piątek, 24 marca 2017

Od Lyanny C.D. Arkadiusa

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć czy pociągnąć za język, rycerz znów mnie pocałował. Nie sprzeciwiłam się temu, a jedynie oddałam pocałunek, chwytając Arkadiusa delikatnie dłońmi za ramiona.
- Ciebie również się nie boję. - uśmiechnęłam się lekko, spoglądając mu wprost w oczy. Zanim zdołał jakkolwiek się wytłumaczyć czy dodać coś od siebie, złożyłam jeszcze raz pocałunek na jego ustach, tym bardziej bardziej namiętny - Ja tylko...
Moją wypowiedź przerwał bardzo głośny trzask łamanej gałęzi, a chwilę potem dźwięk kroków. Natychmiast oderwałam się od Arkadiusa, ukrywając się za jednym z ozdobnych krzewów, podobnie zrobił też Mortimer. 
- Podrick? - usłyszałam zdumiony głos rycerza - Cóż ty tu robisz?
- Ja...? - chłopak był równie skonsternowany, co jego pan - Ja tylko... ja przysnąłem w stajni.
Rozchyliłam delikatnie gałązki, by widzieć, co się dzieje. Arkadius rozczochrał włosy dzieciaka, kręcąc głową i uśmiechając się.
- Ach, ty. - rzekł - Zmykaj do siebie, młody.
- A, właśnie... - przypomniał sobie giermek - Chyba wołał cię stajenny, sir. Zdaje się, że chodzi o konia czy tam ekwipunek. 
Chłopak spojrzał na rycerza wyczekująco, jakby zastanawiając się, dlaczego jeszcze zwleka z udaniem się do stajni, także Arkadius, rzucając przelotne spojrzenie w moją stronę, poszedł za swym giermkiem. Po paru minutach, upewniwszy się, że nikogo nie ma w okolicy, opuściłam mą kryjówkę i wraz z wilkorem udałam się do zamku.

***

Nie myślałam, że spotkam kogokolwiek o tej porze na korytarzach, a jednak to się stało. Miałam nadzieję, że drobny spacer, mój i Mo, ujdzie nam na sucho i nikt nas nie zauważy, lecz, wracając do komnaty, natrafiłam na sir Robba Tranta, namiestnika, idącego powolnym krokiem.
- Lady? - zmarszczył brwi na mój widok, zatrzymując się - Dlaczego tutaj?
- Hm... - zacięłam się na chwilę, próbując wymyślić wymówkę - Byłam spragniona, musiałam pójść do kuchni, bo akurat Delli nie było w pobliżu, by przynieść mi wodę.
Wiedziałam, że stary sir Trant był wystarczająco inteligentny i znał mnie zbyt dobrze, żeby nabierać się na takie tanie wymówki, jednak tym razem ją zignorował, zamiast mnie upomnieć.
- Coś się stało? - zapytałam z ciekawością, prostując się - Czy sir mnie szukał?
- Owszem. - skinął głową ponuro, po czym odwrócił się w stronę, skąd przyszedł - Niech lady za mną pójdzie.
- Co jest? - ciągnęłam, nieco bardziej niespokojnie, ruszając za nim - Coś złego się wydarzyło?
Nie odpowiedział, lecz zaprowadził mnie do komnaty mego ojca. Podejrzewałam, co to znaczyło. Po otwarciu masywnych, zdobionych drzwi niemalże wbiegłam do środka, zastając ojca leżącego w bezruchu na łożu. Wzięłam głęboki oddech i przykucnęłam przy nim, chwytając jego dłoń.
- Przykro mi. - nieznany mi lekarz położył mi dłoń na ramieniu - Naprawdę mi przykro z powodu tejże straty.
Nie odpowiedziałam mu, a jedynie ścisnęłam dłoń ojca. A więc ta chwila nadeszła. Nie spodziewałam się, że zareaguję na nią w ten sposób. Myślałam, że wybuchnę płaczem, będę zła, smutna, cokolwiek. Tymczasem odczułam pewien rodzaj... ulgi? 
Chyba tak.
Nie musiałam już widzieć ojca, który z trudem oddychał i ledwo stał na nogach. Nie musiałam patrzeć, jak cierpi, kiedy próbuje wyrzec choć słowo. I nie musiałam żyć w stresie, oczekując na chwilę jego śmierci, w której wszystkie moje emocje wybuchną. Tymczasem, jak na przekór, nie zrobiły tego. 
- Dawno... odszedł? - zapytałam lekarza, spoglądając na niego. 
- Zaledwie parę minut temu. - odparł medyk, wciąż swym pełnym żalu głosem, po czym zacisnął wargi - Powiedział... powiedział, że będzie czuwał nad tobą, księżniczko.
- Ach... - wymsknęło mi się, po czym znów zwróciłam wzrok na surową twarz mego rodzica - Przynajmniej jest już z moją matką, jak sądzę.
- Zapewne. - pokiwał głową milczący dotąd sir Trant. Tylko on i ja w tym pokoju zdawaliśmy się zachowywać względny spokój.
Wstałam i, patrząc jeszcze chwilę na nieruchomego króla, odwróciłam się i wyszłam z komnaty.

***

- Czujesz się już lepiej, moja lady? - zapytał z troską w głosie Jory, głaszcząc mnie po policzku. Powoli się do niego przybliżyłam i położyłam głowę na jego ramieniu.
- Jest w porządku. - odparłam, kiwając lekko głową - Czuję się dobrze.
- To dobrze, gdyż nie mógłbym znieść troski na twarzy mej lady. - sir Reed odsunął się odrobinę, by spojrzeć mi w oczy. Ujrzawszy mój lekki uśmiech, ucałował mnie w czoło - Myślałem, że ceremonia pogrzebowa... zepsuje mej lady humor.
- W żadnym wypadku. - odrzekłam pewnie - Cieszę się, że, gdziekolwiek mój ojciec jest, jest z mą matką. A teraz... czy mogłabym pobyć sama? Pospaceruję sobie tu i ówdzie.
- Jasne, moja lady. - mój mąż ucałował mnie raz jeszcze - Czy potrzebujesz strażnika?
- Nie, nie. - zaprzeczyłam szybko - Poradzę sobie sama.
Początkowo miałam w planach  udać się do ogrodów, jednak ostatecznie skończyło się na powolnej przechadzce po korytarzach zamku. Nikt, kto mnie mijał, nie mówił mi nic, nie chcąc zapewne mi przeszkadzać. Miło było choć przez ten czas nacieszyć się spokojem, nie będąc ciągle pozdrawiana i pytana o samopoczucie.
Właściwie jedyną osobą, która nie pozostała milcząca, był nikt inny jak sir Arkadius, który nie widział mnie od czasu naszego nocnego spotkania i nie miał okazji porozmawiać ze mną od pory śmierci mego ojca. 
- Księżniczko... - szepnął, spostrzegając mnie, i natychmiast zwolnił kroku - Tak bardzo mi przykro.
Uśmiechnęłam się lekko i przez krótki czas, po czym wyszukałam opuszkami mych palców wierzchu jego dłoni.
- Spokojnie. Ja... nie martwię się. - rzekłam ze spokojem w głosie - Pogodziłam się już z tą myślą.
Chwyciłam jego dłoń mocniej, spoglądając mu prosto w oczy.
- Cieszę się, że chociaż ty możesz przy mnie być. - przyznałam - Sam twój widok jest dla mnie pociechą.

Arkadius? :v

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonała prudence. z Panda Graphics.