niedziela, 29 stycznia 2017

Od Arkadiusa C.D. Lyanny

Słysząc uchylanie się drzwiczek od piwnicy, w której byłem przykuty, podniosłem tylko głowę. Światło które wdarło się do ciemnego pomieszczenia nie było światłem dziennym, pochodziło raczej od pochodni, moje oczy jednak po kilku tygodniach całkowitego mroku zamknęły się, piekąc. Chociaż nie, nie siedziałem tu tygodniami, już dawno umarłbym z pragnienia lub z głodu. Mimo iż gardło piekło mnie niemiłosiernie, tak samo jak wnętrzności, nie umierałem. Jeszcze. Siedzenie w całkowitej ciemności nie sprzyjało jednak mojemu wyczuciu czasu. Czułem się jak po miesiącach w zamknięciu.
- Pies Weaver'ow - zakpił rycerz, jeden z tych, który mnie pojmał w swej cholernej zasadzce. - I do czego cię to zaprowadziło?
- Pies Velaryon'ów - splunąłem, rwąc się do przodu, zatrzymały mnie jednak przykuwające mnie do ściany łańcuchy, boleśnie uwierając moje nadgarstki. - Dalej niż ciebie. Mam honor.
- Wypominasz nam zasadzkę i przewagę liczebną? - zakpił. - Silniejsi wygrywają. Silniejsi rządzą.
- I silniejsi ścinają swych wrogów - dodałem cicho, umęczonym głosem. - Stracisz głowę z mojej ręki na rozkaz mego króla.
- Jeszcze wydasz nam swego króla - zakpił rycerz. - Już niedługo. Łamaliśmy nie takich.
- Mnie nie złamiesz. Prędzej tu zgniję, niż zdradzę Koronę - zapewniłem.
- Potrafię łamać charakter poprzez łamanie kości - mężczyzna uśmiechnął się, ukazując swe żółte zęby.
I uśmiech ten nie znikał mu z ust ani na chwilę, gdy zbliżał się do mnie...

***

Osunąłem się na chłodne cegły, będące podłogą piwnicy i przyłożyłem do nich pokryte potem czoło, ciężko dysząc.
- Krzyczący Gwardzista - zakpił mój oprawca. - Niesłychane. Krążą legendy, iż są oni tak mężni, że podczas najgorszych tortur i najokrutniejszych śmierci nie wydają z siebie choćby najmniejszego jęku. Ja słyszałem już wielu krzyczących. Ty jednak dałeś największy popis.
Chciałem mu odpowiedzieć, przekląć go, ale moje gardło było tak zdarte, iż nie byłem w stanie nawet wydobyć z siebie szeptu. Mój brak odpowiedzi widocznie nie zadowolił mężczyzny, gdyż ciężkim butem nadepnął na moją połamaną w kilku miejscach rękę. Szybko przekonałem się, że z mojego gardła wydobyć może się jeszcze dużo krzyku.
- To - powiedział, dotykając mojej twarzy, z której, przez zalewającą ją krew, nie można było nic odczytać - dopiero początek. Jak na razie zadałem ci tylko wiele bólu, ale nie uszkodziłem - zapewnił. Doskonale czułem jego kopnięcia na twarzy i całym ciele, a uderzenia pręta na plecach i ręce, która była złamana przynajmniej w dwóch miejscach. - Ciesz się, że to lewa. Z tego, co widziałem, ty władasz prawą. Przyda ci się, gdy przejdziesz na naszą stronę . Strata takiego rycerza byłaby niepowetowana, ale jeśli nie dasz mi wyboru, będę musiał się z nią pogodzić.
Znów nie byłem w stanie odpowiedzieć. Może przez zdarte od krzyku i zaschnięte z pragnienia gardło, a może przez to, iż nie miałem dla niego odpowiedzi, która by go zadowoliła. Cały ten ból nie był w stanie sprawić, bym zdradził Weaver'ów. Bym zdradził swoje serce.
Po chwili znów poczułem okropny ból na ręce, tym razem spowodowany przytknięciem do niej rozżarzonej pochodni. Krzyknąłem znów, wciskając niemal czoło w chłodne cegły i szarpiąc się, by uciec przed tymi męczarniami, mężczyzna jednak przytrzymywał mą rękę swoim ciężkim butem, a ja byłem osłabiony przez głód, pragnienie i nieokreśloną ilość czasu spędzonego w tej cholernej piwnicy.
- Panie - usłyszałem cichy, przerażony głos, który należał chyba do anioła. Przez chwilę pomyślałem, że już umarłem, jednak ciągły ból wyrwał mnie z tego kuszącego marzenia, nakazując mi otworzyć oczy. Nie zdało się to na nic, gdyż nie byłem w stanie podnieść głowy z posadzki. I tak nie widziałem przybysza, o czyjejś obecności informował mnie jednak cień na ścianie i głos anioła, przeplatany z wypełnionym pogardą i kpiną głosem mojego oprawcy. Po chwili jedna z postaci wyszła, a druga podeszła do mnie, ujmując mą twarz w dłonie i delikatnie ją unosząc. Walczyłem z powiekami, by utrzymać je otwarte.
- Ćśśś... - usłyszałem znów głos mojego anioła i zdałem sobie sprawę, że odpowiedzią na jej dotyk jest mój cichy jęk. - Dlaczego nic nie powiesz, nie ulżysz swoim cierpieniom? Czy to jest tego warte?
Nie byłem w stanie jej odpowiedzieć, a dziewczyna tylko westchnęła, przystawiając mi do ust naczynie z wodą. Czując ją na języku, zacząłem pić łapczywie, wylewając połowę, ale dziewczyna nie skomentowała tego, dolewając mi tylko tego życiodajnego napoju.
- Powiedziałam mu, że cię zabije, jeśli nie zaprzestanie tortur. Że się złamiesz, ale na razie nie masz siły nawet mówić. Mam nadzieję, że moje słowa to prawda. Porzuć honor. Czym on jest w porównaniu z życiem?
- Wszystkim - wychrypiałem, odzyskując ostatki głosu, gdy ugasiłem już gigantyczne pragnienie.
Kiedy dziewczyna nalała do naczynia wina, podstawiając mi je znów pod usta, zacząłem pić i wino, mając nadzieję, że wypiję go na tyle, by nie czuć bólu. Po drugim naczyniu powstrzymałem się jednak, nie chcąc tracić trzeźwości umysłu. To w końcu mógł być podstęp. Niewiasta odstawiła naczynie, , chcąc wziąć się za opatrywanie mojej ręki. Zacisnąłem zęby, spodziewając się niewyobrażalnego bólu, jednak nic takiego nie nadeszło. Chyba wyczerpałem na dziś limit bólu. Odprężyłem się, opierając się z jej pomocą plecami o ścianę.
- Podałam ci w wodzie i w winie mleko makowe - wyjaśniła. - Uśmierzyło ból.
I otępiło zmysły, zakląłem w myślach. Było mi jednak już wszystko jedno. Mogłem umrzeć bez bólu. Tak było dużo lepiej. Nie miałem zamiaru zdradzić króla i jego córki.
- Pomóż mi - wyszeptałem cicho.
- Pomagam. Uśmierzam ból. Opatruję. Doradzam mówienie i tego, czego chcą - powiedziała ze złością.
- Nie, nie, nie... - zacząłem słabym głosem. - Muszę...
Nie byłem w stanie mówić, ale moje spojrzenie na drzwi chyba powiedziało jej wszystko.
- Zginę, jeśli pomogę ci uciec. Skażesz mnie na śmierć - wytknęła, zajmując się moimi ranami. - A ja mimo wszystko cenię swoje życie.
- Kim jesteś? - zapytałem resztką sił.
- Dziwką. Zabawką do ruchania - powiedziała z goryczą w głosie, nie odwracając uwagi od swojej pracy. - Może tylko trochę bardziej szanowaną od innych, bo robię im wszystkim dobrze.
- Pomóż... Wynagro... Cię... Uciec, muszę.. Uc... - mówiłem urwanymi słowami, czując, jak moje powieki stają się coraz cięższe.
- Nie mogę ci pomóc. Zdradź swojego króla, a przeżyjesz. Zależy ci na życiu, widzę to w twoich oczach.
Bardziej zależy mi na życiu króla, pomyślałem. Dziewczyna ściągnęła jeden z łańcuchów z mej lewej, połamanej ręki, by lepiej móc ją opatrzyć. W tym momencie musiałem odpłynąć z powodu bólu i maku.

***

Obudziłem się bez kajdan, za to opatrzony. Czułem jednak kłucie i szarpanie na swojej ręce, w miejscu, gdy złamana kość przebiła skórę. Podniosłem wzrok i zauważyłem anioła, który pomagał mi wcześniej, szyjącego moją ranę.
- Przyniosłam chleb - szepnęła dziewczyna, podając mi zarówno naczynie z wodą, jak i bochenek chleba, który łapczywie zacząłem jeść. Dopiero gdy zaspokoiłem głód, zobaczyłem, że drzwi są uchylone, a ja jestem w piwnicy tylko z dziewczyną. Zamknąłem oczy, nasłuchując, nie dochodziły moich uszu jednak żadne kroki. Postanowiłem działać. Wstałem, ledwie utrzymując się na nogach, a dziewczyna od razu mnie zatrzymała, sadzając mnie znów na ziemię.
- Nie pozwolę ci wyjść - warknęła. - Zabiją mnie za to, że cię wypuściłam.
Skinąłem głową, by ją uspokoić i udać, że nie starczy mi na nic sił. Jednocześnie sięgnąłem ręką po pręt, którym ja sam zostałem pobity i wyskoczyłem w przód, powalając na ziemię dziewczynę i sam upadając na nią. Lewą ręką nie byłem w stanie nic zrobić, więc leżałem tak na dziewczynie, klatką piersiową i prawą ręką dociskając pręt, który wciskał się w jej szyję. Okazała mi serce i nie chciałem robić jej krzywdy, musiałem jednak uciec. Mimo iż wiedziałem, że lepiej będzie ją zabić, by nie alarmować tak szybko straży swą ucieczką, nie potrafiłem. To ona mnie opatrzyła, nakarmiła, napoiła. Zawdzięczałem jej życie. Gdy tylko straciła przytomność, odrzuciłem pręt, dźwigając się na nogi i zerwałem z dziewczyny jej czarną szatę. Wychodząc z piwnicy, narzuciłem ją na siebie, a następnie błądziłem w ciemnych lochach. Bogowie jednak mi sprzyjali, gdyż w końcu w ciemności zobaczyłem prześwit i wyszedłem na ulice grodu przez małe, utajnione wyjście z zamku. Czując na mokrej od krwi twarzy zimny powiew wiatru i słysząc szum, uświadomiłem sobie, że niedaleko musi być rzeka. Rzeka musi wypływać z grodu. Rzeka nie może być ograniczona murem. Noc i ciemność działały na moją korzyść, a czarna szata z kapturem ukrywała moją tożsamość przed ewentualnymi strażnikami. Kierowałem się w stronę rzeki, a gdy znalazłem się przy niej, zanurzyłem się w wodzie, lodowatej wodzie. Dopiero teraz poczułem temperaturę północy, a także ból niemal zwalający mnie na kolana. Szedłem jednak wytrwale, pchany przez nurt rzeki i gdy zobaczyłem gród za sobą, wyszedłem z lodowatej wody, wchodząc w gęsty las po jej prawej stronie. Po kilku lunatycznych krokach upadłem na kolana, padając pod drzewem.
Wiedziałem, że moje wydostanie się z niewoli okaże się daremne, gdyż albo wraz ze świtem mnie znajdą, albo zamarznę w przemoczonych ubraniach. Nie mogłem jednak zmusić się do wstania i stawiania kolejnych kroków. Pocieszająca była jedynie myśl, że nie umrę na terytorium wroga i nie zaznam już tortur z jego ręki...

Lyanna?
Nie miałam na to żadnego pomysłu, mam nadzieję, że wyszło dobrze...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonała prudence. z Panda Graphics.