaczęłam cicho, podnosząc wzrok, jednak, spostrzegłszy jego gniewne i pełne uporu spojrzenie, zaniechałam mówienia. Odwróciłam twarz, błagając w duszy lorda Dowódcę, by jakoś zaoponował, sprzeciwił się, cokolwiek, byleby tylko sir Arkadius był bezpieczny. Nic takiego jednak się nie stało, gdyż każdy zdał sobie sprawę, że przemawianie do niego byłoby tylko syzyfową pracą. Moim zdaniem wciąż był za słaby, a i niezwykle lękałam się o jego życie, dlatego tak bardzo nie chciałam, by wyruszał tam sam; jak dla mnie było to istne szaleństwo. Patrząc na to wszystko z boku, myślałam sobie, że sir Firewood był tak naprawdę jedyną osobą, przy której czułam się bezpiecznie. Nie mogłam znieść myśli, że akurat w tej sprawie nie mam praktycznie głosu. Gdy mężczyzna zobaczył, że nikt nie ma już wyraźnej chęci dyskutowania z nim, odszedł od nas i opuścił pomieszczenie.
- Nic nie da się zrobić? Przekonać go? - zapytałam z nadzieją, patrząc kolejno po wszystkich twarzach. Lord Dowódca pokręcił tylko głową, zrezygnowany.
- Wątpię, lady Weaver. - rzekł - Jak się uparł, to tak nic go nie powstrzyma.

***

- Musisz jechać, sir? - zapytałam, rozpaczliwie próbując jeszcze odmienić jego decyzję. To był ostatni moment, żeby go przekonać, gdyż już szedł po konia i miecz. Podążałam za nim jak jakiś cień, nie odrywając od niego wzroku.
- Muszę, moja lady. - odparł szybko, nawet nie spowalniając. W tym momencie uświadomiłam sobie że smutkiem, że chyba jednak go nie przekonam. Spowolniłam kroku.
- Ale nie daj już sobie nic zrobić, proszę. - rzekłam, zrezygnowana - Naprawdę, naprawdę boję się o ciebie, sir. Dopiero co wyratowaliśmy cię spod miecza Stoutów, a ty, nawet do końca nie wyzdrowiawszy, już ładujesz się w niebezpieczeństwo kolejny raz.
- Taki jest mój obowiązek, pani. - odparł , wreszcie zwracając się w moją stronę - Bronić królestwa i pomagać mu że wszystkich sił. Nie mogę siedzieć bezczynnie, kiedy wszyscy inni coś robią.
Westchnęłam, lecz niemalże niewidoczne, starając się zachować kamienną, niewzruszoną twarz. Gwardzista wprowadził już wierzchowca ze stajni i wyszedł przed bramę. Otuliłam się mocniej futrem, gdyż tu było o wiele mroźniej, niż wewnątrz. Gdy sir Firewood już chciał wsiąść na konia, złapałam go za ramię, powstrzymując go chwilowo od tego zamiaru.
- Sir - szepnęłam, patrząc mu w oczy z powagą - Niechaj bogowie mają cię w opiece. - po chwili wahania wtuliłam się w niego, jakbym miała go już nigdy nie zobaczyć. Nie wiem, dlaczego, ale zawsze zakładam najczarniejsze wersje zdarzeń.

Arkadius?
Matulu, przepraszam za okropność tego opowiadania, w szkole/po szkole mam tak bardzo obniżony nastrój T_T

Od Drogo C.D. Tiriany

Spojrzałem na swojego kompana.
- Co ona gada? - Warknął. Nie znał zupełnie języka powszechnego.
- Mówi, że nie chce walczyć i mamy odejść. - Przetłumaczyłem. Haggo wybuchł śmiechem. Oczywiście zrobiłem to samo. Jedyną osobą, która może mi mówić co mam robić będzie khal. Spojrzałem na nieznajomą z wrogością w oczach.
- Walka? Proszę bardzo. - Rozłożyłem ramiona. - To Ty pierwsza dobyłaś łuku i w nas celowałaś. Ostrzegałem Cię, nie chciałaś słuchać.
- Nie chcę walczyć. Zostawcie mnie w spokoju.
Zmierzyłem ją wzrokiem. Podjechałem bliżej, a dziewczyna machnęła mi mieczem przed twarzą.
- W takim razie odjedź. Chyba że się boisz. - Nie byłem skłonny do żartów. Powoli zaczęła już mnie denerwować. Chyba ludzie naprawdę zapominają o rozsądku.
- Ród Darry się nie boi. - Warknęła.
- Darry czy nawet Weaver nie zaczepiają dothraków. Jak myślisz czemu?
- Sam znasz odpowiedź na swoje pytanie.
- Tak więc Ty jedna nam nic nie zrobisz. Odłóż broń albo inaczej się to skończy.
Nastała chwila ciszy, a nieznajoma schowała swoją broń.
- Zostawcie mnie w spokoju. - Mruknęła.
- A czy my Cię trzymamy? Cały czas Ci powtarzałem, że możesz odjechać, ale Ty wolałaś dyskutować. Mogłaś odjechać jak nas słyszałaś, ale wolałaś czekać.


Tiriana? Wybacz ale nie mam pomysłów :c

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Od Margaret

Ten poranek można było zaliczyć do tych, kiedy to nie chciało się wstawać z łóżka pomimo wpadających przez okno, zachęcających jednak do pobudki, promieni słońca. Służki wpadły jak zwykle do pokoju, a ja jak zwykle odprawiłam je z kwitkiem. One zaś jak na złość za każdym razem wracały. Nie wiem jakim cudem mam jeszcze do nich cierpliwość. Staram się jak mogę, żeby się jak najbardziej usamodzielnić. No ale cóż, takie są przywileje jedynej córki. Po ubraniu się i zjedzeniu śniadania, postanowiłam udać się na mały spacer. Celem tego było przewietrzenie się i wyprowadzenie Kovu, który dużą część dnia spędza w jednej z kilku niewielkich posiadłości rodu Smoak'ów. Pogoda za oknem dopisywała. Ubrałam więc coś ciepłego i zabierając ze sobą jakąś książkę, ruszyłam leśną dróżką. Podczas kiedy mój czworonożny przyjaciel gdzieś biegał, ja spokojnie szłam, nie za bardzo zwracają uwagę na otoczenie. Pogrążona byłam w głębokiej lekturze. Zaszłam tak nad strumień niedaleko drogi. Nie chciałam się zgubić. Przysiadłam na pniu, chwilę wpatrując się w cienką, lodową taflę. Gdy tylko Kovu postawił tam łapę, natychmiast zanurzyła się w wodzie. Po przeczytaniu kilku stron, podeszłam do brzegu i kucnęłam. Panowała kompletna cisza. Powoli zbliżyłam rękę do miejsca, gdzie nie było lodu. Dotknęłam tej chłodnej wody, a po moim ciele momentalnie przeszedł dreszcz. Przymknęłam na chwilę oczy, biorąc głęboki oddech. Z tej chwilowej zadumy wyrwało mnie nagłe szczekanie psa. Zaskoczona wpadłam w lód. Na szczęście, strumień nie był głęboki. Sięgał powyżej kostek, ale poniżej kolan. Momentalnie zrobiło mi się zimno. Dopiero po chwili zwróciłam uwagę na jakiegoś mężczyznę przy drodze, który zapewne był powodem, dlaczego Kovu szczekał. Jednak jakby mi to nie przeszkadzało. Nawet moje mokre ubranie. Najbardziej ubolewałam nad stratą książki. 
- Ehh, no cóż. Z tej książki już raczej nic nie przeczytam...- westchnęłam, wstając i podnosząc do góry kompletnie zamokniętą książkę, która raczej do niczego się już nie nada. 

<Tommen?>

Od Barristana C.D. Ariany

Oparłem się o ścianę jaskini, przymykając oczy. Jakkolwiek się nie starać, dziewczyna nie jest łatwa do zdobycia. Albo wezmę się w garść, albo utknę we friendzone, tym bardziej, że byłoby czego żałować. Starkówna była jedną z najładniejszych dziewcząt, jakie spotkałem. No i jedyną osobą, dla której kiedykolwiek zaryzykowałem życie. Przez nią mam na karku jej prześladowców, a i początkowo miałem do niej żal o to, że nie zwiała od zbójów, tylko oddała im się w niewolę. Ale czy można tak długo się gniewać, jeżeli już wszystko jest dobrze?
Nie wiem, gdzie dziewczyna polazła i, szczerze mówiąc, nie miałem większego zamiaru jej szukać. Jedynym, czego w tej chwili pragnąłem, był długi spacer na świeżym powietrzu - i ewentualnie jakieś drobne polowanie. Co prawda, gdy jest ciemno jak w tyłku, o wiele ciężej o udane łowy, ale odparłem tę pesymistyczną myśl i ruszyłem przed siebie. Nigdy nie trawiłem tych wszystkich łuków, kusz i innych (a wręcz gardziłem nimi, bo co to za walka z daleka!), dlatego też zawsze miałem przy sobie mój miecz, w sumie to nawet trzymałem go w ręku, gdy spałem - tak na wszelki wypadek. Przemierzałem więc bezszelestnie las, czając się na cokolwiek, co nadawałoby się do zjedzenia. Co prawda kiszki mi już marsza grały, a polowanie za pomocą miecza nie należało do najłatwiejszych, ale są różne sposoby. Skoro akurat nie mam przy sobie pułapek, trzeba ogarnąć sposób na kolację za pomocą valyriańskiego ostrza.
Byłem dość zadowolony faktem, że już nastał względny spokój. Zgubiliśmy zbójów, zgubiliśmy poszukiwaczy panny Stark, więc póki co byłem w miarę spokojny o swój tyłek. No... prawie. Nim zdążyłem o tym pomyśleć, usłyszałem za sobą trzask łamanych gałązek i czyjś charczący, znajomy głos:
- Stój!
Wstrzymałem oddech, dość zaskoczony. Odwróciłem się powoli i zobaczyłem, a jakże, prześladowców mej towarzyszki, celujących do mnie z kuszy.
- Połóż broń na ziemi! - zakomenderował jeden z nich, a ja posłusznie wykonałem jego rozkaz. Uniosłem ręce w geście poddania, mierząc ich wzrokiem. Sprzeciwiłbym się, to skończyłbym z bełtem w piersi, a to nie jest śmierć godna mej osoby.
Jeden ze zbrojnych podszedł do mnie żwawym krokiem i, chwyciwszy za włosy, zmusił do uklęknięcia na usłanej szyszkami ziemi. To również wykonałem, nie wydając żadnego odgłosu sprzeciwu ani jęku bólu. Wciąż nie byłem dość pewien, na jakim gruncie stoję.
- Gdzie jest Ariana Stark? - zapytał ten trzeci, próbując złapać mój głos. Drugi, ten, który trzymał mnie za włosy, szarpnął głową do tyłu, by zmusić mnie do kontaktu wzrokowego z pytającym - To ty z nią trzymałeś, hę? Pomagając jej, zwróciłeś się przeciwko lordowi Winterfell, młodzieniaszku.
Nie uzyskując żadnego odzewu z mej strony, ponowił pytanie, zachowując jeszcze stoicki spokój.
- Gdzie jest Ariana Stark?
- Ja... - zacząłem, namyślając się - Nie wiem. Zgubiłem ją. Odwiozłem pod jedną z wiosek i tyle się widzieliśmy.
- Łżesz! - warknął, policzkując mnie. Poczułem piekący ślad jego ręki na mej twarzy - Gdzie ona jest?
- Nie wiem! - utrzymywałem z uporem - Nie widziałem jej od dwóch dni!
Czwarty, do tej pory bezczynny, podszedł do mnie i złapał moją rękę. Koleś od kuszy zaś opuścił ją, widząc, że mają opanowaną sytuację, i wyjął skądś obcęgi.
- Uch, widzę, że jesteście odpowiednio przygotowani. - zmusiłem się do suchego żartu, próbując jakkolwiek wywinąć się od tego, co miało nastąpić. Wojacy raczej nie podzielali mego poczucia humoru, gdyż przez ich twarze nie przebiegł nawet cień uśmiechu. Jeden z nich skinął głową, na co gość od obcęgów podążył w moją stronę.
- Hejejej, panowie! - jęknąłem, próbując ukryć panikę w głosie - Dopiero teraz się w ogóle dowiedziałem, że ona ma jakieś imię! Nie mam pojęcia, gdzie ona je--
Całą okolicę przeszył mój przeraźliwy krzyk, gdy mężczyzna wyrwał mi paznokieć. Chciałem zrobić cokolwiek, choćby skulić się, wyrwać rękę spod ich uścisku, ale nie!, oni trzymali mnie mocno, nic sobie nie robiąc z mych desperackich błagań o litość. Wkrótce ponowili poprzedni czyn, zabierając się za kolejnego palca. Znowu wrzasnąłem z bólu, ale nikt mnie nie słyszał, tylko oni. Nie było szansy na ratunek. Już mieli kontynuować swą robotę, gdy im przerwałem.
- Czekajcie! - wykrztusiłem, sam nie wierząc, do czego się zniżam - Powiem wszystko... Tylko mnie... Zostawcie... - sapnąłem, próbując złapać oddech. Gdy już się trochę uregulował, podniosłem słabo głowę i spojrzałem w oczy mym prześladowcom - W jaskini... Niedaleko. Poprowadzę was...
Wymienili porozumiewawcze, tryumfalne spojrzenia, po czym pomogli mi wstać. Uwiązali mnie liną jak jakiegoś więźnia, po czym kazali prowadzić do miejsca pobytu Ariany. Zaprowadziłem ich posłusznie, do granic możliwości zrezygnowany, aż do naszej jaskini. Dziewczyna siedziała spokojnie w jej wnętrzu, zapewne wcześniej się wykąpawszy w jakimś strumieniu, gdyż jej twarz nie była już pokryta warstwą ziemi i kurzu. Na widok osób ją ścigających wyraźnie się zmieszała. Tym bardziej, że widziała mnie pośród nich.
- No, no, młoda lady Stark! - zarechotał jeden z nich, podchodząc do niej, by wreszcie ją pojmać. Byli zadowoleni ze swego zwycięstwa. Zbyt zadowoleni.
- Podziękuj swemu przyjacielowi za wydanie ciebie. - dodał drugi, popychając mnie do przodu. Podniosłem wzrok, chcąc złapać spojrzenie Ariany, jednak gdy to się stało, od razu schyliłem głowę. Czułem się fatalnie, nienawidziłem siebie za to okazanie słabości i zdradzenie mej towarzyszki.

Ariana?
Tragizm jest? Jest! Wybacz, że odrobincię brutalne chwilowo XDD

Od Arkadiusa C.D. Lyanny

Westchnąłem, podchodząc do księżniczki i wyjmując z jej ręki łuk, który odłożyłem na bok. Wiedziałem, że rycerze na pewno ponieśli śmierć w starciu z wrogiem, a ja tak po prostu ich opuściłem. Nie miałem jednak wyjścia; towarzyszyć lady Lyannie musiał jakiś obrońca, chociaż mój stan nie był obiecujący. Miałem jednak świadomość, iż nawet w moim stanie miałem większe szanse na obronienie jej niż Lyanna w sprzyjających warunkach. Była księżniczką, nie rycerzem. Nie potrafiła także władać mieczem.
- Nie zrobiłaś żadnego zamieszania, moja pani - wyszeptałem. - Jesteś teraz najważniejszą osobą w państwie, a źli ludzie pragną śmierci twojej i twego ojca. Nie pozwolę im jednak cię skrzywdzić, tak długo, jak jestem przy tobie - przyrzekłem. - Mój starszy brat, jeden z bliźniąt, jest Strażnikiem na Murze. Pomoże nam.
- Dasz radę jechać, sir? - zapytała z troską.
Skinąłem tylko głową, podnosząc łuk i mocując go do konia, by w razie czego mieć przy sobie jakąś broń. Mój miecz został w pałacu Stoutów, gdy mnie torturowano, a podczas mojej ucieczki, nie dane mi było go zabrać. Chciałem pomóc księżniczce wsiąść na konia, jednak ta widząc, jak sam nieporadnie radzę sobie ze wszystkim, tylko pokręciła głową, odtrącając moją pomoc. Sam także nieporadnie wsiadłem na konia i ruszyliśmy dalej, w stronę Czarnego Zamku mieszczącego się przy Murze. Droga zajęła nam dłużej niż zazwyczaj, ponieważ starałem się unikać uczęszczanych dróg, by na nikogo się nie natknąć. Całe szczęście, że znałem tą okolicę, inaczej musielibyśmy pokonać całą drogę na widoku, narażeni na czujne spojrzenia ludzi, którzy mogliby przecież okazać się naszymi wrogami.
Przed zmrokiem dotarliśmy do celu naszej podróży. Gdy tylko pojawiliśmy się w polu widzenia strażników zamku, usłyszałem dźwięki trąby obwieszczające zbliżanie się przybysza, a przed bramę wyszedł jeden ze Strażników.
- Kim jesteście? - zapytał nieprzyjaźnie, najwidoczniej nie mając ochoty gościć nikogo.
- Jestem Arkadius Firewood, rycerz Gwardii Królewskiej, brat Conrada Firewooda - przedstawiłem się, zsiadając niezdarnie z konia. Nie miałem pojęcia, czy rozważnym posunięciem będzie także przedstawianie Lyanny jako księżniczki. Na razie zamierzałem się z tym wstrzymać aż do rozmowy z bratem. - Wraz z mą towarzyszką, potrzebujemy schronienia - wyjaśniłem. - Gotów jestem powołać się na autorytet króla, który na pewno poparłby mą prośbę o udzielenie nam pomocy.
- Gwardzista bez zbroi, bez miecza? - zakpił Strażnik. - Jakże mam ci uwierzyć?
- Zasady ludzkiej moralności nakazują pomóc każdemu potrzebującemu, szczególnie czynić powinni to prawi mężowie - odpowiedziałem zdenerwowany, z przyganą w głosie. - Jeśli mi nie wierzysz co do tego, kim jestem, mój brat może zaświadczyć o mojej prawdomówności. Zostaliśmy zaatakowani. Potrzebujemy schronienia i jadła. Idź, zapytaj swych dowódców o zgodę. Nierozważnym byłoby nie udzielić nam wsparcia. Mógłbyś ponieść za to okropną karę.
Mężczyzna zmierzył mnie nienawistnym wzrokiem, ale usłuchał, znikając za bramą. W tym czasie ja podszedłem do siedzącej na koniu księżniczki, radząc jej, by ubrała kaptur na głowę i zakryła włosy.
- Przepraszam, lady, iż nie przedstawiłem cię w pierwszej kolejności, ale informacje o ty kim jesteś, powinny trafić tylko do zaufanych o godnych tego ludzi - wyszeptałem. - Jak wiesz, na Mur w większości nie trafiają prawi ludzie. O twojej pozycji powiemy tylko lordowi Dowódcy i memu bratu, który okaże nam niezbędną pomoc - wyszeptałem.
Gdy brama znów się otworzyła, zobaczyłem w niej lorda dowódcy, maestra, a także podążającego za nimi Conrada. Brat przyjrzał mi się krytycznie, ale także z widoczną ulgą. Na pewno słyszał o mym zaginięciu.
- Lordzie. Maestrze - skinąłem im na powitanie głową. - Bracie.
- Co się stało, Arkadiusie? - zapytał ten ostatni.
- Stoutowie - wyjaśniłem krótko. - Przyjaciele Velaryonów, wrogów Korony. Najpierw przetrzymywali mnie i torturowali, następnie zaatakowali cały nasz obóz - wyjaśniłem.
- Brama to nie miejsce, by rozmawiać o tak ważnych sprawach - rzekł lord Dowódca, przyglądając się badawczo Lyannie i kiwając jej w geście szacunku głową. - Wejdźcie.
Dowódca, razem z Maestrem ruszyli przodem, Conrad zaś złapał za wodze konia księżniczki, kłaniając się jej lekko.
- Witaj, pani - szepnął, przenosząc wzrok na mnie. - Ojciec tutaj jest, Kade - powiedział cicho. - Przyjechał przedwczoraj, zostawiając gród pod opieką Seline i macochy, by uczestniczyć w jakiejś ważnej rozmowie z lordem Dowódcą.
- To dobrze - westchnąłem. - Przyda mi się jego obecność tutaj. Ktoś w końcu będzie musiał zważać na naszą panią i jej bronić, gdy wyruszę do stolicy po wsparcie - zacząłem.
- Arkadiusie! - zaprotestowała oburzona Lyanna, po chwili jednak ściszając głos. - Nie możesz mnie zostawić. Udam się z tobą.
- Zapewne zdajesz sobie, ma pani, sprawę z niebezpieczeństwa wynikającego z tej podróży. Wszędzie roi się teraz od Velaryonów i ich szpiegów. Nie będę ryzykował twego życia. Szanuję twoje zdanie ponad wszystko, lady, ale to nie ulega dyskusji.
Lyanna już miała otworzyć usta i powiedzieć coś, Conrad jednak zagadnął ją, przyznając mi rację i argumentując, iż sam król pewnie postąpiłby tak samo, byle tylko zapewnić jej bezpieczeństwo.
Tuż pod zamkiem, Conrad pomógł młodej lady zsiąść z konia, składając także na jej dłoni świadczący o szacunku pocałunek. Udaliśmy się we trójkę do komnaty lorda Dowódcy, gdzie mój ojciec właśnie uderzył ręką w stół, kręcąc głową.
- Rozumiem, że Velaryonowie są wrogami Korony, ale do jasnej ch*lery, nie sądźmy wszystkich po nazwisku! Doskonale znam jednego z nich, który jest mym serdecznym przyjacielem - warknął, a ja wiedziałem, że mówi o ojcu sir Darlana, za którego pragnął wydać córkę. - Jestem wierny Koronie... - zaczął i zamilkł, widząc nas w drzwiach. - A także wierny mojej księżniczce, za którą oddałbym życie, tak jak moi synowie - zapewnił. - Trzeba jednak mądrze określić, Arkadiusie, kto dokładnie jest wrogiem. Czyż nie uczyłem cię, iż nie należy karać ludzi za nazwisko? 
Ukłoniłem się lekko, kiwając głową.
- Ojcze - powiedziałem z szacunkiem. - Oczywiście, zapamiętałem tą cenną lekcję. Nie zamierzam wyruszać na wszystkich Velaryonów. Zamierzam ukarać tych, który zaatakowali nasz obóz i torturowali mnie - wyjaśniłem. - Zginą wszyscy, którzy brali udział w spisku przeciw królewskiej rodzinie. Zamierzam jeszcze dziś wyruszyć do stolicy...
- Nigdzie nie wyruszysz - przerwał mi lord Dowódca. - Nie w tym stanie. Wyślemy kruki lub posłańca do Królewskiej Przystani, by wyjaśnił królowi sytuację i wysłał rycerzy.
Zmrużyłem oczy, kręcąc głową i po kolei wpatrując się we wszystkich zebranych, którzy - łącznie z Lyanną - popierali zdanie Dowódcy.
- Z całym szacunkiem, lordzie, ale nie podlegam tobie, tylko Królowi. Uważam, że ja, jako jego wierny sługa lepiej wyjaśnię mu sytuację i pomogę obrać strategię walki. Wyruszę więc jeszcze dziś do stolicy, by spotkać się z królem, zebrać wojska i zaatakować naszych wrogów - powiedziałem stanowczo, znów po kolei wpatrując się we wszystkich obecnych. Nie zamierzałem słuchać już niczyich protestów, tylko zrobić tak, jak postanowiłem.

(Lyanna?)

You know nothing...

Godność|  Agnes. Niektórzy mówią do niej Ruda
Wiek|  17 lat
Ród|  Nie należy do żadnego z wielkich rodów. Pochodzi ze związku zwykłego chłopa i prostytutki. Jej nazwisko to Red.
Stanowisko|  Za dnia jest lekarzem, a w nocy jest mordercą.
Osobowość|  A jednak jesteście ciekawi, jaka jest Agnes. Skoro tak bardzo chcecie, postaram się ją jakoś opisać.
Zacznijmy może od tego, że nienawidzi jak, ktoś wydaje jej rozkazy. Przez całe życie była samodzielna i tak niech pozostanie. Choć nie zawsze wychodzi jej to na dobre, ale ma już tego po prostu dość. Reaguje na ogół dość pochopnie na każdą próbę manipulacji i zmuszania jej. Lubi przebywać w otoczeniu innych osób, ale nie gardzi też samotnością. Chętnie poznaje nowych ludzi, oczywiście, jeśli ktoś jest tego wart. Podczas pierwszych spotkań z obcymi jest bardzo opanowana, nie wyraża większych uczuć. Nie mówi wtedy ani za dużo, ani za mało. Do każdego nieznajomego podchodzi z ogromną rezerwą, ufa tylko kilku osobom. Przy bliższym poznaniu staje się naprawdę oddaną przyjaciółką lub partnerką życiową. Potrafi pożartować i dobrze bawić, ale zazwyczaj dość rozważna. Ma do siebie dystans, oczywiście w granicach rozsądku. Chętnie dyskutuje na różne tematy, jest niesamowicie inteligentną oraz sprytną młodą kobietą. Nigdy nie byłaby w stanie zdradzić swojego partnera. Wie dokładnie, kiedy i jak ma się zachować, czasami jednak może pójść coś nie tak. Ciężko znosi sprzeciw. Na pewno nie toleruje braku szacunku. Jeśli ona Ci go daje, to oczekuje tego samego. Dziewczyna ma takie dni, w których jest miła i przyjacielska. Wie, czym jest nienawiść, przyjaźń, a także miłość. Za swoich najbliższych jest gotowa oddać życie. Nie potrafi przyjmować pomocy, ale z dawaniem jej już jest inaczej. Praktycznie codziennie pracuje jako lekarz. Bardzo lubi pomagać biednym i bezdomnym. Czasami wynosi nawet ze swojej pracy lekarstwa, aby leczyć innych. Na szczęście nikt jej na tym nie przyłapał. Uważa, że lepiej przemilczeć niektóre kwestie niż coś powiedzieć. Szybko potrafi przystosować się do nowych warunków. Można powiedzieć, że nawet lubi zmiany i życie, w którym nie ma rutyny. Ciągle szuka czegoś nowego, uwielbia wyprawy i różne przygody. Agnes nie toleruje siedzenia bezczynnie w czterech ścianach, kocha otwarte przestrzenie i wolność. Dziewczyna jest bardzo pewna siebie, a także swoich umiejętności. Od małego interesowała się rycerstwem. Jednak nie może nim zostać, bo to przecież nie przystoi kobiecie i to jeszcze tak nisko urodzonej. Dziewczyna potrafi jednak walczyć. Nie jest może jakimś mistrzem, ale obronić się da radę. Rzucisz jej wyzwanie? Bez namysłu od razu podniesie rzucone rękawice. Niezwykle szybko wszystko zapamiętuje, przychodzi jej to z niezwykłą łatwością. Bez problemu potrafi się skupić, zdarza jej się odlecieć w krainę marzeń. Zdecydowanie nie jest typem osoby bez honoru ani z brakiem odwagi. Stanie do każdego rzuconego jej wyzwania. Jak każdy normalny człowiek ma też swoje gorsze dni. Zdarza jej się wtedy być wredna i chamsa, a z jej ust może polecieć niejedno przekleństwo. Wtedy lepiej schodzić jej z drogi i nie zaczepiać. Jest niczym bomba czekająca, aż ktoś ją odpali. Kiedy jednak już wybuchnie, jest w stanie zniszczyć wszystko i rzucić się na każdego. Nie ważne czy jest to kobieta, czy mężczyzna. Jeśli ją skrzywdziłeś lub kogoś na kim jej zależy bądź pewny, że spotka Cię ogromna kara za to, co zrobiłeś. Stanie się wtedy dla Ciebie bezwzględną, oschłą, a nawet agresywną kobietą. Mogą na nią wpłynąć naprawdę bliskie osoby, którym ufa bezgranicznie. A niestety takich osób jest strasznie mało. Agnes nigdy się nie podda, do wyznaczonego celu będzie dążyła nawet po trupach. Wtedy jest strasznie uparta, nie da sobie przemówić do rozsądku. Dziewczyna jest bardzo silna psychicznie. Dumna i pewna siebie, nigdy się nie załamuje i nie płacze nawet w tych najgorszych chwilach. Nie licz na to, że zawsze przemyśli dokładnie swoje czyny i ich konsekwencje. Czasami wykorzystuje swój wdzięk, aby coś osiągnąć. Nienawidzi typowych pustych dziewczyn i na pewno się do takich nie zalicza. Nasza Agnes ma też małą tajemnicę. Dorabia sobie jako płatna morderczyni. Dla tej młodej kobiety życie innych nie ma znaczenia. Jest świetną zabójczynią, nikt jeszcze nie odkrył jej tajemnicy i nie odkryje.
Historia|  Jak może wyglądać życie kogoś kto pochodzi z biednej i dużej rodziny? Jest najstarsza z rodzeństwa. Już w wieku pięciu lat musiała zajmować się swoim młodszym rodzeństwem. Z roku na rok była coraz bardziej samodzielna. Można spokojnie powiedzieć, że to ona wychowała swoje rodzeństwo. Od zawsze chciała pomagać ludziom. Dziewczyna cudem załapała się do zajęcia z leczenia ludzi. Była najlepsza w grupie i w nagrodę kontynuowała naukę dalej. W końcu dostała pracę w swoim zawodzie i tak się zaczęła dalsza przygoda. Jakieś cztery lata temu wpadła przez przypadek na rannego rycerza. Mężczyzna w nagrodę uczy ją jak walczyć. Ojciec umarł rok temu, a matka wyprowadziła się jakieś pięć lat temu. Teraz na głowie Agnes jest cały dom z trójką rodzeństa.
Serce|  Hetero. Każdy chce mieć kogoś bliskiego, ona na nikogo jeszcze takiego nie wpadła.
Zwierzę|  Saba
Ciekawostki|
~ Jest naturalnie ruda i ma do tego jasnoniebieskie oczy.
~ Niewierząca, ale to jest jej tajemnicą. Temat wiary omija szerokim łukiem.
~ Potrafi polować i bardzo dobrze strzelać z łuku.
~ Lubi udzielać biednym pomocy.
~ Zna trochę języka dothraków jednak nie za dobrze. 
~ Kilka blizn.
~ Potrafi się wspinać.
~ Jej umiejętności pływania dają dużo do życzenia, ale jednak się nie utopi.
~ Wie doskonale, że musi kiedyś wyjść za mąż. Choć jednak nie śpieszy się jej jakoś specjalnie do tego.
~ Saba cały czas jej towarzyszy.
~ Potrafi jeździć konno, ale nie stać jej na wierzchowca.
~ Zna najróżniejsze sposoby na uśmiercanie innych. Brzydzi się truciznami, bo uważa to za zajęcie dla słabych psychicznie i fizycznie.
Inne zdjęcia|  X  X
Kontakt|  Astarte
Autor|  Na chacie piszę jako Drogo. Podczas pisania opowiadań z moją postacią uprzejmie proszę o stosowanie się do charakteru mojej postaci. Nie lubię zaczynać pierwsza.

Od Lyanny C.D. Arkadiusa

- Medyk twierdzi, że jego stan nie powinien już znacząco się pogarszać. - oznajmił lord Edwin z powagą, jaka nierzadko gościła na jego twarzy - Choć kuracja będzie trwała jeszcze dosyć długo, najgorszy stan już powoli zaczyna mijać.
- Niezwykle cieszę się z tej wiadomości. - uśmiechnęłam się delikatnie, patrząc na pogrążonego w półśnie rycerza, po czym przypomniałam sobie jego prośbę - Lord wybaczy, ale muszę, zgodnie z wolą sir Firewooda, napisać list do jego rodziny. Niedługo się odezwę. 
Lord Goodbrother pokiwał głową z tajemniczym uśmiechem, po czym wyszedł bez słowa. Zastanawiałam się, dlaczego zareagował w ten sposób. Nie myślałam jednak nad tym długo i przystąpiłam do pisania, usadawiając się przy małym stoliczku. Zaadresowałam wiadomość do jego ojca, który raz czy dwa spotkał się z mym ojcem, więc jako-tako go znałam, w przeciwieństwie do całej reszty rodziny. Ogólnie bardzo mało wiedziałam o tym rycerzu, co wydało mi się w tym momencie dość przykre.
Gdy skończyłam, zwinęłam liścik w rulonik i wyszłam na zewnątrz, by przekazać go krukowi. Gdy umocowałam wiadomość u jego nogi, wypuściłam go z klatki i popędziłam, by poleciał. Postanowiłam, że odprowadzę zwierzę wzrokiem, co okazało się być słuszną decyzją. Ptak nie uleciał stu metrów, gdy jego ciało przeszyła strzała, a zwierzę padło na ziemię. Spojrzałam w stronę, z której wyleciała, z trwogą. Za drzewami nie zauważyłam nic - ot, pozornie zwykły, chłodny poranek, jak każdy inny. Coś mi jednak nie pasowało. Po chwili ujrzałam drobną sylwetkę z łukiem, przemieszczającą się naprawdę zwinnie w stronę zdobyczy, by wkrótce dostać się do listu. Mój wzrok przeniósł się z powrotem na las. Tajemniczych postaci było o wiele więcej... Nie robiłam nic, zastygłszy z trwogi, aż do czasu, gdy przed oczami nie mignęły mi charakterystyczna zieleń herbu Stoutów... 
Obróciłam się momentalnie i popędziłam z powrotem do namiotu. Oprócz sir Arkadiusa nie było tam nikogo, więc szybko stamtąd wyszłam i zawitałam do miejscówki lorda Edwina. Siedział na krześle, czytając jakiś list, nieświadomy niebezpieczeństwa.
- Sir... - wysapałam, umęczona biegiem - Stoutowie... W lesie... Obok.
Lord Goodbrother poderwał się z miejsca jak oparzony, po czym, nie odpowiadając mi nic, pobiegł w miejsce, skąd wysłałam kruka. Spojrzał w stronę nadchodzącego zagrożenia i już miał się odwrócić, gdy strzała trafiła jego ramię. 
- Sir! - wykrzyknęłam, podchodząc do niego spiesznie.
- Idź stąd, bo ciebie też ustrzelą! - syknął, próbując się podnieść - Bierz konia i uciekaj, ich jest więcej! 
- Nie zostawię rycerzy na pewną śmie... 
- Jedź, jedź! - krzyknął z niecierpliwością, wyjmując sobie strzałę z ramienia. Sprawiało mu to wielki ból, co można było odczytać z twarzy. Mimo mych niedługich wahań, odwróciłam się ostatecznie i skierowałam się w stronę miejsca, gdzie były uwiązane konie. Wzięłam pierwszego z nich i już miałam go popędzić i pogalopować w siną dal, lecz, przejeżdżając obok jednego z namiotu, zaatakowały mnie wyrzuty sumienia. Zeskoczyłam z konia i wróciłam do namiotu sir Arkadiusa, który najwyraźniej zbudził się już ze swego płytkiego snu. Chwyciłam go za ramię i pociągnęłam lekko.
- Sir Arkadiusie! - jęknęłam z bezradnością - Proszę, chodź ze mną. Muszę uratować chociaż jedną osobę! Niech sir zbierze siły i dojdzie ze mną do konia!
Rycerz chciał zaprotestować, ale uniemożliwiłam mu to, wciąż ciągnąc go za ramię. W końcu, chwiejąc się na lewo i prawo, podążył - z mą asekuracją - w stronę konia, gdzie go usadziłam. Wychodząc, zabrałam ze sobą jeszcze łuk, tak na wszelki wypadek, chociaż dobrze wiedziałam, że nie potrafię z niego strzelać. Upewniając się, że rycerz nie spadnie z konia i trzyma się dobrze, ścisnęłam łydkami boki konia, popędzając go. Ruszyliśmy w przeciwną stronę od ataku, kierując się - jak mniemam - w stronę Muru. Wątpiłam, że otrzymamy tam większą pomoc, ale przynajmniej oddalimy się od wroga. Odwróciłam się jeszcze i spojrzałam na obraz przede mną - przy obozie powoli zaczęła powstawać istna rzeź. Stoutów było bardzo wielu, a w dodatku byli, jakby nie patrzeć, przygotowani. Zapłakałam w duchu na myśl, że nie mogę im pomóc i zostawiam ich na niemal pewną śmierć... Tym bardziej lorda Edwina, tego przesympatycznego, kochanego, lojalnego człowieka...
Widzę, że nasi wrogowie chcą wojny, to ją dostaną! Wiedziałam, że w końcu nastąpi ten moment, kiedy wybuchną bitwy i zamieszki, jak to po typowej ciszy przed burzą. Nie spodziewałam się tego jednak akurat tu i teraz.

***

Było mroźno. Bardzo mroźno. Chociaż, co prawda, miałam futro, nie starczało ono dla nas obu, chyba, że byśmy mocno się ścisnęli. Chciałam coś upolować, gdyż nie mieliśmy ze sobą nic oprócz łuku. Za gęstwiną ujrzałam małe stadko jeleni - to musiało się udać. Napięłam łuk - tak, jak kiedyś widziałam, jak robią to moi nieżyjący już bracia. Przymknąwszy jedno oko, wycelowałam w zwierzęta i wypuściłam strzałę. Ta trafiła jednak dużo bardziej w lewą stronę, niż zamierzałam, płosząc tym samym potencjalną kolację. Odwróciłam się z powrotem w stronę sira Arkadiusa.
- Jesteśmy niedaleko od Muru, ale nie wiem, czy nam pomogą. - westchnęłam bezsilnie. To wszystko już mnie przerastało, najchętniej usiadłabym gdzieś w kącie i zaczęła płakać. Postanowiłam jednak zachować zimną krew, nie mogłam ukazywać słabości, tym bardziej przy rycerzu. - Przepraszam, sir, za to całe zamieszanie, które narobiłam. - dodałam cicho, spuszczając głowę.

Arkadius? :3

Od Ariany CD Barristana

Cwałowaliśmy przez las na złamanie karku, gałęzie smagały mnie boleśnie po twarzy, ale nie zwracałam na to nawet uwagi. Właśnie spotkała mnie najniebezpieczniejsza rzecz w moim życiu, i cudem wyszłam z tego cało. Nie, to dzięki temu bękar...Barristanowi. Kurczowo trzymałam się grzywy konia, nie mając nawet czasu na złapanie szamoczącej się uzdy. Słyszałam za sobą stukot kopyt konia należącego do mojego wybawcy, z przodu prowadziła Nymeria. Po godzinie zwolniliśmy, pewni, że zgubiliśmy pościg. Nym zaprowadziła nas do niezamieszkanej jaskini, było tam w miarę sucho i, kiedy rozpaliliśmy ognisko, ciepło. Grota była też na tyle wysoka, że bez problemu wprowadziliśmy do środka konie. Nadal miałam na sobie tylko porwaną górę od sukni i płaszcz.
Siedzieliśmy po dwóch stronach prowizorycznego, zajętego ogniem stosu gałązek. W pewnej chwili Barristan wyciągnął rękę, drapiąc wilkora za uchem. Czworonóg z przyjemnością poddał się pieszczocie, mrużąc oczy i przekrzywiając łebek...co było do niej dość niepodobne.
- Mądre stworzenie z tej bestii - zaśmiał się i po chwili skrzywił, łapiąc za ucho.
Błyskawicznie podniosłam się z miejsca, podchodząc bliżej.
- Co ci się stało?
- Eh, to...nic - wychrypiał
- Przecież widzę. Daj, nie zrobię ci krzywdy.
Spojrzał na mnie spode łba i po chwili uśmiechnął się kpiąco. Nie zważając na strojone przez niego miny, wyciągnęłam w jego kierunku dłoń. Początkowo się opierał i chyba był gotowy na szarpaninę, ale kiedy delikatnie odciągnęłam jego rękę od ucha, jego wyraz twarzy zmienił się na nieodgadniony. Moim oczom ukazało się 2/3 ucha, z ziejącej ludzkim mięsem dziury sączyła się ciągle szkarłatna krew. Nie takie rzeczy się widziało.
- No dobrze...krew jest czysta, nie ma ropy. Wygląda to dobrze.
Widziałam, jak na usta ciśnie mu się jakiś komentarz...jednak zacisnął tylko usta i nie powiedział nic. Oho, ten człowiek ma trochę przyzwoitości.
Podeszłam  do koni o odszukałam w torbach swoją apteczkę, którą zawsze noszę przy sobie.
- Może trochę piec - szepnęłam, klękając znowu przy nim
Gdy smarowałam mu maścią ranę, zacisnął tylko zęby i nie dawał nic po sobie poznać. Dobrze wiem, jak większość reaguje na opatrywanie tym ran - krzykiem. Zawarty tam alkohol odkaża, ale i wypala. Po wszystkim zawinęłam mu ucho bandażem, za całą pracę dostałam tylko ciche "dziękuję". Dobre i to, w końcu mam jeszcze u niego dług.
Siadłam przed nim, krzyżując nogi.
- Jeszcze ci nie podziękowałam za uratowanie mnie...po raz kolejny - spojrzałam mu w oczy.
Dopiero teraz zauważam, że są intensywnie brązowe. Tak samo, jak moje. Wiele razy słyszałam, że mam sarnie oczy...tu by bardziej chyba pasowało "studnia bez dna". Przez chwilę miałam wrażenie, że wpadnę do tej studni i nigdy stamtąd nie wyjdę, kiedy moje rozmyślania przerwał jego głos.
- Nie ma sprawy - powiedział powoli, nachylając się w moją stronę
Lustrował mnie wzrokiem, jakby na coś czekał. No, ale się nie doczekał, bo wyszłam.
***
Parę metrów na zachód od jaskini płynęła niewielka rzeczka. Postanowiłam, że dobrze byłoby się wykąpać. Ciągle czułam na sobie ich spocone łapy. Poczułam ciepło na karku, jakby czyiś oddech...odwróciłam się gwałtownie, ale była za mną tylko pustka. Chyba mam paranoję. Wiatr delikatnie smagał pogrążone w ciemności drzewa, ale poza tym panowała cisza. Zrzuciłam z siebie ubranie, a raczej to, co z niego zostało, i zanurzyłam się w lodowatej wodzie. Tylko przez moment żałowałam, że prawdopodobnie dostanę zapalenia płuc...woda tak cudownie mnie oczyściła. Czułam się jak nowo narodzona. Księżyc wyjrzał zza chmur, oświetlając moją sylwetkę.


Barristan?

Od Arkadiusa C.D. Lyanny

- Moim obowiązkiem jest służyć królestwu i tobie, lady. Obowiązkiem i największym zaszczytem - zapewniłem. - Nie ma w tym nic z nadzwyczajnych zasług.
Lady Lyanna tylko uśmiechnęła się delikatnie, kręcąc głową. Widocznie mieliśmy co do tego odmienne zdania, ale nie zamierzałem spierać się ze swoją księżniczką, która pomagając mi teraz, łamała pewnie całą dworską etykietę. Nie była przecież służką czy nawet pielęgniarką, a następczynią tronu. Nie byłem godzien takiego traktowania z jej rąk, tak samo jak nie zasługiwałem na jej troskę. Niemniej jednak czerpałem z tego niewyobrażalną satysfakcję, łudząc się, że wiele dla niej znaczę.
Uniosłem ostrożnie rękę i sięgnąłem po wolną dłoń księżniczki, ujmując ją niepewnie. Lyanna od razu poniosła na mnie zdziwiona wzrok, a ja przytknąłem jej dłoń do swoich ust, składając na jej zewnętrznej stronie lekki pocałunek.
- Dziękuję, pani, za wszystko. Za starania w odszukaniu mnie i za troskliwą opiekę. Zawdzięczam ci życie - powiedziałem cicho, odkładając jej rękę delikatnie na bok, ale nie puszczając jej. - Chociaż ono już od dawna należy tylko i wyłącznie do ciebie...
- Nie byłabym w stanie nie podjąć żadnych poszukiwań - zapewniła cicho.
Skinąłem lekko głową, wiedząc, że wszystko zawdzięczam jej. Miałem pojęcie, iż król nie przejmował się mym życiem w najmniejszym stopniu, mając na pęczki młodych i zdolnych rycerzy, zapalonych do służenia w Królewskiej Gwardii. Można było bez wahania zastąpić mnie kimś innym, nie tracąc czasu i sił na moje poszukiwania. Lyanna jednak na to nie pozwoliła, narażając się na niebezpieczeństwo. I właśnie dlatego, już od pierwszego dnia pełnienia przeze mnie funkcji Gwardzisty wiedziałem doskonale, komu służę. Przysięgałem księżniczce Lyannie, nie królowi. Wiedziałem, że jego córka, kiedy już zasiądzie na tronie, będzie lepsza od wszystkich dotychczasowych władców.
- Mogę zapytać, jak ma się nasz król? Jego stan zdrowia uległ poprawie? - zapytałem, zamykając oczy, które od mojego wydostania się z niewoli ciągle wyrażały zmęczenie.
- Niestety, król nadal zmaga się z nieokreśloną chorobą - powiedziała z żalem księżniczka. - Nikt nie jest w stanie jej zdiagnozować ani mu pomóc.
- Przykro mi - powiedziałem szczerze. Nie było mi żal tego człowieka jako króla, ponieważ widziałem, że Lyanna byłaby jego lepszą następczynią. Po prostu obawiałem się jego śmierci, gdyż wiedziałem, jak wielkim ciosem byłoby to dla jego córki. - Mogę mieć prośbę, moja pani?
- Oczywiście - powiedziała z uśmiechem księżniczka. - O co chodzi?
- Mogłabyś wysłać, lady, kruki do zamku mojej rodziny, do Czarnego Zamku, do mego brata i do reszty braci rozsianych w służbie królowi po całym królestwie? Pewnie niepokoją się o mnie, a nie chcę dokładać im zmartwień - powiedziałem, otwierając oczy.
- Nie ma problemu, sir Arkadiusie - zapewniła Lyanna, czym wywołała na mej twarzy szczery uśmiech.
Uścisnąłem w geście podziękowania jej dłoń, którą nadal trzymałem w swojej. Zły stan zdrowia chyba pozwolił mi nie myśleć o niedorzeczności tej sytuacji, ponieważ nie myślałem do tej pory o tym, iż nie wypada mi tak trzymać księżniczki. Dopiero, gdy w namiocie pojawił się lord Goodbrother, speszony wypuściłem z uścisku dłoń lady Lyanny, nie mając pojęcia, czy lord zdążył zauważyć nasze splecione dłonie. Gdy spojrzał na mnie, w jego oczach nie zauważyłem przygany, jaką niechybnie powinienem otrzymać za mą śmiałość, raczej widniało w nich szczere rozbawienie.
Gdy lord Edwin zwrócił się z jakimś pytaniem do Lady Lyanny, ta wstała i rozpoczęła z nim cichą rozmowę, podczas której znów zamknąłem oczy, zapadając w płytki sen.

Lyanna? 
O tej porze brak mi weny! 

Od Any

- Ano Blackfyre, mówię do ciebie - zagrzmiał mój ojciec. Niedobrze. Zwrócił się do mnie pełnym tytułem, co może znaczyć tylko jedno...
Jest wściekły.
Stałam przed nim ze spuszczoną głową starając się sprawiać wrażenie skruszonej. Wezwał mnie do siebie zaraz po tym, jak wróciłam do grodu po dwutygodniowej nieobecności. Oczywiście, jak zwykle nie zadałam sobie trudu, by poinformować kogokolwiek o mojej wycieczce i, jak zwykle, skończyło się to burą od ojca.
Tylko odnosiłam wrażenie, że tym razem rzeczona "bura" na słowotoku się nie zakończy...
- Przecież cię słucham - mruknęłam ledwosłyszalnie, ale on i tak to wychwycił (a podobno jest przygłuchy).
- Zakazuję ci się do mnie w ten sposób odzywać! - wrzasnął.
Skrzywiłam się i wbiłam wzrok w swoje buty, starając się zmniejszyć nasz kontakt wzrokowy do minimum.
- Ile razy mam tłumaczyć, jak nieodpowiedzialne są twoje samotne wyprawy? - gorączkował się. - Kiedyś znajdę cię martwą w lesie. Albo gorzej: znikniesz i nawet nie będę wiedział, czy żyjesz, czy nie...
- Kuro nie dopuściłby do mojej śmierci - oznajmiłam.
- To tylko zwierzę, Ano! Nie możesz na nim w takim stopniu polegać, jak na ludziach.
- Oj, uwierz, że on dba o moje życie bardziej, niż większość ludzi w grodzie...
Zobaczyłam szybki ruch, a po chwili dłoń ojca wylądowała na moim policzku. Dotknęłam opuszkami palców piekącego miejsca, ale nie odezwałam się już słowem.
- Przez najbliższy miesiąc nie wolno ci wychodzić z pokoju bez mojego wyraźnego polecenia - wysyczał. - Jeśli sytuacje takie jak ta będą się dalej powtarzać możesz być pewna, że następnym razem tak szybko nie opuścisz swojego pokoju.
Odwrócił się z całym tym swoim dostojeństwem i odszedł, zostawiając mnie samą.
~•~
Dawno nie płakałam. Może jest to kwestią tego, ile łez przelałam w dzieciństwie. Po prostu w którymś momencie się skończyły. Czara goryczy się przelała i obecnie niewiele rzeczy potrafi mnie dotkliwie zranić.
Pierwsze trzy dni w zamknięciu były mordęgą. Chodziłam niespokojnie po pokoju czując, jak ściany na mnie napierają, pozbawiając mnie wolności, nie pozwalając mi uciec.
Ojciec nie wiedział nic o mojej klaustrofobii. Do grona osób świadomych mojej fobii należały trzy osoby: moja matka i dwie służące na moich prywatnych usługach. Nikt poza tymi trzema kobietami nie miał prawa o niczym wiedzieć. To była moja najpilniej strzeżona tajemnica.
- Wszystko z panienką w porządku? - spytała w którymś momencie Lucy, jedna z moich pokojówek.
Leżałam od jakiegoś czasu na łożu, wbijając wzrok w sufit.
- Nie - odparłam po prostu. Nie uważałam za konieczne bagatelizowanie mojego stanu psychicznego. Tym bardziej, że nie wpływało pozytywnie na zdrowie mojego otoczenia na dłuższą metę...
- Może panienka na chwilę wyszłaby do ogrodu? - zaproponowała poczciwa kobieta.
- Może i bym wyszła, gdyby ojciec mi pozwolił - odparłam.
- Więc może chociaż balkon?
Natychmiast zerwałam się z miejsca i rzuciłam do drzwi balkonowych. Gdy tylko znalazłam się na zewnątrz odetchnęłam z ulgą.
Od tamtego czasu większą część dnia spędzałam na balkonie.
Nie minęły nawet dwa tygodnie od początku mojej kary, a już miałam dość.
- Mary? - rzuciłam do swojej drugiej pokojówki, która sprzątała właśnie moją sypialnię.
- Tak panienko?
- Przyszykuj mój strój do polowania - poleciłam, wpatrując się w horyzont.
- Ale... Pan zabronił ci opuszczać pokój - przypomniała Mary.
- Mam gdzieś, co mi kazał. Dłużej tu nie usiedzę - jęknęłam i zerwałam się na równe nogi. Weszłam szybkim marszem do pokoju, kierując się do drzwi. Otworzyłam je z rozmachem, po czym zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować, opuściłam swoje więzienie.
~•~
- Mamo! Powiedz ojcu, żeby pozwolił mi wyjść, chociaż na chwilę - powiedziałam, wparowywując do jadalni, w której moja rodzicielka jadła właśnie śniadanie.
Spojrzała na mnie, zamierając z łyżką w połowie drogi do ust.
- Wątpię, aby się zgodził - powiedziała, prostując się. - Jest wściekły. Mogłaś go chociaż poinformować, gdzie idziesz...
- Przecież by mnie nie puścił! - zaprotestowałam.
- Skąd wiesz? Gdybyś mu powiedziała, że to sprawa wagi państwowej...
- Nie mam w zwyczaju go okłamywać - mruknęłam, siadając przy stole naprzeciwko matki.
- Może powinnaś zacząć. Z okłamywaniem innych nie masz problemów.
Nie odpowiedziałam.
- Mogę z nim porozmawiać - uległa w końcu. - Ale niczego nie obiecuję.
- Dziękuję! - uśmiechnęłam się do niej promiennie, wstałam od stołu i wyszłam z pomieszczenia.
~•~
- Panienko?
- Nie zgodził się - powiedziałam ze złością.
Siedziałam przy swoim łóżku opierając się o nie plecami i wpatrując się w ścianę naprzeciwko.
Mary stała w pewmej odległości ode mnie. Patrzyła na mnie z troską widoczną w oczach.
Westchnęłam i wstałam z podłogi.
- Dłużej naprawdę już nie wytrzymam - jęknęłam.
Wyszłam na balkon. Lało jak z cebra, a do tego wiał silny wiatr. Pogoda beznadziejna na spacer, ale na ucieczkę... jak najbardziej.
Zagwizdałam przenikliwie. Już po chwili pod mój balkon podleciał Kuro.
- Daj mi mój płaszcz - poleciłam Mary. Kobieta natychmiast wykonała polecenie.
Podeszłam do balustrady.
- Panienko... - zaczęła, ale nie dałam jej dojść do słowa.
- Przekaż mojemu ojcu, że musiałam wyjść, żeby załatwić niecierpiącą zwłoki sprawę pańswową.
Po tych słowach usiadłam na balustradzie, przerzuciłam nogi poza balkon i zeskoczyłam, prosto na grzbiet Kurosia.
- Wrócę niedługo - musiałam krzyczeć, żeby było mnie słychać przez ulewę.
Poklepałam smoka po grzbiecie i rzuciłam "lecimy", a on natychmiast wzbił się w powietrze.
~•~
Na ramieniu przysiadła mi Midnight. Zakrakała przyjaźnie i spojrzała na mnie swoimi bystrymi oczami.
- Co jest? - spytałam, głaszcząc kruka po główce.
Nagle Kuro zerwał się z miejsca, w którym leżał. W sekundę znalazł się przede mną, zasłaniając mnie swoim ciałem. Zanim Kuro zasłonił mi widok, kątem oka zobaczyłam, że z gąszczu drzew wyszedł jakiś człowiek. Smok wydał z siebie gardłowy warkot ostrzegając, żeby rzeczony któś się nie zbliżał.

Ktoś?

niedziela, 29 stycznia 2017

Od Lyanny C.D. Jimmiego

- Gdzie znowu byłaś? - zapytała Isosha, moja służka, gdy wróciłam do komnaty. Czytała jedną z opasłych tomiszczy z mej biblioteczki. Normalnie nie pozwalałam zbytnio nikomu przebywać w mym pokoju, a tym bardziej ruszać mych ksiąg, ale Isosha stała się dla mnie bardziej przyjaciółką niźli poddaną, więc zwracałyśmy się do siebie per "ty". Mówiłyśmy sobie wszystkie nasze sekrety i wiedziałyśmy dobrze, że możemy na sobie polegać.
- Znowu spotkałam Jima. - rzuciłam, ściągając z siebie futro i wkładając je na samo dno ogromnej szafy. Gdy to uczyniłam, usiadłam na łóżku, ziewając przeciągle.
- I co, gołąbeczku? - zapytała. Musiała być niezwykle zainteresowana tym tematem, skoro oderwała się od lektury, gdyż zdarza jej się to naprawdę rzadko - To już miłość?
- Co? - zapytałam, trochę rozespana - Nie, skąd. Pamiętasz te plotki o tej rzekomej bestii? - zapytałam, zmieniając temat.
- Mhm... - mruknęła, znowu wracając do czytania. Minął ciekawy temat, minęła jej stuprocentowa uwaga.
- ... Jednak istniała, wiesz? - ciągnęłam - I Jim ją ponoć zabił. Wraz z Mortimerem.
- Oddałaś Mo pod opiekę prawie obcego faceta? - były rzeczy, które Isosha wiedziała o mnie na pewno. Jedną z nich był fakt, że wilkor był od zawsze mym oczkiem w głowie.
- Znaczy... - zaczęłam, próbując się tłumaczyć - ... Nie, to nie tak. Może inaczej. Mo dał nogę, gdy usłyszeliśmy tamtego zwierza. Wtedy Jim kazał mi zwiewać.
- Nie znałam cię od tej strony. - Iso uniosła brwi, śmiejąc się. Zamknęła wreszcie księgę, przeczuwając, że "ciekawy temat" nie skończy się zbyt szybko - Bo wiesz, nie masz w zwyczaju tak po prostu zwiewać, jak to powiedziałaś.
- Och, no wiesz. - jęknęłam, zrezygnowana - Siła perswazji. On jest bardzo przekonującym człowiekiem. I, zdaje się, dość honorowym. To była taka chwila zaufania.

***

Obudziłam się dość późnym rankiem. Gawędziłam z Iso bardzo długo - już nawet nie o moim nowym "kumplu", lecz o różnych innych, może nawet bardziej interesujących rzeczach. Gdy wstałam, służki nie było już w pokoju - jedynym śladem po niej były przygotowane przez nią ubrania dla mnie na dzisiejszy dzień. Wybrała zieloną, cieplejszą suknię z mej komody, obszytą różnymi wzorami. Zawsze trafiała w mój gust - ta była jedną z mych ulubionych. Tego dnia chyba nie miało wydarzyć się nic ciekawego - oprócz publicznej egzekucji dwóch morderców na głównym placu Przystani. Trzeba było przykładnie karać takowe osoby, by możliwie wystarczająco zredukować ilość innych ludzi ich pokroju. Niech wszyscy potencjalni mordercy wiedzą, co ich czeka za bycie przyłapanym na zbrodni.
Na placu zgromadziło się naprawdę dużo ludzi. Nawet nie trzeba było nikogo szczególnie zachęcać czy zapraszać - ludzie mają jakąś nieodgadnioną żądzę oglądania rozlewu krwi lub śmierci (rzecz jasna, nie swojej!). Wraz z mym ojcem stanęłam na boku placu. Władca wygłosił jakąś krótką regułkę i wydał wyrok. Rozglądając się po tłumie, zauważyłam znajomą twarz. Jim najwyraźniej skądś wracał i zaszedł, chcąc nie chcąc, na chwilkę na plac, by spojrzeć na widowisko. Uśmiechnęłam się do siebie na jego widok, właściwie nawet nie wiem, dlaczego. Był, jak sądzę, po prostu ciekawą osobą - ot co.
Po wszystkim poprosiłam strażników, żebym mogła zostać jeszcze chwilę na placu. Miejsce to powoli zaczęło się wyludniać, a ludzie kontynuowali swoje rozmowy, jak gdyby nic się właśnie nie stało. Gdy spojrzenia moje i Jima się spotkały, pomachałam do niego, uśmiechając się lekko.

Jim? c:
Odrobinkę brak pomysłu :')

Od Lydii C.D. Jimmiego

Wśród drzew zamajaczyła mi postać jakiegoś jeźdźca. Pewnie przejechałabym obok niego, nie poświęcając mu większej uwagi, gdyby ten nie popędził konia do cwału i nie skierował się w przeciwną stronę. Potraktowałam to jako wyzwanie. Pewnie chciał się pościgać. Mi nie robiło to problemu. Wręcz przeciwnie. Dobrze zrobiłaby mi chwila rozrywki. Popędziłam Flamenco. Ogier błyskawicznie zrozumiał, o co chodzi. Sam z siebie przyspieszył jeszcze bardziej. Bez problemu dogoniłam nieznajomego. Siwek zwolnił na chwilę, a mój przeciwnik momentalnie to wykorzystał, wysuwając się na prowadzenie. Ja, tak jak z resztą Flamenco, nie chcieliśmy dać za wygraną. Docisnęłam łydkę, a koń przyspieszył. Znowu ja prowadziłam. Tak ścigaliśmy się dosyć długi odcinek. Raz prowadził nieznajomy, za chwilę to ja wysuwałam się na prowadzenie. Ogier zaczynał się powoli męczyć, ale ja za wszelką cenę chciałam wygrać. Nie pozostało mi nic innego, niż zepchnąć przeciwnika. Skręciłam siwka, tym samym zmuszając drugiego jeźdźca do zwolnienia i zjechania mi z drogi.
- Dalej, kochany, wygramy to. - ponagliłam Flamenco.
Koń z chęcią spełnił moją prośbę. Wjechaliśmy na polanę. Nagle jakaś szyszka trafiła w zad mojego wierzchowca. Ogier spłoszył się. Stanął dęba i wierzgnął. Nieprzygotowana na taki rozwój wydarzeń zleciałam na ziemię. Flamenco odgalopował przestraszony w las. Zaczęłam powoli się podnosić. Byłam trochę obolała, ale nie stało mi się nic poważnego. Byłam zdenerwowana. Rzucenie szyszką w mojego wierzchowca było niesprawiedliwe. Zdjęłam kaptur. Będący obok mnie nieznajomy zdziwił się. Nie miałam pojęcia czym. Zwróciłam się w stronę, w którą odbiegł Flamenco i zagwizdałam. Po chwili przybiegł do mnie nadal spięty ogier. Pogłaskałam go uspokajająco.
- To było nieuczciwe. - zwróciłam się do nieznajomego, starając się, aby mój głos brzmiał surowo.
Ledwo mi się to udało, bo nie potrafiłam długo chować urazy. Z mojej twarzy momentalnie zszedł wyraz zdenerwowania.

<Jim?>

Od Jimmiego C.D. Ygritte

Uśmiechnąłem się. 
- Jim. - powiedziałem krótko. - Miło poznać panią...?
- Ygritte. - dokończyła.
- Cóż za osobliwe imię. - stwierdziłem. - Ale ciut za długie. Dla mnie będziesz Ygri. - powiedziałem, pewny siebie.
Wtedy podeszła do nas kelnerka, podając nam wino. Wcześniej nie zwróciłem na nią większej uwagi, bo byłem wpatrzony w Ygri. Teraz dokładnie zmierzyłem wzrokiem kelnerkę. Była to smukła kobieta o rudych włosach, z wielkim wylewającym się dekoltem, od którego nie mogłem oderwać oczu. Wiedziałem, że Ygritte to zauważyła, pewnie pomyślała sobie, że jestem wyjątkowo płytki, no ale cóż poradzić, taki jestem .
Gdy kelnerka odeszła, ta od razu skomentowała moje zachowanie:
- Nie umiesz utrzymać oczu przy sobie? 
- No tak się składa, że nie. Ale miewam gorsze grzechy. - uśmiechnąłem się szyderczo. - Jednak z tego, co zauważyłem, ty też masz coś na sumieniu. Dowiem się w końcu za co jesteś ścigana? - zapytałem, biorąc łyk wina. 
- Wiesz, że zbytnia ciekawość jest irytująca? - odpowiedziała pytaniem.
- Ja jeszcze nie zacząłem być irytujący. Przecież jeszcze nie zapytałem jaki masz rozmiar piersi. Ale spokojnie, na to też nadejdzie czas. - wziąłem kolejnego łyka. - To jak to było? - powtórzyłem pytanie.

Ygri? ^^

Od Jimmiego C.D. Lyanny

- W każdym razie jestem ci niezwykle wdzięczna. - podeszła bliżej uśmiechając się. 
- Taaa.... - zacząłem zakłopotany.
Cała sprawa nie była opanowana, Ale po co psuć tak wspaniały nastrój.
- Wszystko w porządku? - zapytała, będąc już naprawdę blisko.
- W jak najlepszym. - powiedziałem uwodzicielsko patrząc jej w oczy. - Księżniczka wybaczy, że się ośmielę, ale ma księżniczka nieziemskie oczy.
Ta jakby się zawstydziła i cofnęła . Kurwa, było już blisko.
- Właściwie jak ta bestia wyglądała? - zapytała, chcąc zmienić temat. 
- Chłopi nie przesadzili. Była wysoka na 3 metry. Ale żadne z niej fantastyczne stworzenie. Po prostu wyrośnięty niedźwiedź ludojad. Jedyne, co go wyróżniało to wielkość i dwa wystające zęby ze szczęki . Niczym u tygrysa szablozębnego. To tylko jakiś mutant. 
Kucnąłem przy jej zwierzaku i pogłaskałem go . 
- Twój wilkor sporo mi pomógł, chyba będę musiał przestać na nie polować. - uśmiechnąłem się.
- Zdecydowanie powinieneś przestać. - powiedziała surowo. - Nie tylko dlatego, że tak postanowiłeś, ale też dlatego, że nie masz takiego prawa. A chyba wiesz, jak kończą chłopcy tacy jak ty, którzy lubią łamać królewskie zasady. 
- Chłopiec? No, księżniczko, nie wiem, czy w wieku 25 lat można kogoś takiego jak ja nazwać jeszcze chłopcem. Zresztą zaskoczyłabyś się, jak męskim mężczyzna potrafię być. - uśmiechnąłem się szyderczo, zapominając o tym, że póki co miałem uważać co mówię. 
Ta jednak tylko odwzajemniła uśmiech. Po czym uznała że powinna już wracać. Nie zatrzymywałem jej, też miałem dosyć ważną sprawę do załatwienia, bo, tak jak wspominałem, ta sprawa z bestią nie jest do końca zakończona. Zanim jednak zniknęła mi z oczu, dodałem:
- Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy, ale może tym razem dla odmiany w nieco przyjemniejszych okolicznościach.
Ta jak zwykle posłała mi tylko uśmiech i zniknęła.
Wtedy ja prędko wsiadłem na konia i popędziłem go z powrotem w stronę lasu. 
Już parę minut później znalazłem się w miejscu, gdzie odbyła się walka. Obok wielkiego niedźwiedziego truchła błąkały się trzy miniaturki zmarłej bestii. Były to jej młode. Chodziły wokół niej, jakby nie dochodziło do nich, że matka nie żyje. Ocierały się o nią i nie zwracały uwagi na moje towarzystwo. Tak jak matka, miały wystające z paszczy dwa zęby i były dosyć duże jak na młode. Miały około metra. Mimo swojej osobliwości sprawiały wrażenie całkowicie bezbronnych. I nawet gdy próbowałem dotknąć jednego z nich, ten dalej wpatrywał się w truchło matki. 
Moją pierwszą myślą było zabicie małych potworków, ale zaraz w mojej głowie pojawiło się milion innych myśli, które były bardziej opłacalne. 
Mogę je sprzedać. Jest mnóstwo fanatyków, którzy lubią trzymać osobliwe zwierzęta. Mogę je wychować, a potem kazać im napadać na wioskę, żeby wieśniacy mi płacili za uporanie się z nimi. Albo mogę z nich zrobić wiernych pupili. Kto by się nie zląkł, gdybym spacerował po mieście w otoczeniu takich ochroniarzy? 
Opcji jest wiele, w każdym razie muszę je zabrać do mojego pałacyku. 
Jednak nawet wtedy, gdy miały już na szyi smycz zrobioną ze sznura, przywiązaną do siodła, nie chciały ruszyć się na krok. Nie były ani trochę agresywne, były tak zapatrzone w martwą żywicielkę. 
Wtedy wpadłem na genialny pomysł. Wyciągnąłem miecz po czym szybkim ruchem odciąłem głowę, ich mamusi. Po czym wziąłem ją do góry i trzymałem w dłoni. Miśki od razu zaczęły patrzeć w tym kierunku. 
Gdy wsiadłem na konia i odjechałem kawałek te szły za mną. Wystarczyło, że trzymałem głowę ich matki.
- Głupie stworzenia. - pomyślałem i ruszyłem w kierunku pałacyku, trzymając głowę wysoko, aby miśki widziały i za mną podążały.
Bez większych problemów dotarłem do pałacyku. Był już ranek. Na szczęście był on niedaleko. Głowę mamuśki wrzuciłem do lochu, który miałem pod ziemią. Głupie maluchy od razu wbiegły za nią do celi, którą zamknąłem. Wcześniej jednak wybrałem najsłabszego z nich i zamknąłem w oddzielnej przenośnej klatce na wilki, którą wsadziłem w wóz podczepiony do mojego konia. Niedźwiadek darł się wniebogłosy i próbował się wydostać. Wzrokiem szukał matki i braci, jednak jego próby poszły na marne. 
Ruszyłem z uwięzionym niedźwiadkiem do miasta. Postanowiłem, że spróbuję go sprzedać. Ciekawe, ile ludzie dadzą za tę bestię. 

Lyanna?

Widzisz czyny, ale nie wiążesz ich z konsekwencjami.

Godność| Margaret ‘Margo’ Smoak
Wiek| 23 lata
Ród| Smoak
Stanowisko| Zielarz
Osobowość| Margaret od zawsze była lekkoduchem. Czerpie z życia to, co najlepsze. Uważa, że należy cieszyć się każdym dniem. Jej optymizm i chęć niesienia pomocy cieszy wszystkich wokół. Na twarzy tej uroczej blondynki często widnieje uśmiech. Na co dzień jest raczej spokojna i łagodna. Wszystkie działania Margo są zazwyczaj dobrze przemyślane. Inaczej mówiąc, lubi mieć wszystko zaplanowane. Czasami odważy się na jakiś ryzykowny krok. Mimo, że należy raczej do tych rozważniejszych, jeśli tylko nadarzy się okazja, ucieka gdzieś. Jak każdy, lubi od czasu do czasu pobyć trochę sama. Zawsze kogoś wysłucha i postara się jakoś doradzić. Można jej śmiało zaufać, zaś trudno o to u niej. Potrzeba naprawdę wiele czasu, żeby to ona sama obdarzyła kogoś swoim zaufaniem. Wydaje się być bardzo otwarta na ludzi, ale tak naprawdę zachowuje dystans. Wyznaje zasadę, że jeśli ktoś się nie stara, ona też nie będzie. Nigdy z nikim szybko się nie spoufala. Takie zachowanie spowodowane jest wcześniejszymi zawodami Margaret. Dziewczyna jest trochę zbyt naiwna, co stara się za wszelką cenę wyprzeć. Kiedyś wierzyła, że każdy spotkany przez nią człowiek jest dobry, ale wcześniej wspomniane zawody zmieniły to podejście. Jest odważna i pewna siebie. Czasami potrafi się zbyt szybko w coś angażować, ale i równie szybko może się do czegoś zniechęcić. Margaret to też trochę wesołek, kiedy ktoś jest smutny, stara się go rozweselić, nawet jeśli ma robić z siebie głupka. A co do wad Margo, to jest ich kilka, bo przecież nie ma ludzi idealnych. Dziewczyna miewa swoje humorki. Łatwo ją czasami zdenerwować, przez co może być naprawdę niemiła. Sama siebie porównuje do z pozoru cichego wulkanu, który kumuluje w sobie wszystko, żeby w momencie przekroczenia granicy wszystko z siebie wyrzucić. Miewa czasami huśtawki nastroju. Ma dystans do siebie, ale łatwo przekroczyć tą granicę, kiedy to słowa ranią Margo. Potrafi przyznać się do błędu i poprosić o pomoc.
Historia| Margaret urodziła się jako drugie dziecko, a pierwsza córka z rodu Smoak’ów. W przeciwieństwie do swojego o trzy lata starszego brata, dziewczyna uwielbiała długo spacerować, bawić się ze zwierzętami. Mimo wielu podobieństw, różnili się. To właśnie brat był tym rozważniejszym, co nie wpłynęło na ich bardzo dobre relacje. Osiem lat później przyszedł kolejny potomek, chłopiec. Dziewczyna była w nim po prostu zakochana. Uwielbiała pomagać przy zajmowaniu się bratem. W jej życiu nie wydarzyło się nic tragicznego, co mogłoby na nią wpłynąć. No, może oprócz paru sytuacji. Gdy miała czternaście lat, była już dosyć dojrzała jak na swój wiek, poznała rok starszego chłopaka. Syna szewca. Dogadywali się dobrze, przynajmniej na początku. W późniejszym czasie czuła się jak jego własność. Częste stały się kłótnie, a za każdym razem wina spadała na nią, nawet jeśli nic nie zrobiła. Wyniszczyło to trochę Margo, ale podniosła się. Nikomu o tym nie mówiła, co było powodem ich rozstania, oprócz dwóch przyjaciółek. Później pojawił się kolejny chłopiec, który oszukał Margo, tym samym łamiąc jej serce. O tym też nikt z rodziny się nie dowiedział. Po prostu żyła dalej. W końcu na dłuższy czas odpuściła sobie takie zauroczenia i zajęła się czymś, co ją uspokaja i sprawia jej radość.
Serce| Heteroseksualna; jak na razie był jeden, ale żałuje tej znajomości.
Zwierzę| Mróz, Kovu
Ciekawostki| 
- Uwielbia chodzić na wieczorne spacery i czytać książki.
- Całkiem dobrze jeździ konno.
- Ma dwójkę braci; starszego i młodszego.
- Gdy pada deszcz, często śpi.
- Nie potrafi walczyć mieczem itp.
- Dobrze gotuje.
Inne zdjęcia| x x x
Kontakt| Misza213 | lobelia213@gmail.com
Autor| Na chacie jako Nyan. Piszę w 1 os.l.poj.

Od Lyanny C.D. Arkadiusa

- Nie myślę teraz o swoim życiu. - zmarszczyłam brwi, dalej nacierając maścią ramię gwardzisty - Jeśli królestwo będzie zagrożone, to nie ja dobędę miecza. Będą go bronić tak wspaniali ludzie, jak ty, sir. 
- Ale to ty, pani - zauważył trafnie Arkadius - jesteś jedyną dziedziczką tronu Weaverów. Jeżeli, odpukać!, coś by się tobie stało, lady, nie byłoby następcy.
Dlaczego mężczyźni, na których natrafiam, zawsze muszą mieć rację? Ilekroć mam jakiś ciekawy argument, zawsze znajdą coś o wiele lepszego, by zupełnie zbić mnie z pantałyku. Przerwałam na chwilę opatrywanie ran, myśląc nad odpowiedzią, ale ostatecznie nie skomentowałam wypowiedzi gwardzisty, więc powróciłam do mej roboty.
- Czujesz już się lepiej, sir? - zapytałam z troską w głosie. Może trochę z ciekawości, może trochę bardziej z chęci zmiany tematu i przerwania niezręcznej ciszy.
- Tak długo, jak nie jestem u wrogów, czuję się lepiej. - pokiwał głową niemalże niewidocznie, lekko się uśmiechając. Odwzajemniłam ten gest i, niewiele myśląc, przesiadłam się na brzeg jego łoża.
- Szukano cię wszędzie, sir. - zaczęłam po krótkiej chwili - Wszyscy byli bardzo przejęci twym zaginięciem. Mój ojciec wysłał dziesięciu rycerzy, by szukali cię na szlaku do Harlay'ów oraz u nich. Gdy cię nie znaleziono, namówiłam go również, żeby rozesłał kruki po strażnicach i nakazał poszukiwania. Potem, jak paru rycerzy jechało w te strony, ubłagałam go o możliwość pojechania z nimi. Zapewniłam, że będę bezpieczna, że jedziemy do obozu, że mam przy sobie strażników. Gdyby nie Mortimer, mój wilkor, z którym tu przyjechałam, być może byśmy cię nie znaleźli. To on w nocy zaczął szczekać, no i poprowadził mnie do ciebie. Jeszcze mu to sowicie wynagrodzę. - zaśmiałam się cicho - Nawet nie wiesz, sir, jak bardzo się cieszę, że jesteś znów wśród nas. Dni, kiedy cię nie było, były dla mnie dniami pełnej udręki. Nie mogłam myśleć o stracie tak wspaniałego rycerza i tak honorowego mężczyzny, który tak się przysłużył dla królestwa. - uśmiechnęłam się.

Arkadius?
Mam nadzieję, że w miarę wyszło XD

Od Jimmiego C.D. Lydii

Wybrałem się z rana na polowanie. Jak zwykle za ekwipunek służył mi jedynie koń i łuk ze strzałami. Galopowałem tak wśród drzew, a nieopodal mnie dało się słyszeć inny stukot kopyt. Na początku byłem pewny, że to właśnie to, czego szukam, czyli jakiś zbłąkany jeleń, jednak stukot ten wydawało zwierzę nieco cięższe. W końcu zobaczyłem, że to najzwyczajniej drugi jeździec. Super, pewnie ten również na polowanie. Postanowiłem odłączyć się od niego, bo dwóch myśliwych na jednym terytorium to o jednego za dużo. Zacząłem poganiać konia, bezmyślnie zmuszając go do cwału na leśnej drodze, co było naprawdę głupie. Gdy zaczynałem oddalać się od jeźdźca, ten zaraz mnie dogonił, jakby pomyślał, że rzuciłem mu wyzwanie, chcąc urządzić wyścig wśród drzew. Po raz kolejny popędziłem konia, a przeciwnik znów próbował mnie wyprzedzić. 
- Może to polowanie nie będzie tak całkiem nudne. - powiedziałem sam do siebie, uderzając konia, aby go pospieszyć. 
Jak nieznajomy chce wyścigu, to go dostanie. 
Co chwilę któryś z nas wysuwał się na prowadzenie i wszystko było okej i nawet całkiem zabawnie, gdyby nie moment, gdy ten zajechał mi drogę, spychając mnie z drogi. Nie wiem, czy zrobił to specjalnie, czy nie, ale mój koń się zachwiał i zwolnił. Co prawda się nie wywrócił, ale to i tak wystarczyło, aby podnieść mi ciśnienie. Zacząłem poganiać konia jak nigdy wcześniej. Złapałem za łuk. A po drodze zerwałem szyszkę ze świerku. Potem pojechałem wystarczająco blisko przeciwnika, który był pewny, że zostałem daleko z tyłu. Akurat wyjechaliśmy na jakąś polanę. Puściłem wodze pozwalając koniu samemu się prowadzić, a sam wycelowałem łuk w tył konia przeciwnika. Tyle, że nie strzałą, co szyszką. Gdy szyszka uderzyła w tył konia z zadziwiającą mocą, ten spłoszył się i zaczął buntować się jeźdźcowi i przestraszony wierzgnął. Jeździec spadł, a koń pobiegł przed siebie. Zatrzymałem się obok obolałego, zdezorientowanego przeciwnika, który leżał na ziemi. Patrzyłem, szyderczo się uśmiechając, gdy wstawał. Wtedy ściągnął kaptur i pokazał mi twarz oraz swoje wkurzenie. Wtedy dopiero zobaczyłem, że to kobieta. 

Lydia?

Od Lyanny C.D. Jimmiego

Po krótkim wahaniu ze względu na trwogę o bezpieczeństwo Mortimera (no i może troszkę Jimmiego), popędziłam konia i ruszyłam szybkim kłusem pod zamek. Ukryłam się pod murem, przy drzewie, tak, aby potencjalni mniej życzliwi strażnicy mnie nie zauważyli i nie donieśli ojcu o mych nocnych eskapadach. Otuliłam się mocniej futrem, gdyż robiło się coraz chłodniej, ze względu na późną porę. Przywiązałam konia, na którym przyjechałam, do brzozy nieopodal mnie, po czym usadowiłam się pod murem. Walczyłam ze sobą ze wszystkich sił, żeby tylko nie zasnąć, co było, jakby nie patrzeć, niezwykle trudne. Musiałam być czujna i uważać, czy nie zbliża się jakiś zwierz albo zły człowiek, czyhający na moje życie. Czas strasznie mi się dłużył, dlatego zajęłam się rozmyślaniem i splataniem sobie luźnych warkoczyków. Po jakimś czasie, ku mej ogromnej uciesze, usłyszałam szczekanie. Wkrótce później zza leśnych drzew wynurzył się Mortimer, merdając ogonem i biegnąc w moją stronę. Niedaleko za nim szedł szybkim krokiem również Jimmy, z lekko ubrudzonymi nie swoją, jak mniemam, krwią dłońmi. Odetchnęłam z ulgą. Zarówno wilkor, jak i mężczyzna, byli cali, zdrowi i bezpieczni. Nie byłam zbyt zadowolona faktem, że przyłapałam się na myśleniu o bezpieczeństwie Jima. Moja mózg krzyczał: "Ogarnij się, Lyanno, nie-na-wi-dzisz go!", serce natomiast szeptało nieśmiało: "Jak dobrze, że wrócił. To dobry człowiek". Nie chciałam okazywać swej radości z faktu ponownego spotkania z mężczyzną, ale niezbyt mi się to udało.
- Dobrze, że jesteś. - wstałam i podeszłam do niego - Widzę, że rozprawiłeś się z ową bestią. Sądząc po przerażeniu chłopów... No i tym jeleniu, którego znaleźliśmy... Zwierz był silny. To świadczy o twych umiejętnościach, że się z nim rozprawiłeś. Zrobiłeś wiele dobrego dla mieszkańców wioski, a tym samym dla korony, uwalniając chłopów od zmory tej bestii. - ostatnią regułkę wypowiedziałam bardziej z faktu, że tak wypada, a nie od serca - W każdym razie, jestem ci niezwykle wdzięczna, Jim. - podeszłam jeszcze trochę bliżej, uśmiechając się delikatnie. Mo podszedł do mnie, siadając tuż przy mym boku.

Jimmy? :3

Od Arkadiusa C.D. Lyanny

Już chciałem coś powiedzieć, z mojego gardła jednak wydobył się tylko cichy, niezrozumiały szept. Odkaszlnąłem, mając nadzieję, że uda mi się coś powiedzieć, ale księżniczka szybko zareagowała, podając mi kielich z wodą.
- Pij - poprosiła. - I nic nie mów.
Upiłem trochę wody, zwilżając gardło, a lady zabrała naczynie, odstawiając je na stolik obok. Spojrzała na mnie z troską, a ja poczułem to dziwne uczucie, które pojawiło się także wtedy, gdy jej ślubowałem. Fakt, że cała uwaga księżniczki jest skupiona tylko i wyłącznie na mnie, że martwi się o mnie, była dla mnie bardzo cenna. Wyolbrzymiałem to chyba jednak za bardzo. Dla każdego innego Gwardzisty zapewne lady Lyanna zrobiłaby to samo. Miała zbyt dobre serce i była miłościwa. Nie zmieniało to jednak faktu, że jej poszukiwania mnie wpędziły ją na wrogie ziemie. Skoro zaatakowano tutaj mnie, Gwardzistę, to co mogło tu grozić księżniczce...
- Powinnaś wracać do Królewskiej Przystani, ma pani - szepnąłem cicho. - Roi się tutaj od twych wrogów.
- Nie jesteś jeszcze w stanie wracać - powiedziała łagodnie, wracając od opatrywania mych ran. Ostrożnie dokończyła smarowanie jakąś nieznaną mi maścią oparzeń na mej lewej ręce, unikając miejsc, w których ręka była złamana. - Byśmy wyruszyli w podróż, musisz wydobrzeć.
Pokręciłem lekko głową, nie chcąc, by księżniczka Lyanna narażała się jeszcze bardziej, niż dotychczas. Wiedziałem, że zawdzięczam jej życie i że prawdopodobnie gdyby nie ona, umarłbym z wychłodzenia lub znaleźliby mnie sługusy Velaryon'ów. Kiedy lady Lyanna odnalazła mnie w lesie, myślałem, że mam już omamy, że umieram. Widząc w mroku jej twarz, piękną jak zawsze, nie mogłem uwierzyć, iż to naprawdę ona.
Moja radość z jej widoku nie trwała jednak długo, gdyż od razu zacząłem drżeć o jej życie. Roiło się tu od Velaryon'ów i ich popleczników, których celem było przejęcie tronu. Niespodziewaną uciechą byłoby dla nich pojmanie księżniczki, która przebywała akurat w ich stronach. Nie mogłem nawet myśleć, by Lyanna przeżyła chociaż ułamek tego, co ja, z ręki moich oprawców. Zabolałoby mnie to o wiele bardziej, niż doznane z ich ręki krzywdy.
Jeśli chodziło o jej bezpieczeństwo, ufałem tylko sobie, a tak się składało, że teraz nie byłbym w stanie jej ochronić, mimo największych chęci. Byłem całkowicie nieprzydatny, a tylko ściągałem na wszystkich niebezpieczeństwo.
- Mimo wszystko, powinna księżniczka... - zakaszlałem, zaraz przejmując przerwany wątek. - Powinna księżniczka wziąć najlepszych rycerzy i uciekać od niebezpieczeństwa. Gdy... Gdy będę w stanie, razem z kilkoma pozostałymi, wrócę, by nadal ci służyć, ma pani.
- Jeśli zostawiłabym cię z kilkoma zaledwie rycerzami, niechybnie by was wszystkich tu wybili - powiedziała spokojnie księżniczka. - Zaczekamy kilka dni, nim ruszymy w drogę - postanowiła, a jej ton oświadczał, iż nie znosi żadnych sprzeciwów.
- Najcenniejsze jest twoje życie, pani. Proszę, miej to na uwadze - szepnąłem, przymykając lekko oczy.

(Lyanna?)
Szablon wykonała prudence. z Panda Graphics.