środa, 22 marca 2017

Od Jaimego

- Mam nadzieję, że spełniłeś swe obowiązki i koń jest już gotowy? - zapytałem Artysa, giermka, który szedł za mną szybkim krokiem - To jeden z moich najważniejszych turniejów kiedykolwiek. Będzie go obserwował sam król i księżniczka.
- Tak, Joramun jest już w pełni gotowy. - odparł Artys z zapałem, próbując dorównać memu żwawemu krokowi - Wyszczotkowałem go, uczesałem grzywę, oczyściłem kopyta i osiodłałem. Będzie się z pewnością niezwykle prezentował, sir.
- To dobrze. - odrzekłem, wchodząc do stajni. Ogier był już gotowy i nastawił uszu, kiedy mnie zauważył. Wyprowadziłem go na zewnątrz i skierowałem w stronę placu, gdzie odbywał się turniej. Wszystkie miejsca na widowni były już pozajmowane, również to honorowe, przeznaczone dla królewskiej rodziny. 
- Widzi sir tego rosłego rycerza w zbroi rodu Sand, o tam? - zapytał Artys - To z nim sir będzie się potykał.
- To sir Robin Sand, o ile się nie mylę? - zwróciłem się do giermka - Dużo o nim słyszałem. Ponoć jako dwunastolatek zabił dorosłego mężczyznę, który go zaatakował.
- O, tak, sir, również słyszałem te plotki. - mój młody sługa pokiwał głową - Swego czasu całkiem interesowałem się tą sprawą. Zapytałem ostatnio lady Cyrennę Crakehall, Starszą nad Szeptaczami, o prawdziwość tejże historii, jednak nie miałem wystarczająco pieniędzy przy sobie, by móc wyciągnąć od niej więcej informacji.
- Wysoko się ceni. - odparłem w zamyśleniu - Chyba, że za tą plotką kryje się jakaś głębsza i ciekawsza historia.
Przerwaliśmy konwersację, gdy zostałem wywołany, by stawić się przed królem. Ścisnąłem łydkami boki Joramuna, który od razu posłusznie ruszył do przodu. Zatrzymałem się przed obliczem władcy i ukłoniłem nisko, a księżniczce posłałem czarujący uśmiech. Sir Robin Sand nie starał się jednak o dobre wrażenie, chcąc najwyraźniej pozostać tym groźnym, dlatego jedyne, co zrobił, to ukłonił się niemalże niewidocznie i skierował się w stronę swego miejsca początkowego. Wkrótce uczyniłem to samo, zauważając, że Joramun jest bardziej niespokojny, niż zwykle, i nad wyraz chętnie rwie się do biegu. 
Chwilę po zajęciu miejsc niski mężczyzną zadął w trąbę, a nasze konie ruszyły przeciwko sobie. Za pierwszym minięciem nie udało się żadnemu z nas strącić przeciwnika, gdyż obie kopie obiły się o brzegi tarcz z naszymi herbami. Przyszła kolej na drugie, w moim przeczuciu decydujące, podejście, więc wziąłem głęboki oddech i popędziłem Joramuna, skupiając się najmocniej, jak mogłem. Jednak tuż przed naszym starciem mój koń zwolnił nieco, buntując się, co przesądziło o mojej porażce. Kopia sir Sanda uderzyła w moją zbroję, zrzucając mnie z mego ogiera. Musiałem upaść dosyć niefortunnie, gdyż poczułem ogromny ból w mej lewej nodze. Mimo, że miałem ochotę wrzasnąć z bólu, nie zrobiłem tego, a jedynie podniosłem się z trudem, klnąc w duchu. Byłem tak wściekły, że mógłbym wyciągnąć miecz i pozbawić sir Robina głowy tu i teraz, jednak powstrzymałem się przed tym. Dopiero teraz zwycięzca, po przyjechaniu przed majestat króla, ukłonił się nisko, co wprawiło mnie w jeszcze większą wściekłość. Artys musiał pomóc mi zejść z placu i odprowadzić konia, gdyż ciężko było mi się poruszać o własnych siłach.

***

- Sir... - giermek wszedł do pomieszczenia, w którym leżałem na łożu - ... odkryłem coś nieprawdopodobnego. 
Podniosłem głowę. Moja złość trochę opadła po czasie, jednak wciąż miałem okropne samopoczucie. Artys podszedł do mnie i pokazał mały, szary kamyk.
- Był pod siodłem. - oznajmił, obracając go w palcach - Wypadł, gdy rozsiodływałem Joramuna.
- Co? - nie dowierzałem. Albo zrobił to giermek Sanda, albo któryś z ludzi, którzy obstawiali za pieniądze jego wygraną. Wściekłość z powrotem zagościła w mym sercu. Już miałem coś dodać, kiedy drzwi otworzyły się, a do środka nieśmiało weszła Leah, jedna z służek.
- Dostałam polecenie, aby opatrzyć złamaną nogę. - zawiadomiła cichym, łagodnym głosem. 
- Dobrze. - westchnąłem. Wtem do pokoju weszła Olene, moja narzeczona, i, zanim Leah zaczęła opatrywać złamanie, usiadła na brzegu łoża i ścisnęła mą dłoń.
- Ach, Jaime... - jęknęła swym delikatnym głosikiem - Myślałam, że ten olbrzym cię zabije. Jakże się przeraziłam, gdy spadłeś z tego konia. Nie ruszałeś się przez chwilę, myślałam, że coś ci się stało.
Leah na chwilę przystanęła, jakby przysłuchując się słowom Olene, jednak po paru sekundach kontynuowała leczenie.
- Nic mi nie jest. - zapewniłem - To tylko złamanie. Pewnie bym wygrał, gdyby nie ten kamień! - dodałem zirytowanym tonem, pokrótce wyjaśniając przyczynę dziwnego zachowania mojego konia - Miałem duże szanse...
Olene ucałowała mnie w policzek.
- Nie smuć się, jeszcze na pewno będziesz miał wiele okazji do pokazania swych umiejętności.
Westchnąłem.
- Racja. - odparłem, nieco uspokojony.
- To ja... wrócę już do ojca. - rzekła dziewczyna, całując mnie jeszcze raz na pożegnanie, po czym opuściła pokój.
- A ty widziałaś tę walkę? - Artys, dotąd milczący, zadał pytanie Leah. 

Leah? >.>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonała prudence. z Panda Graphics.