piątek, 2 grudnia 2016

Od Lyanny cd Dalrana

- Jakikolwiek wpływ? - zacisnęła zęby w przypływie wściekłości i wstrzymała oddech - jakikolwiek wpływ? Jesteś młodym Velaryonem, jak mniemam, więc  p o w i n i e n e ś  mieć jakikolwiek wpływ! - uniosła lekko głos, lecz starała się nie być zbyt agresywną. Z całą pewnością nie pomogłoby to jej zbytnio, a tylko utrudniło ucieczkę z zamku wroga. Przymrużyła lekko oczy.
- Uwierz mi - zaczął po krótkim wahaniu, rozważnie dobierając słowa - Nie mam. Zaraz gwardzista przyniesie ci coś do jedzenia i trochę wody...
- Twoi ludzie mnie porwali. Porwali w świętym miejscu, do cholery! - wycedziła, chociaż wiedziała, że to żaden argument.
- Wojna - skwitował krótko, a ja nie mogłam się z nim nie zgodzić - To zwie się wojną.
Nagle do lochów wkroczył mężczyzna w sile wieku, dzierżący w dłoniach chleb i dzban wody. Zawahał się chwilkę, widząc syna swego pana obok więźniarki, ale złożył to, co przyniósł, przed kobietą. Nie odezwał się przy tym żadnym słowem; żadnym westchnięciem, ani nawet najcichszym odgłosem. Po momencie, nieco skrępowany, wyszedł sztywnym krokiem na światło dzienne.
- Nic wam to nie da - oznajmiła w miarę konsumowania posiłku; była głodna, jak nigdy dotąd, więc łapczywie brała coraz to kolejne kęsy chleba - Nie łudźcie się.
- Co nic nam nie da? - z początku rozmówca najwyraźniej nie zrozumiał jej skrótów myślowych.
- Porwanie mnie - zmierzyła go wzrokiem - Mój ojciec ma rozum. Nie odda tronu wrogowi, choćbym miała gnić w tej pieczarze po wsze czasy, pożerana przez szczury.
- Więc teraz zwą to rozumem? - odparł dobitnie. Zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc w pierwszej chwili, co mężczyzna miał na myśli.
- Owszem - odrzekła po chwili - władza ma pierwszeństwo, jak sądzę. Tak mnie uczono. Pomyśl: przejmiecie koronę, a wszystkich Weaverów wyrżniecie w pień. Wypędzicie, pomordujecie. W życiu trzeba mieć priorytety; dla mnie jest nim tron.
- Cenisz go ponad rodzinę? - zadał jej pytanie, nie wykazując żadnych większych emocji.
- Otóż to. W obecnej sytuacji politycznej korona oznacza moje życie, a moje życie jest mi najmilsze.
- Skoro twój ojciec pozwoliłby ci tu zginąć, by tylko nie oddawać nikomu władzy, to i tak: cóż z tego będzie miał? Jak słyszałem, śmierć nadchodzi już do niego wielkimi krokami. Braci ci zabito... Cokolwiek nie zrobisz, będzie źle.
- Dobrze wiesz, kto zabił Raynalda, mojego drugiego brata - spauzowała na chwilkę, dając sobie czas na przemyślenie swych słów - Wy. Twój ród. Ktoś od was. Ale miejcie na uwadze, że choćbyście wybili połowę naszego domu, my zawsze spłacamy swoje długi.
- To nie było zależne ode mnie - odparł z kamienną twarzą. Poczuła lekki niepokój, nie mogąc wyczytać żadnej emocji z jego mimiki.
- Uwierz mi, gdybyś chciał, miałbyś znaczący głos w rodzinie, Dalranie Velaryonie - tymi właśnie słowami zakończyła rozmowę.

***

Blask słoneczny, a raczej jego żałosna imitacja, oślepił jej oczy. Świat wydawał się być zupełnie inny, gdy wyszła wreszcie go ujrzeć. Zapowiadało się na to już od wielu dni, lecz śnieg zaskoczył ją dopiero teraz, gdy miała okazję wyjść na zewnątrz. Nie był to niestety słodki smak wolności, lecz rozkaz od samego lorda Velaryona, by przetransportować ją do jednej z Bliźniaczych Wież, znajdujących się ze dwa dni drogi na wschód. Czuła się o wiele lepiej, gdy dostała ciepłe futro i mogła zdjąć wreszcie swoją brudną, podartą już, atłasową suknię. Lecz teraz jej ręce znów były związane, a ona sama umierała od środka, nie mogąc przyjąć do siebie myśli o swej porażce.
Młody Velaryon, ten sam, z którym jeszcze dzień wcześniej prowadziła dyskusję, miał być właśnie tym, co miał ją tam przetransportować. Lyanna pomyślała, że to może dlatego, że sprawami zamkowymi zajmą się w międzyczasie jego ojciec oraz starszy brat, a ten młodszy - zdaje się, niepotrzebny - wysłany został w podróż na zimne równiny Lodowych Ziem.
Koń był spory, a siodło też niemałe, więc dama siedziała, unieruchomiona, za plecami młodzieńca. Gdy wyjeżdżali z fortecy, przymknęła oczy, modląc się, aby był to jakiś sen. Nie był. Naprawdę została porwana, naprawdę właśnie jechała do Bliźniaczych Wież ze swym wrogiem, i nie mogła nic zrobić. Gdyby tylko Mortimer tu był! Zagryzłby tego konia, będąc sam niewiele mniejszy od dzikiego kota. Lyanna miał cichą nadzieję, że skoczyłby do gardła i młodemu Velaryonowi, przywracając jej tym samym kuszącą wolność.
- Jak długo jeszcze będziemy jechać? - zapytała po paru godzinach wędrówki, przerywając okropne milczenie.
- Jesteśmy niedaleko.
- Dzień? Pół dnia? 
- Jesteśmy niedaleko - powtórzył.
- A może się zgubiłeś i nie wiesz, gdzie jesteśmy? - uniosła brwi, uśmiechając się lekko.
- Wiem, gdzie jesteśmy - odparł ozięble, nie zwracając ku niej swej twarzy.
Pokiwała głową w zadumie.
- W porządku, w porządku! - wycofała się ostrożnie - Nie czujesz się źle z tym, że jesteś tak wykorzystywany? No spójrz: twój tatko i braciszek wygrzewają się wśród tych czterech ścian, a ty co? Będziesz jechał dwa dni w tym mrozie, z dziewczyną, której nie znasz? - przechyliła lekko głowę - Pasuje ci to, naprawdę? Bo jesteś najmłodszy? Nie pozwól na to. Mógłbyś mieć głos, mógłbyś zarządzać całym swoim rodem - ciągnęła zachęcającym głosem - Mam na to sposób. Wiem, co możesz zrobić, żeby być najważniejszy w rodzinie. 
- Jeszcze wczoraj odnosiłaś się do mnie z wrogością - zauważył podejrzliwie.
- Zapomnij. Jesteś inny, niż starsi z Velaryonów. Wiesz, da się ciebie lubić. Jak dojedziemy do Wież, mogę to wszystko ci wytłumaczyć... Jeśli chcesz - uśmiechnęła się, starając się, żeby nie zdradzać mych planów. To musiało się powieść.

Dalran? Niebezpieczna kobietka ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonała prudence. z Panda Graphics.